fot. A. Zawada / Agencja Gazeta
Henryk Woźniakowski styczeń 2021

Marcin Król, człowiek wolny

Demokracja nie może być „zimna”. Musi zawierać jakąś treść, jakąś wizję dobrego życia, nie może ograniczać się do „letniej wody w kranie” – temu przekonaniu Marcin pozostawał wierny przez całe życie.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Czytaj także

Henryk Woźniakowski

Henryka Wujca życie godziwe

Ostatnie moje spotkanie z Marcinem Królem pamiętam bardzo dobrze – bo też nie było to dawno, już w trakcie pandemii, na czerwcowym zebraniu rady Fundacji Batorego. Potem, podczas obiadu, rozmawialiśmy nie o byle czym, nie wymienialiśmy krakowsko-warszawskich plotek ani żartów – ale mówiliśmy o romantyzmie. Namawiałem Marcina, żeby dopisał kolejny rozdział do swojej opublikowanej przed ćwierćwieczem świetnej Podróży romantycznej, żeby opisał, co się dzieje w ostatnich latach z romantyczną tradycją, jak się ją czyta na wysokich piętrach humanistyki, a jak używa, eksploatuje i poniewiera w szkole, w publicystyce i w polityce. Jaką postać przyjmuje dziś strywializowany „romantyzm obronny”, któremu tyle miejsca poświęcił we wspomnianym zbiorze esejów. Bo przecież – choć nie przekonałem Marcina do tego zadania – zgadzaliśmy się, że kultura polska bez romantyzmu nie istnieje, że nic wspanialszego niż romantyzm – nie tylko jako rozmach geniuszu literackiego, ale jako śmiałość myśli – polskiej kulturze się nie przydarzyło. I nie tylko polskiej – Marcin odesłał mnie do lektury swego ulubionego Izajasza Berlina i jego interpretacji romantyzmu europejskiego.

To było ostatnie spotkanie – a pierwsze, jeśli nie jest późniejszym pamięciowym artefaktem, sytuuję w połowie lat 70. i widzę młodego Marcina z ówczesną żoną Małgosią Dziewulską i w towarzystwie Henryka Krzeczkowskiego, usadowionych na starej skórzanej kanapie w pokoju Jerzego Turowicza w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a wokół nich krąg osób przybyłych na cotygodniowe zebranie. W tamtych latach dość szybko rozprawiano się z omówieniem wydanego numeru i zaplanowaniem następnego, a kluczowa część spotkania poświęcona była wieściom głównie z Warszawy, a nieraz z Paryża, Londynu czy Nowego Jorku, gdy przychodził gość, co właśnie wrócił z dalszych wojaży. Może właśnie wtedy Marcin wrócił z kilkumiesięcznego pobytu w Ameryce? Z pewnością znałem już wówczas Króla i Karpińskiego Sylwetki polityczne XIX wieku (Znak, Kraków 1974) – książkę, która pomimo srogiego ocenzurowania była w latach 70. elektryzującą lekturą odsłaniającą nowe horyzonty, nieznane sposoby myślenia o Polsce i prowadzenia polityki, a nie tylko irredenty w sytuacji zniewolenia, nauczającą patriotyzmu najwyższej próby, czyli patriotyzmu krytycznego.

Henryk Krzeczkowski, postać tajemnicza i po lekturze poświęconej mu książki Wojciecha Karpińskiego (Henryk, Zeszyty Literackie, Warszawa 2016) jeszcze bardziej intrygująca, miał zdolność przyciągania ludzi wybitnych. W ten sposób powstał krąg młodych warszawiaków składający się m.in. z Marcina i Małgosi, Wojciecha Karpińskiego, Jolanty Strzeleckiej, których Krzeczkowski przyprowadził do „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, i którzy związali się na dłużej z krakowskim środowiskiem.

Marcin Król i Małgosia Dziewulska byli zachwycającą parą – ludzi świetnie wykształconych, o żywej inteligencji i mądrych sądach, last but not least: bardzo przystojnych. Jednym słowem – najlepsze i jakże rzadkie okazy starej inteligencji w młodym wydaniu.

Ich wizyty wprowadzały dreszcz emocji, jakieś iskry zaczynały przebłyskiwać w naszych nieco ospałych naradach, a warszawskie i światowe wiadomości i plotki z pierwszej ręki dawały materiał do snucia politycznych scenariuszy. Po zebraniu Krzysztof Kozłowski i Mieczysław Pszon zwykli zabierać warszawskich gości na obiad do restauracji „Cechowej”, dokąd przy odrobinie szczęścia i talentu można się było „załapać” i kontynuować te pasjonujące rozmowy nad talerzem pierogów.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Res Publica”

W 1979 r. Marcin wraz z gronem swoich intelektualnych – ale i serdecznych – przyjaciół zaczął wydawać w drugim obiegu „Res Publikę”, pismo wzorowane poniekąd na „Encounterze”, „Preuves” czy na „Kulturze” paryskiej. Po stanie wojennym w 1986 r. w ramach jakichś prób liberalizacyjnych reżymu – a także zapewne mających na celu rozbijanie opozycyjnego, co prawda mało jednolitego, frontu – doszło ku zgrozie i potępieniu przez część opozycji, zwłaszcza przez Adama Michnika, do spotkania Króla z Jerzym Urbanem i pojawiła się możliwość legalnego zaistnienia „Res Publiki”. Powstał wówczas pomysł promowany głównie przez Krzysztofa Kozłowskiego, by pismo wydawać w ramach Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak. W żywej dyskusji, która odbyła się na ten temat w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, niestety naraziłem się Marcinowi, występując przeciwko tej idei powodowany egoistycznym nieco lękiem o los naszego miesięcznika, czyli „Znaku”, który w tej konstelacji mógłby zejść na plan dalszy, a także o nadmierne skierowanie reflektorów cenzury na nasze działania. Ostatecznie sprawę przeciął Jerzy Turowicz, twierdząc, że możemy pomóc w samodzielnym uruchomieniu „Res Publiki”, ale jej włączenie do Znaku wiązałoby się z nadmiernym ryzykiem dla naszych przedsięwzięć. Tak się też stało i od 1987 r. pismo redagowane przez Marcina i Wojciecha Karpińskiego zaczęło się samodzielnie ukazywać w legalnym obiegu. Wspomniana różnica zdań nie przeszkodziła jednak temu, że w latach 90. Marcin współpracował bardzo aktywnie ze Znakiem, redagując wraz z Aleksandrem Smolarem znakomitą serię wydawniczą pod oddającą jej istotę nazwą „Demokracja – Filozofia i Praktyka” – w której Znak wraz z Fundacją Batorego wydał kilkadziesiąt najważniejszych książek czołowych teoretyków polityki, liberalizmu i demokracji.

„Res Publica” redagowana przez Marcina zajmowała się tym głównie, co jego pasjonowało w tamtych czasach, a często, mimo pewnej ewolucji poglądów, do końca życia. Filozoficzne podstawy wolności, refleksja antytotalitarna, mistrzowie myślenia o sprawach publicznych, którzy towarzyszyli mu zawsze, tacy jak Alexis de Tocqueville czy Hannah Arendt, i dla których przyswojenia Polakom położył wielkie zasługi, myśl „twórczego konserwatyzmu”, i oczywiście – sprawa polska: to były bodaj najważniejsze tematy dla pisma i jego redaktora.

Marcin niechętnie dawał się etykietować, sam cenił osoby „ponad podziałami”, jak Hannah Arendt, George Orwell czy Jerzy Giedroyc, jednak z pewnością zaliczony będzie do tradycji liberalnej i sam najżywiej się z nią identyfikował, raz w bardziej, raz w mniej konserwatywnym wydaniu.

Wciąż jednak krążył wokół problemu wolności, zarówno indywidualnej, ujmowanej w najbardziej egzystencjalnym sensie nadawania kształtu własnemu życiu poprzez sekwencję życiowych wyborów, jak i obywatelskiej, rozumianej jako aktywne uczestnictwo w zbiorowym losie. Rys konserwatywny jego liberalizmu widać, jak sądzę, w niektórych jego filozoficznych decyzjach, od których nigdy się nie odżegnał. Otóż twierdził, że istnieją rzeczy stałe, niezmienne i powszechne, takie jak ludzka natura – czymkolwiek ona jest w metafizycznym sensie – i z nią spojone atrybuty człowieczeństwa, które mają znaczenie dla polityki: „ambicja, zawiść, mądrość, głupota, podłość i szlachetność, pragnienie wolności i pragnienie bezpieczeństwa czy też marzenie o równości i dotkliwe poczucie nierówności” (Filozofia polityczna, Znak, Kraków 2008, s. 34). Refleksja o polityce przyjmująca postać filozoficzną musi być według niego posłuszna imperatywowi prawdy. „Jeżeli więc pragniemy bronić liberalizmu, nie możemy wyrzec się idei prawdy w życiu publicznym – pisał. – Innymi słowy, opowiadam się za poglądem liberalnym, ale tylko za takim poglądem liberalnym, który wynika z poszukiwania prawdy o człowieku i o stosunkach między ludźmi, a nie za takim poglądem liberalnym, który sprowadza się do gwarantowania indywidualnej wolności i dbania o to, by konflikty w życiu publicznym były rozwiązywane możliwie łatwo i bezboleśnie” (Liberalizm strachu czy liberalizm odwagi, Znak – Fundacja im. S. Batorego, Kraków–Warszawa 1996, s. 6).

Widać z tego, że Marcinowi nie odpowiadał taki liberalizm, który byłby po prostu filozofią ludzi uprzejmych, łagodnych i dobrze życzących bliźnim – i chciał go wzmocnić tak, by mógł być użyty w walce politycznej, wyposażony w silne, prawdziwościowe sądy, by nie unikał prawdy z obawy przed konfliktem, tak jak to ma miejsce we wpływowych koncepcjach Rorty’ego czy Rawlsa.

Wartości w demokracji

Analogicznie Marcin myślał o demokracji. Demokracja domaga się debaty o wartościach, nie powinna być jedynie techniką wyłaniania elit administrujących życiem społecznym wedle ustalonych procedur. Bliższa zatem była mu demokracja substancjalna niż tylko proceduralna, minimalistyczna czy nawet deliberatywna. Owszem, demokracja winna być deliberatywna, ale nieunikająca sporu o wartości, nieunikająca ideowego konfliktu, bowiem rozmowa – i decyzje podejmowane w jej wyniku i wedle ściśle określonych reguł – są krwiobiegiem życia każdej demokratycznej społeczności, zaś sensowne życie ludzkie rozwija się w kręgu wartości. Niewspółmierność tych wartości jest faktem nadającym zarówno indywidualnemu, jak i zbiorowemu życiu wymiar dramatyczny, a niekiedy – tragiczny, ale nie zwalnia to od poważnej debaty o wartościach i od obowiązku decyzji – która wszakże w demokracji, w przeciwieństwie do życia jednostkowego, z zasady nie ma charakteru ostatecznego, jest otwarta na możliwe przyszłe zmiany w wyniku dalszej debaty.

Demokracja zatem nie może być „zimna”, mówiąc językiem Ralpha Dahrendorfa. Musi zawierać jakąś treść, jakąś wizję dobrego życia, nie może ograniczać się do „letniej wody w kranie”, bowiem nieuchronnie pojawią się wówczas ideolodzy, populiści i „turbopatrioci”, którzy dostarczą „gorącej” strawy ideowej takiego rodzaju, który zagrozi samej istocie demokracji. Inaczej mówiąc – nie ma ucieczki od polityki czy od „polityczności”. W życiu publicznym nieuchronnie pojawiają się i będą się pojawiać kwestie o charakterze politycznym, a zarazem niepoddające się kompromisowi, bowiem związane z głębokimi przeświadczeniami aksjologicznymi czy tożsamościowymi. Sztuka polityki to podejmowanie takich decyzji, które będą wszelako optymalne, czyli najmniej złe. Bo zło – i tu Marcin Król godził się z Maxem Weberem i Hannah Arendt – jest z polityki nieusuwalne, polityka jako powiązana z użyciem siły i przemocy ma swój groźny, demoniczny wymiar.

Trudno się zatem dziwić pokusom ucieczki od polityki ku antypolityce w różnych odmianach, bliskich myśli liberalnej, skoncentrowanej na wolności jednostkowej a nie na zbiorowej egzystencji. Jednak w rzeczywistości historycznej, o czym Marcin nieraz pisał, próby takiej ucieczki są zawsze niebezpieczne i stanowią iluzję, niezależnie od tego, czy będzie to antypolityka polegająca na usunięciu konfliktów wartości wyłącznie do sfery prywatnej, ogołocenia sfery publicznej ze sporu o wartości, czy też szlachetna antypolityka moralistyczna w stylu Vaclava Havla, zastępująca politykę etyką.

Kwestia naprawy demokracji leżała Marcinowi na sercu – miałem wrażenie, że w kolejnych książkach i esejach szukał coraz bardziej gorączkowo nowych rozwiązań, które oparłyby się inwazji populizmu.

Analizował różne pomysły własne i cudze – wzbogacenia procesu wyborczego przez udzielenie wyborcom więcej niż jednego głosu, odpartyjnienia ciał ustawodawczych, powoływania obywatelskich ciał deliberujących z mocą decyzyjną itp. – jednak wszystkie te rozwiązania nie zadowalały go, trudno też było dopatrzyć się nadziei na ich spełnienie w polskich zwłaszcza realiach, stąd też popadał niekiedy we wściekłość wynikającą ze zrozumiałej bezradności. Po części tego rodzaju wściekłości przypisuję jego słynny wywiad udzielony Grzegorzowi Sroczyńskiemu pod hasłem Byliśmy głupi, w którym nie pozostawił suchej nitki na polskiej transformacji lat 90., krytykując ją w sposób mocno ahistoryczny za zaniedbania socjalne.

Szukając dróg wzmocnienia demokracji, Marcin Król spoglądał też w stronę Kościoła i religii. W mieszaniu porządków – religijnego i politycznego – widział, jak można się spodziewać, głównie zagrożenia, trafnie przestrzegał przed instrumentalizacją polityczną Kościoła i religii oraz przed politycznymi ambicjami ludzi Kościoła. Ale – twierdził – jest obszar, w którym „pionowy” wymiar religii znajduje swoje naturalne miejsce i może, na skrzyżowaniu z „poziomym” wymiarem demokracji liberalnej, przyczynić się do jej autentycznego uszlachetnienia. To skrzyżowanie „pionowego” z „poziomym” dokonuje się w rzetelnej debacie o sensie wolności. Nauka Kościoła dobrze użyta w takiej debacie wzmacnia „słabe duchowe podstawy demokracji liberalnej, próbuje zapobiec sprowadzeniu jej do poziomu, czyli – samobójstwa” (tamże, s. 150). Nawiasem mówiąc, trzech nieżyjących już filozofów podzielało tę intuicję i każdy na swój sposób starał się ją zrealizować: Leszek Kołakowski, Józef Tischner, Mirosław Dzielski.

*

Marcin nie przyjął oferowanych mu w 1989 r. wysokich funkcji politycznych ani dyplomatycznych. Żałowałem tego, bo w latach przełomu brakowało nam ludzi jego formatu. Postanowił jednak pozostać w służbie niezależnego myślenia. W eseju poświęconym porównaniu dróg życiowych Zygmunta Krasińskiego i Adolfa Bocheńskiego pisał, że ludzką drogę życiową można rozpatrywać z trzech punktów widzenia: ideowości – a więc przywiązania do wartości, przyzwoitości – czyli wrażliwości na ludzką krzywdę, i – z punktu jego zdaniem najważniejszego – estetyczności, czyli zachowania pewnej „ciągłości stylu decyzji podejmowanych w sytuacjach wyboru” (Ład utajony, Znak, Kraków 1983, s. 131). Estetyczny to w tym znaczeniu zwycięski w pojedynku z chaosem świata, narzucający własny ład, rozpoznający trafnie własne oraz zewnętrzne możliwości i ograniczenia, dokonujący zazwyczaj wolnych wyborów. Ostatecznie „estetyczny” oznacza: zdolny do wolności, a więc – wolny.

Tak, Marcin Król był człowiekiem wolnym.

Kup numer