70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Rijksmuseum

Równiutki pejzaż

Gdy Holender sadzi przed swym domem lipy, nie pomyśli, aby „gość siadł pod ich liściem i odpoczął sobie”, ale wpierw co do milimetra odmierzy odstępy pomiędzy drzewami, a potem przytnie ich czubki i poprowadzi gałęzie po drutach, żeby stworzyły idealnie symetryczną siatkę.

Oczy wilgotnieją mi mniej więcej dwa razy w roku. Wejście do samolotu KLM na lotnisku w Balicach, pozdrowienie stewardesy (goedemiddag, mevrouw – nieużywany przez długi czas język początkowo stawia opór, a dyftongi nieomal bolą), potem kawa i kanapka zapakowana w niebieskie pudełko z krowami i wiatraczkami. Po jakiejś godzinie za oknem pojawia się wreszcie Holandia, z symetryczną siecią kanałów, geometrycznie rozplanowanych miasteczek, paranoicznym wręcz ładem przestrzeni. To jest właśnie ten pierwszy raz. Drugi ma miejsce, gdy wracam, a z samolotu widać wijącego się w dole węża rzeki Ems, za którym są Niemcy, a potem już tylko rzeczywistość.

Los się musiał mną chyba nieźle zabawić. Wrzucono mnie w ten nieszczęsny byt w niewłaściwym czasie i w zupełnie nie tym miejscu, co trzeba. Jestem z natury zdyscyplinowany, pracowity, pedantyczny i maniakalnie wręcz punktualny. Nie znoszę niefrasobliwości i spontaniczności, nie mam też wiele zrozumienia dla słabości ludzkich. Kocham domowość, cenię sobie komfort (nie mylić z luksusem), lubię pieniądze i szanuję przedmioty (w Kraju Nizin to nie skąpstwo, lecz oszczędność, najchwalebniejsza z możliwych cnót). Wypisz, wymaluj jakiś XIX-wieczny Holender, choć na pewno nie współczesny, bo ci już sobie sporo odpuścili. Z zestawu „natura – kultura” zdecydowanie wybieram też drugą opcję, podobnie jak krakowska krytyczka sztuki Martyna Nowicka, która – jak mawia jej ojciec – owszem, w dzieciństwie nawet kwiatki lubiła, ale tylko na dywanie.

Nic dziwnego, że holenderskie podejście do przestrzeni bardzo mi odpowiada. Gdy jestem w Amsterdamie, zwykle robię na piechotę ok. 20 km dziennie, w Krakowie zaś z uporem siedzę w domu. Po co mam się denerwować, patrząc na wszechobecne graffiti, szmaty z reklamami i brudne okna (gdyby to tylko cokolwiek dało, natychmiast dzwoniłbym na policję!). Parę lat temu spacerowałem po Hadze z moim kolegą Charlesem, jednym z najlepszych w świecie znawców XVIII-wiecznej sztuki niderlandzkiej. Płoty oddzielające poszczególne posesje pomalowano na kolor granatu leciutko trącącego fioletem. Rosły przy nich kwitnące właśnie pnącza passiflory z niebieskimi pręcikami i ciemnoróżowymi płatkami delikatnie wpadającymi w odcień fuksji, zaś całość wyglądała jak z żurnala mód. „Wiesz, Charles, za to właśnie kocham Holandię, za tę waszą czułość dla detali”, wyznałem w zachwycie. „Ale to przecież nic wielkiego, co roku spotykamy się, dyskutujemy i głosujemy, jaką farbę kupić i jakie rośliny posadzić, czemu nie zrobicie tak w Polsce?” – bezgranicznie zdziwił się Charles, który najwyraźniej nigdy nie słyszał o sarmatyzmie. W Spaarndam z kolei zauroczyło mnie wypucowane do błysku okno okolone typowo holenderskimi okiennicami pomalowanym w biało-czerwone romby. Na jego wewnętrznym parapecie, pomiędzy dwoma prostokątami śnieżnych firanek, ktoś precyzyjnie ustawił purpurową cylindryczną świecę. No tak, Mondrian mógł się urodzić tylko w Holandii.

Gdy Holender sadzi przed swym domem lipy, nie pomyśli, aby „gość siadł pod ich liściem i odpoczął sobie”, ale wpierw co do milimetra odmierzy odstępy pomiędzy drzewami, a potem przytnie ich czubki i poprowadzi gałęzie po drutach, żeby stworzyły idealnie symetryczną siatkę. Podpisałem dziesiątki petycji w obronie Puszczy Białowieskiej i protestowałem przeciwko Ministerialnemu Szkodnikowi, ale holenderska estetyka przemawia do mnie o wiele bardziej niż rosochate wierzby i ciche grusze na miedzach. Nic na to nie poradzę.

Holenderski pejzaż należy do najlepiej rozpoznawalnych w świecie. Niski, szeroki horyzont, skłębione chmury na firmamencie, płaska ziemia usiana wiatrakami, woda, która nieomal miesza się z niebem, wreszcie pasące się krowy, malutkie postaci rybaków i wieśniaczek w bielutkich czepeczkach.

Większość turystów oczekuje właśnie tego i jeśli tylko pojedzie do kilku lokalnych „disneylandów”, do Zaanse Schans lub Kinderdijk, dostanie takie idylliczne landszafty. Wyobrażenia te powstały w wieku XIX, kiedy to zapanowała moda na „holandyzm”, artystyczny nurt prześwietnie opisany w książce Agnieszki Rosales-Rodríguez Śladami dawnych mistrzów. Podróżujący do Holandii malarze z Europy i Ameryki zdecydowanie woleli sielskie, sentymentalne widoczki, które właśnie odchodziły w przeszłość, niż dzikie robotnicze dzielnice i porty porośnięte tysiącami stalowych żurawi. Potem przyszły reprodukcje, pocztówki i przewodniki, narodził się mit.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter