Jestem ostrożny w używaniu słowa »Bóg«” – mówi Jon Fosse w Misterium wiary, rozmowie rzece z teologiem Eskilem Skjeldalem (tłum. I. Zimnicka). Pomimo tej deklaracji norweski noblista jest jednym z najpopularniejszych współczesnych pisarzy tak otwarcie podejmujących wątki chrześcijańskie. Ostatnim tego świadectwem na polskim rynku czytelniczym jest Nowe imię, finał Septologii, opus magnum noblisty, będące medytacyjną rozprawą z „nieobecną obecnością” Boga. W jakiego Boga wierzy Fosse?
Nieprzypadkowo uciekam się do takiej paradoksalnej figury. Norweg używa jej, gdy mówi słowami Aslego, narratora Septologii, „chciałem jedynie malować, żeby powiedzieć coś, czego nie dało się powiedzieć w żaden inny sposób, tak, malowaniem wydobyć nieobecną obecność, tak o tym myślę, tak, sprawić, żeby czerń jaśniała, tak, wydobyć tę świetlistą ciemność”. Czytelnik sięgający po dzieła noblisty jest skazany na lawirowanie między paradoksami, poszukiwanie światła w labiryncie mroków i próby usłyszenia głosu w ciszy. Podobne metafory same nasuwają się przy lekturze tekstów Fossego, próbującego uchwycić język ciszy. „Zarówno w prozie, jak i w liryce usiłowałem dać wyraz temu, czego zwyczajnie, w mowie potocznej, nie da się przekazać słowami. (…) Próbowałem wyrazić to, co niewypowiedziane” (tłum. M. Grossman-Kliber) – mówił, odbierając Nagrodę Nobla.
Lektura tekstów krytycznych poświęconych literaturze Fossego mówi sporo o ich autorach, mniej o samej twórczości pisarza. Łatwo byłoby dopatrywać się w takich próbach miłości własnej krytyków (uległem jej kilka lat temu, pisząc o Drugim imieniu), niemniej Fosse sprzyja koncentracji na własnych odczuciach. Teksty wymagają uważności, skupienia, niejednokrotnie przełamania uciążliwych powtórzeń. Strategia autora ma na celu wprowadzenie czytelnika w określony stan – wydobycie tego, co nienazywalne, przy użyciu powracających fraz. Jak dostrzeżenie bezdźwięcznej ciszy za pomocą odbijającego się echa.
Jednak nie tylko o wrażenia i strukturalne sztuczki tu chodzi. Krytycy Fossego często posiłkują się w lekturze kluczem biograficznym mającym przeniknąć mrok pisarstwa noblisty i nieco wydobywającym na powierzchnię to, o co właściwie mu chodzi. Wolę jednak unikać projekcji życia norweskiego pisarza na twórczość, tym bardziej że Fosse sam podkreśla, iż jego pisarstwo to zmyślenia. Trudno w tę deklarację uwierzyć, ale postaram się oddać sprawiedliwość deklaracji twórcy, skupiając się na wątkach ideowych. O Fossem byłym alkoholiku albo nawróconym katoliku przeczytacie gdzie indziej, bo choć życie wpływa na idee, jednak to pierwsze kończy rozpad ciała, te drugie są zaś unieśmiertelnione w królestwie bytów wiecznych. Pisarstwo Fossego to przykład literatury filozoficznie głębokiej, snującej hermetyczne wątki w celu oświetlenia tych przestrzeni, które choć istnieją i są doświadczane, pojęciowo należą do najtrudniejszych do skategoryzowania. Literatury grającej o najwyższą stawkę, bo próbującej udzielić odpowiedzi na najpoważniejsze filozoficzne pytanie dotyczące natury Boga: jak ktoś wszechmogący może pozwolić na cierpienie? Wiemy, że nie ma z cierpienia żadnego pożytku – nie uszlachetnia. Jak więc Bóg patrzy na cierpiącego człowieka?


