Stefan Wilkanowicz
Stefan Wilkanowicz i Wojciech Bonowicz przy pracy nad Miesięcznikiem (fot. archiwum Miesięcznika „Znak”)
Henryk Woźniakowski

Stefana Wilkanowicza życie długie i owocne

To brzmi banalnie, ale w przypadku Stefana Wilkanowicza trudno znaleźć lepsze słowa. Żył długo – 98 lat – i wyjąwszy ostatni okres, w którym znajdował się pod troskliwą opieką sióstr Albertynek, a słabość ciała uniemożliwiła mu aktywne działanie, wciąż trudził się na wielu polach, które na kolejnych etapach swego życia uważał za najważniejsze.

Czytaj także

Stefan Wilkanowicz

Tomasz Ponikło

Stefan Powszechny

W młodości Stefan kształcił się na inżyniera. Wkrótce po wojnie uzyskał dyplom na Politechnice Warszawskiej i zaraz podjął pracę: w Ursusie, potem w warsztacie samochodowym rychło zlikwidowanym, by ostateczne wylądować na ultrasocjalistycznej budowie „Mincówki”, czyli gmachu ministerstwa przemysłu. Tam zetknął się z absurdami socjalistycznej gospodarki i biurokracji, ale także z pracą fizyczną, z robotnikami, z konkretem zwykłego życia i to wyznaczyło jeden z obszarów jego późniejszej działalności, w którym zajmował się pracą od strony teoretycznej i praktycznej. Podobnie jak ks. Tischnera pasjonował go „dialogowy” charakter pracy, lecz zajmował się też bezrobociem i bezrobotnymi, pomocą dla nich przez parafie, instytucje kościelne i powstające od początku lat 90. organizacje pozarządowe, uczestniczył we wprowadzeniu do Polski Towarzystwa Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i w innych przedsięwzięciach związanych z tzw. ekonomią społeczną.

Jednak drugim nurtem – a może pierwszym – było dla Stefana życie duchowe, do którego się wdrożył w gimnazjum oo. Marianów, a potem kontynuował w Sodalicji Mariańskiej, szukając inspiracji poprzez kontakty z zakładem w Laskach, podczas rekolekcji u jezuitów i u benedyktynów tynieckich. I bodaj ci ostatni najsilniej go naznaczyli. Nie jest rzeczą przypadku, że dziś Stefan spoczywa na tynieckim cmentarzu. Tu leżą jego mistrzowie i przyjaciele, wśród których spędził najbardziej twórczy czas swego życia – Jerzy Turowicz, Hanna Malewska, Mieczysław Pszon, Tadeusz Żychiewicz, Marek Skwarnicki i wielu innych z kręgu „Tygodnika Powszechnego” i Znaku. Ale chyba ważniejsze jest, że Stefan pełnymi garściami – i całą duszą – zaczerpnął z duchowości i stylu benedyktynów.

Można śmiało powiedzieć, że pochodzące od św. Benedykta proste, a zarazem jakże wymagające wezwania stały się jego życiowymi drogowskazami, którym pozostał wierny na zawsze. Ora et labora – módl się i pracuj; ordo et pax – ład i pokój.

Modlitwa i praca, porządkowanie życia wewnętrznego w przestrzeni wiary i w płaszczyźnie intelektu, a zarazem takie porządkowanie świata, żeby panował w nim pokój.

Pokój, który w rozumieniu Stefana jest przeciwieństwem martwej ciszy: stanem dynamicznym, nieustanną możliwością rozwoju i postępu. Pokój, który daje szansę na prawdziwe spotkanie, na rzeczywisty dialog, tzn. na realną wymianę wartości i wzajemną gotowość na ich przyjęcie, niebędący usiłowaniem przekonania za wszelką cenę do własnych racji czy erystyczną szermierką.

Ora et labora, ordo et pax. Ale też inne składniki benedyktyńskiego stylu były mu bliskie. Św. Benedykt pragnie „nawilżać duszę rosą łaski”, inaczej niż św. Ignacy Loyola, który, jak Stefan powtarzał za wybitnym benedyktynem, o. Piotrem Rostworowskim – pracował nad duszą za pomocą „elektrowstrząsów”. Stefan przyjął jako swój własny ten łagodny, cierpliwy, benedyktyński sposób. Benedyktynom także zawdzięczał szacunek dla tradycji, który nie ma nic wspólnego z tradycjonalizmem, a jest gotowością powracania do korzeni, do zawsze żywych i czystych źródeł tryskających z Ewangelii i z apostolskich początków Kościoła.

Powrót z krainy filozofów

W latach 50. z jednej strony zniechęcony do „realnego socjalizmu”, a z drugiej posłuszny zarówno swej fascynacji problemami pracy, jak i duchowemu nurtowi życia Stefan Wilkanowicz postanowił wykształcić się filozoficznie oraz teologicznie więc zapisał się na KUL. Gorliwiej niż metafizykę klasyczną studiował tam personalizm Emmanuela Mouniera i o jego koncepcji emancypacji klasy robotniczej napisał pracę magisterską, szukając odmiennej od marksistowskiej odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Zanim to nastąpiło, czekało go kilkumiesięczne ważne doświadczenie więzienne w związku z procesem Sodalicji, z którego jednak szczęśliwie wyszedł bez wyroku, a tylko z zakazem mieszkania w Lublinie. Jednak to studia – chociaż kończone w trybie zaocznym – dały Stefanowi okazję do wykonania następnego kroku, decydującego o dalszym jego życiu. Mianowicie przyjął propozycję Jacka Woźniakowskiego, wykładającego na KUL-u, który złożył mu ofertę pracy w miesięczniku „Znak”. Z tego mniej więcej czasu datują się i moje pierwsze wspomnienia związane ze Stefanem. Otóż z moim ojcem w towarzystwie dwóch złowionych przez niego na KUL-u utalentowanych absolwentów tej uczelni, Krzysztofa Kozłowskiego i Stefana Wilkanowicza, i wspólnie z Janem Józefem Szczepańskim, spędziliśmy tydzień w schronisku w Dolinie Chochołowskiej, zażywając uroku wiosennej turystyki narciarskiej w Tatrach Zachodnich.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W latach 60. Stefan dużo pisywał w „Znaku”, rozliczając się poniekąd ze swoją dotychczasową drogą i szukając nowych ścieżek. Pisał zatem o Mounierowskim personalizmie, o przeszkodach, jakie „mentalność techniczna” stawia życiu religijnemu, ale też o tym, jak ewangelizować ludzi zawodów technicznych. Opublikował szereg rozważań na tematy religijne, które później złożyły się na książkę Dlaczego i jak wierzę. Pisał o Soborze, który podobnie jak dla wszystkich ludzi środowiska Znaku, był jego ogromną nadzieją i pasją. Przez kilka lat był też sekretarzem „Tygodnika Powszechnego”, w którego redakcji, jak mówił ks. Adam Boniecki w homilii podczas mszy odprawionej z okazji 85-lecia Stefana, „był osobliwym zjawiskiem. Zawsze redaktorem zaangażowanym w coś. Nie obserwatorem tylko, zaangażowanym jedynie w pisanie. Irytował, bo życie okazywało się różne od redakcyjnych wizji. Zmuszał do korygowania wizji przez wprowadzanie poprawki na rzeczywistość. Był obecny w mnóstwie wydarzeń. Obecnością autorską”.

Tę „poprawkę na rzeczywistość” Stefan wprowadził bardzo wcześnie. W artykule pt. Powrót z krainy filozofów z 1961 r. pisze, że „dziś potrzebujemy przede wszystkim »filozofii żywej«, »filozofii losu ludzkiego«. Potrzebujemy bardziej rozważań o postępowaniu człowieka niż precyzyjnie skonstruowanego systemu etycznego. Potrzebna jest zmiana punktu wyjścia: zaczynanie nie od systemu, nie od dziejów myśli ludzkiej, ale od przeżyć szarego człowieka, jego myśli, poglądów, opinii. Musimy umieć mówić o filozofii podobnie jak Sokrates: językiem z tramwaju i z popularnej prasy, nie prezentując swego systemu, lecz współmyśląc z rozmówcą lub czytelnikiem”. Inaczej mówiąc, Stefan odrzucił czystą, abstrakcyjną, systemową czy analityczną filozofię na rzecz takiej, która pomaga zrozumieć konkretny „świat życia” człowieka i jego sytuację społeczną. Nawet Mouniera uznał za zbyt teoretycznego, a jego bohaterem na zawsze został o. Louis-Joseph Lebret i jego prace prowadzone w centrum Economie et humanisme. Czyli podobnie jak w podejściu „technicznym”, w którym myśl, jak pisał gdzie indziej, nie ma charakteru bezinteresownego poznania, tylko jest poznaniem nastawionym na działanie, na zmianę rzeczywistości. Z tego przekonania wzięły się słynne ankiety „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, zainspirowane przez Stefana, częściowo przez niego projektowane – np.: Czego oczekujesz po Soborze?, Jakich reform pragniesz w Kościele?, Dlaczego wierzę, wątpię, odchodzę?, Czego się nauczyłem od moich dzieci?.

Natomiast miejsce bezinteresowności jest gdzie indziej. W swoich rozważaniach religijnych – a także tych poświęconych dialogowi, w szczególności dialogowi z niewierzącymi – Stefan postulował istnienie „wiary podstawowej”, wspólnej wierzącym, a także wielu niewierzącym, których modelem był Józef Conrad.

Ta „wiara podstawowa” wyraża się w przekonaniu, że świat i życie mają jakiś sens – być może przed nami ukryty, może przez nas światu i życiu nadany, ale jednak realny – oraz, co z tym związane, w przeświadczeniu o istnieniu i wartości nieutylitarnej miłości.

Ten rodzaj bezinteresowności płynącej z „nieutylitarnej miłości” był Stefanowi bardzo bliski, był jednym z motorów napędzających jego aktywność, choć czasem stanowił przeszkodę w realnym spojrzeniu na innych ludzi, których gotowość do angażowania się w jak najbardziej słuszne i potrzebne, ale całkowicie nieutylitarne projekty była znacznie mniejsza niż jego własna.

Spotkajmy się

Kościołowi – swojej wielkiej miłości, a zarazem u końca życia źródłu dotkliwego cierpienia – służył Stefan z całym oddaniem i bezinteresownością nie tylko jako publicysta religijny i redaktor „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, lecz także jako współzałożyciel, a potem wielokrotny prezes krakowskiego KiK-u, przewodniczący komisji apostolstwa świeckich w ramach duszpasterskiego synodu archidiecezji krakowskiej, członek Papieskiej Rady do spraw Świeckich, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Katolików Świeckich. Do trudnej wiary w Kościół, jak i do „nieutylitarnej miłości” prowadziła Stefana jego gorąca i osobista wiara w Chrystusa: jego „osobisty związek z Chrystusem”, będący rdzeniem jego chrześcijaństwa, jak sam je opisywał.

Czytaj także

Stefan Powszechny

Ważnym doświadczeniem były dla Stefana spotkanie i współpraca z niemiecką Akcją Znaków Pokuty utrwalające jego przekonanie o potrzebie i skuteczności czynnego pojednania również na innych frontach, na których dialog, zrozumienie i pojednanie są konieczne. Z tego doświadczenia wyrósł główny kierunek jego działań w latach 80. i 90., kiedy to za kluczową kwestię uznał stosunek chrześcijan i Polaków do Żydów. Zaowocowało to ważnymi numerami „Znaku”, wiceprzewodniczeniem Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej, Radzie Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, walnym udziałem w rozwiązaniu konfliktu wokół krzyży na żwirowisku w Auschwitz, zainicjowaniem i przewodniczeniem Fundacji Kultury Chrześcijańskiej Znak, która postawiła sobie za główny cel rozwijanie dialogu pomiędzy przedstawicielami trzech religii Abrahamowych. Dodajmy do tego liczne kontakty i przyjaźnie międzynarodowe, cierpliwe tkanie sieci sympatii i zaufania między ludźmi, zwłaszcza w Europie, której gospodarcza i polityczna integracja domaga się, zdaniem Stefana, uzupełnienia na poziomie społecznym. Szczególnie to jest konieczne wobec kryzysów współczesności, które starał się zdefiniować i na które szukał lekarstw i sojuszników, by się im przeciwstawiać: kryzysowi antropologicznemu, czyli fałszywej wizji człowieka, kryzysowi społecznemu polegającemu na rosnącej liczbie wykluczonych, kryzysowi polityki objawiającemu się w nasileniu nienawiści aż do poziomu terroryzmu.

Stefan był przekonany, że każdy na dostępną mu miarę może tym zagrożeniom przeciwdziałać. Sam przyczynił się do rozwiązania kryzysu, jakim groziło nieuchwalenie konstytucji w 1997 r., proponując tekst preambuły, do której Tadeusz Mazowiecki przekonał partnerów politycznych. W tym duchu niemal do końca życia przysyłał – coraz krótsze – refleksje i zarysy programów działań – dla KiK-u, dla „Znaku”, dla „Tygodnika”, dla Kościoła, których intencją było zawsze uzdrawianie świata, do którego, choćby w najmniejszym wymiarze, każdy człowiek dobrej woli może się przyczynić. Modlitwa, praca, ład i pokój. I dialog – marzeniem Stefana było dobre wykorzystanie internetu, w którym następowałaby autentyczna wymiana myśli i doświadczeń, wielostronna, powszechna komunikacja dobra i praktycznej mądrości. Chyba nie przypadkiem jego pierwszy artykuł w „Znaku” nosi tytuł Katolicy i współpraca międzynarodowa, a ostatni, pisany z górą pół wieku później, wzywa w tytule: Spotkajmy się i dotyczy leczenia ran po wojnie w Kosowie.

*

Klamra życia Stefana Wilkanowicza, która spięła się na tynieckim cmentarzu, ma jeszcze jeden wymiar: oto Stefan spocznie u boku pani Teresy, wśród ludzi, których bliskość i wspólnota go uskrzydlały. Stefan za młodu chciał być inżynierem lotnikiem i latać na szybowcach. To się nie udało. Ale za to – parafrazując słowa z Fides et ratio – wzniósł się wysoko ku czynnej kontemplacji prawdy na skrzydłach wiary i rozumu. Ufajmy, że z tych wyżyn będzie wspierał tych spośród nas, którzy na swój niedoskonały sposób podejmują jego dziedzictwo.