70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czterdzieści lat minęło…

Najbardziej przemawia do mnie koncepcja Solidarności jako rewolucji antytotalitarnej i upominającej się o godność – godność deptaną w PRL-u przez kłamstwo propagandy, stanie w wielogodzinnych kolejkach, arogancję nomenklatury

40 lat minęło… Może nie jak jeden dzień, jednak u osób, które pamiętają pierwszą, prawdziwą Solidarność, które uczestniczyły w tym ruchu, atmosfera owych 16 miesięcy pozostawiła niezatarty ślad w pamięci. Temperatura społeczna podnosiła się stopniowo lub skokowo już od wydarzeń 1976 r. i powstania KOR-u, pojawienia się niezależnego obiegu informacji i publicystyki. A potem przyszedł wybór Karola Wojtyły na papieża i jego pierwsza pielgrzymka do Polski i rok po niej fala strajkowa. Wydarzenia biegły coraz szybciej, emocje piętrzyły się jak nigdy wcześniej. Kolejnym triumfom – takim jak porozumienia sierpniowe, rejestracja NSZZ „Solidarność”, budowa i odsłonięcie pomnika poległych w 1970 r. stoczniowców i innych pomników ku czci ofiar komunistycznych zbrodni w Poznaniu i w Gdyni, Nobel dla Czesława Miłosza, pierwszy zjazd Solidarności – towarzyszyły momenty w najwyższym stopniu dramatyczne: pobicie Jana Rulewskiego i innych działaczy podczas prowokacji bydgoskiej, zamach na papieża i krakowski Biały Marsz, śmierć i pogrzeb prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nieustanne spotkania, dyskusje, gorączkowe lektury, szum wiatru historii w uszach i wciąż czająca się obawa: „Wejdą? Nie wejdą?” – to wszystko składało się na atmosferę, w której wspomnieniu pojedyncze zdarzenia zlewają się w łańcuch o trudno niekiedy rozróżnialnych ogniwach, ale której klimat pozostaje równie wyrazisty i świeży jak przed 40 laty. Po wprowadzeniu stanu wojennego i chwilowej depresji emocje zmieniły może barwę, ale nie straciły na intensywności.

Czy dzisiaj, po 40 latach, wiemy, czym było tamto doświadczenie? Co się wówczas stało – co powstało i co z tego pozostało w latach późniejszych? Pomimo niezliczonych analiz fenomen Solidarności nie został, jak sądzę, do końca rozpoznany. Prawdopodobnie takie ostateczne rozpoznanie nie jest możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze, ten ruch był zbyt wielowątkowy, łączył w sobie mnóstwo nie do końca wyartykułowanych pragnień i oczekiwań, tradycji i nowych koncepcji. A po wtóre, pierwsza Solidarność nie zdołała zinstytucjonalizować zasadniczych elementów swego programu „Samorządnej Rzeczypospolitej”. Stan wojenny położył kres zamiarom programowym; jak powiedział Paul Thibaud, Solidarność została „wykluczona z historii”. Dekada lat 80. tak dalece zaostrzyła kryzys ekonomiczny, że gdy Solidarność ponownie wywalczyła sobie legalne istnienie, gdy doszło do kolejnych, tym razem okrągłostołowych porozumień, a potem wyborów czerwcowych, trzeba było ratować zdruzgotaną gospodarkę, a właściwie składać ją na nowo z resztek zachowanych aktywów i uruchamiać przedsiębiorczość obywateli, odwołując się do znanych i od blisko dwóch stuleci praktykowanych w różnych formach zasad gospodarki rynkowej, czyli kapitalizmu. Zaś towarzyszący ekonomicznemu kryzys polityczny sprawił, że władza komunistów, tak wszechmocna, a przynajmniej: wszechogarniająca do niedawna, rozpadła się jak domek z kart. Nie było zatem politycznego kontrpartnera reform, który w oparciu o legitymizującą go ideologię tzw. społecznej własności środków produkcji, własne interesy i państwowy aparat przemocy wymuszałby niejako programową kreatywność w obrębie nieprzekraczalnych czerwonych linii dotyczących kwestii własności: jak zracjonalizować produkcję, jak zmobilizować załogi do pracy, jak dać im poczucie sprawczości w „uspołecznionych” zakładach. Jednym słowem: nie doszło do eksperymentu z samorządnością gospodarczą na skalę kraju.

Byłoby niezwykle ciekawe obserwować, jaki los spotkałby wcielanie w życie programowych postulatów Solidarności w dziedzinie gospodarczej, wypracowanych na jej pierwszym zjeździe, gdyby gen. Jaruzelski nie zdecydował się na przerwanie tego karnawału. Co do mnie, pozostaję niestety pesymistą.

Nie dlatego, żebym nie wierzył w twórczy geniusz Polaków i odmawiał nam szansy na realizację oryginalnej koncepcji ustrojowo-gospodarczej. Raczej dlatego że już kiedyś taką oryginalną koncepcję zrealizowaliśmy w postaci pierwszej Rzeczpospolitej – i nie skończyło się to dobrze. A Solidarność, tę pierwszą, przyrównywano wielokrotnie do I RP, wystarczy zajrzeć do Bożego Igrzyska Normana Daviesa, do analiz Timothy G. Asha – którzy podkreślali „sejmikowy” ustrój i praktykę podejmowania ustaleń, staropolskie dążenie do konsensu – czy do eseju sędziego Jerzego Stępnia analizującego Solidarność jako rodzaj konfederacji. Ponadto – samorządność gospodarcza w dużej skali nie ma precedensu, a już zwłaszcza w sytuacji wymagającej zdecydowanych i radykalnych reform. Niezależnie bowiem od struktury własnościowej, chcąc ratować polską gospodarkę i uczynić ją konkurencyjną wobec innych gospodarek narodowych, nie dałoby się uniknąć likwidacji wielu zakładów oraz głębokiej transformacji innych. Musiano by przeprowadzić to wszystko, co za sprawą Leszka Balcerowicza dokonane zostało łapami „krwiożerczych kapitalistów” czy niewidzialną ręką rynku. Trudno sobie wyobrazić przedsiębiorstwa zarządzane przez załogi, które w trybie nieustającej dyskusji aplikowałyby sobie tego rodzaju reformy. Po latach 1988–1989 natomiast, jak zauważył kiedyś Aleksander Smolar, rozpada się ta szczególna synteza aspiracji związkowych, społecznych, religijnych, demokratycznych i narodowych, zerwaniu ulegają szczególnego rodzaju więzi wytworzone przez komunistyczną homogenizację, tworzą się grupy interesów i rodziny ideowe, wkracza pluralistyczna polityka. Ale cóż: może to jest zadanie dla jakiegoś zdolnego autora historii alternatywnej, który opisałby Polskę i pierwszą Solidarność realizującą swój piękny skądinąd, choć niemal na pewno utopijny program.

Czym więc było doświadczenie Solidarności? Kim była „panna S?” Jeden z badaczy zgrupował rozmaite teorie i analizy dotyczące Solidarności lat 1980–1981 w cztery kategorie, eksponujące znaczące cechy tego ruchu, mianowicie: religijne, romantyczne, reformistyczne i demokratyczne. Zapewne wszystkie te wątki były w określonych proporcjach i zmiennym natężeniu w Solidarności obecne. Do mnie jednak, gdy odwołuję się do własnych i cudzych wspomnień, najbardziej przemawia koncepcja Solidarności jako rewolucji antytotalitarnej, samoograniczającej się do tego stopnia, że odmawiała sobie miana rewolucji, upominającej się o godność – czyli o podmiotowe prawa obywatela. Wszechobecne kłamstwo propagandy uwłaczało godności. Stanie w wielogodzinnych kolejkach po jakieś ochłapy uwłaczało godności. Arogancja nomenklatury uwłaczała godności. Itd. Dyskurs praw człowieka włączony przez Jana Pawła II do chrześcijańskiej koncepcji osoby pozwalał wyartykułować i przełożyć tę potrzebę godności na konkretne postulaty socjalne i polityczne, wszelako – i to czyniło tę rewolucję tak trudną do frontalnego zaatakowania – bez roszczenia do przejęcia władzy. Władza przedstawiała co prawda Solidarność jako „pełzającą kontrrewolucję”, co oznaczało, że rozpoznała jej rewolucyjny potencjał, ale że Solidarność nie uderzała w ideologiczne pryncypia, a domagała się jedynie spełnienia obietnic, które władza ludowa rzekomo respektowała, trudno było – do czasu – zaatakować ją całym aparatem przemocy. Rewers godności stanowiła, ma się rozumieć, wolność, ale w Solidarności była to raczej „wolność starożytnych”, a nie „nowoczesnych”, czyli wolność wyrażająca się w zbiorowym uczestnictwie w decyzjach dotyczących wspólnej, „pospolitej” rzeczy obywateli równych sobie i traktowanych sprawiedliwie.

Solidarność – ta pierwsza, niemająca prawie nic wspólnego z obecnym związkiem zawodowym pomimo prawnej ciągłości – choć miała wielkie polityczne znaczenie, była jednak doświadczeniem przedpolitycznym, określającym dziedzinę wartości, do których przyszła polityka miała się odwoływać, by je respektować lub zdradzać.

Tamta Solidarność, której nie dane było się urzeczywistnić w postaci rozwiązań ustrojowych, pozostała zatem nade wszystko symbolem, mitem. Jako symbol posiada ona wciąż znaczną moc legitymizującą, co widać po nieustannych do niej odwołaniach.

Przez długi czas podział postkomunistyczny na scenie politycznej wyznaczony był przez linię oddzielającą formacje o pochodzeniu solidarnościowym od dziedziców PZPR-u i jej partii satelickich. Potem w łonie solidarnościowego potomstwa nastąpił spór o spadek – PiS legitymizował się, przeciwstawiając sobie „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, którą jakoby sam budował. Dziś Rafał Trzaskowski zakłada „Nową Solidarność”. Trwa spór o tablice z 21 postulatami Solidarności, które minister Piotr Gliński wraz z Piotrem Dudą usiłują bezprawnie odebrać Europejskiemu Centrum Solidarności i przenieść do znajdującej się we władaniu obecnego związku zawodowego Solidarność stoczniowej Sali BHP. Ta walka o materialny symbol, jakim są tablice, jest elementem PiS-owskiej polityki historycznej usiłującej zawładnąć wieloma drogimi sercu Polaków symbolami, i tymi materialnymi, i niematerialnymi, włączając je w obręb dyskursu legitymizującego praktyki polityczne PiS-u. Przypomina to także średniowieczne wojny o relikwie – zdobywane czy wykradane, jak relikwie św. Marka wykradzione przez Wenecjan z Aleksandrii. I jak św. Marek religijnie „legitymizował” panowanie Wenecji na Morzu Śródziemnym, tak dzisiejszy związek Solidarność wraz z PiS-em chciałyby uzyskać magiczną legitymizację z pomocą tablic wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO…


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter