70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Po (nie)widzialnej Galicji

Choć na tym terenie koegzystowały m.in. wioski niemieckich kolonistów, polskie majątki szlacheckie, sztetle żydowskie, był to świat głęboko skonfliktowany i zamknięty na innych. Wzajemna nieufność znalazła ujście po I wojnie światowej, po rozpadzie monarchii, w krwawych konfliktach, np. między Polakami i Ukraińcami w latach 1918–1919.

W 2014 r. obchodzimy stulecie wybuchu I wojny światowej, który był de facto początkiem końca Królestwa Galicji i Lodomerii. W tym roku mija także 30 lat od wydania Pańskiego bestsellerowego przewodnika geografii wyobrażonej Po Galicji. Co z perspektywy czasu zmieniło się w kontekście wiedzy i postrzegania tych terenów? Czy Pański przewodnik potrzebuje aktualizacji?

Nigdy nie myślałem, żeby ponownie napisać tę książkę. Przez 30 lat sytuacja bardzo się zmieniła. Kiedy pisałem Po Galicji, miałem w Polsce status persona non grata. Przez dziewięć lat – od początku Solidarności do 1989 r. – nie mogłem tu przyjechać, choć już wtedy w Austrii nazywano mnie ekspertem ds. Polski. Nie muszę chyba podkreślać, jak trudna i kuriozalna była to sytuacja. Dlatego, wraz z moim przyjacielem Christophem Ransmayrem, z którym niedawno wydałem Pogromców wilków, wpadłem na pomysł napisania książki dotyczącej tych terenów, ale pozwalającej mi na pracę „zdalną”. Wybrałem Galicję, która była wówczas zupełnie zapomniana przez Austriaków. Mogę się pochwalić, że jestem jednym z pierwszych, którzy na niemieckojęzycznym obszarze (prócz specjalistów oczywiście) pisali na ten temat. Nie mogłem pojechać do żadnego z miast galicyjskich, więc przyjąłem, że będzie to podróż imaginowana. Siedziałem w austriackich bibliotekach, szperałem w gazetach, czytałem literaturę. Najważniejsze było dla mnie posiadanie jednej zasady spajającej książkę. Wybrałem podróż koleją austriacką po Galicji Wschodniej i Bukowinie.

Pochodną książki były także zorganizowane w 1986 r. sympozja dotyczące Europy Środkowej, zaskaw niemieckojęzycznym obszarze nazywanej Mitteleuropą. Wraz z Claudio Margisem, Otą Filipem, Borisem Pahorem spotkaliśmy się m.in. w Wiedniu, Passau, Ljubljanie i dyskutowaliśmy o tym, gdzie tak naprawdę jest Europa Środkowa. Dla Austriaków było jasne, że do tego obszaru nie można zaliczać Niemiec, bo są potomkami Prus, a to już zupełnie inny świat. Do Mitteleuropy na pewno należą Czesi, Polacy, Węgrzy, Słoweńcy… W konsekwencji jedna z dziennikarek powiedziała, że Europa Środkowa jest tam, gdzie jada się strucle. Czy tak jest? Nie wiem. Natomiast tematyka i kartografia obu przedsięwzięć była w jakiejś mierze wspólna. Ta koincydencja mnie bawiła.

Po Galicji okazało się wielkim sukcesem. To dla mnie bardzo dużo znaczy, że książka istnieje na rynku od 30 lat i co roku jest ponownie wydawana. Organizowane są wycieczki szlakiem literatury czy architektury galicyjskiej, podczas których korzysta się z kieszonkowego wydania mojej książki. Nie mogę zatem narzekać. Od czasu premiery czytelnicy byli i są zdumieni odkryciem nowego terytorium…

… na mapie wyobraźni. Można traktować tę książkę jako przewodnik, ale opisuje w niej Pan raczej gorzki obraz Galicji.

Zależało mi już wtedy na krytycznym spojrzeniu na mit Galicji. Bardzo mnie denerwuje wszechobecna nostalgia za Galicją. Wystarczy poczytać gazety z tego okresu i okaże się, że Galicja nie była wcale taka piękna, a bzdurą jest mówienie, że wszyscy jej mieszkańcy byli szczęśliwi i żyli w bezkonfliktowej wspólnocie. Andrzej Vincenz zarzucał mi np., że za bardzo koncentruję się na galicyjskim brudzie. Proszę jednak pamiętać, że ja tam nie mieszkałem, jedynie cytuję gazety i książki.

Może rzeczywiście u Vincenzów, na Bukowinie, nie było brudno.

Tak. Kolonie niemieckie na tych terenach były porządne – tak przynajmniej opisuje je literatura.

Zwraca Pan uwagę, że w Galicji narody nie współżyły, ale jedynie żyły obok siebie. Z perspektywy czasu zaciera się granica i widzimy raczej, jak Pan mówi, „kolorową mieszaninę” Polaków, Niemców, Żydów, Austriaków, Ukraińców, Ormian, Słowaków, Węgrów, Hucułów, Łemków…

Choć na tym terenie koegzystowały m.in. wioski niemieckich kolonistów, polskie majątki szlacheckie, sztetle żydowskie, był to świat głęboko skonfliktowany i zamknięty na innych. Wzajemna nieufność znalazła ujście po I wojnie światowej, po rozpadzie monarchii, w krwawych konfliktach, np. między Polakami i Ukraińcami w latach 1918– 1919. Po latach zajmowania się tą tematyką wątpię, że wszyscy otaczali się tu wzajemną miłością. Moja rodzina pochodzi ze Słowenii, z terenów mieszanych etnicznie, językowo, religijnie, dlatego wiem, że właśnie na styku kultur rodzą się nacjonalizm, nienawiść, prowadząca np. do nazizmu, w tym wypadku austriackiego czy niemieckiego.

Może jednak za taką mozaiką kulturową stoi specyficzna polityka, którą forsował Franciszek Józef. Według jego projektu monarchię zamieszkiwały etnosy, plemiona nie narody, cesarz zwykł mawiać o „swoich ludach”, nigdy o nacjach.

Galicja była eksperymentem, niestety, nieudanym, zepsutym, zakończonym katastrofą I wojny światowej. Rządzili nią Polacy, Ukraińcy nie mieli takich samych praw. Wiem, że wojna nie rozpoczęła się w Galicji, ale dała początek mitowi. Dziś widzimy, jak ten mit na nas oddziałuje. Jestem tego najlepszym przykładem, przecież zajmuję się tematyką galicyjską od ponad 30 lat. Myślałem, że w momencie kiedy napiszę pierwszą książkę, skończy się moja przygoda z Galicją, a wydałem kolejne – Cesarza Ameryki, który opowiada o wielkiej emigracji oraz Bogaty kraj biednych ludzi, antologię galicyjską, której współautorem jest Karl-Markus Gauss…

We wszystkich wymienionych publikacjach odczarowuje Pan obraz, do którego przywykliśmy. Czy przypadkiem nie stajemy się zakładnikami mitu, który chcemy zdekonstruować?

W Austrii jestem nazywany współzałożycielem mitu galicyjskiego. Nie wstydzę się tego. Jednak staram się ciągle uświadamiać nie tylko moich rodaków, że Galicja miała swoje ciemne oblicze, czarne karty. Uchodzę zatem jednocześnie za burzyciela mitu. Ktoś musi o tym przypomnieć, ponieważ sami Austriacy nie bardzo chcą o tym pamiętać.

Czy wynika to z niskiej świadomości?

Dla Austriaków Galicja była odległą prowincją. Traktowali ją jak kolonię, tu budowali koleje, by sprowadzać tanie towary i eksportować surowce. Zadziwiające, że np. Józef Roth jest w Austrii bardzo znany, ale nikt nie dostrzega ciemnych aspektów historii, które zostały odnotowane w jego utworach.

Galicja to terytorium skażone, naszpikowane masowymi, wciąż nieznanymi grobami. Należy o tym mówić głośno. Galicja kojarzona jest w Austrii jedynie z żydowskością. Zupełnie jak w Stanach Zjednoczonych. Trzeba zaznaczyć, że Żydzi stanowili 10% mieszkańców Galicji. A gdzie reszta? Polacy, ale i Ukraińcy, których Austriacy dotąd nie dostrzegają. W moim kraju prawie nikt nie pamięta, że Galicja w dużej mierze została stworzona przez ukraińską kulturę i język. Dziś, w obliczu konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, mechanizmy wyparcia bolą najbardziej. Współczesnej Ukrainy większość Austriaków nie traktuje do końca serio. Powtórzę – Ukraina jest odległa, obca, znajduje się poza granicami naszego „europejskiego” horyzontu. To przekłada się bardzo mocno na postrzeganie kultury ukraińskiej na Zachodzie. Prócz kilku nazwisk – Jurija Andruchowycza, Oksany Zabużko i piszącego po rosyjsku Andrija Kurkowa, na język niemiecki nie tłumaczy się literatury ukraińskiej. Powinniśmy pamiętać o tym, że Ukraińcy w Austrii odgrywali bardzo ważną rolę – mieli swoich posłów w parlamencie, w Wiedniu wydawał chociażby uznany krytyk i pisarz Osip Turiański, którego dzieła do tej pory nie zostały przetłumaczone na język niemiecki.

Niska świadomość przekłada się także na obecną sytuację. Inteligentni ludzie nieustannie pytają mnie o bieżące wydarzenia na Ukrainie. Pytania są zaskakujące, np. czy rzeczywiście ten język jest prawdziwy. Sugerują się wypowiedziami np. Władimira Żyrinowskiego, że ukraiński to język wymyślony przez Polaków i Austriaków. Niektórzy ludzie pozostają w głębokiej niewiedzy, a ja uważam, że coś z tym fantem należy zrobić, dlatego dbam o to, by przywracać pamięć o sprawie ukraińskiej, powtarzam, że literatura galicyjska to nie tylko Józef Roth i Józef Wittlin, ale także cała kulturalna spuścizna tego kraju.

Mówi Pan wprost, że Galicja to skażony obszar, pokazuje najciemniejsze oblicze mitu galicyjskiego, który, jak widać, ma wpływ także na teraźniejszość. Jak na taką krytykę reagują Austriacy?

To zależy. W związku z tym, że w Austrii jestem uznawany za współzałożyciela mitu galicyjskiego, czuję obowiązek mówienia także o nieprzyjemnych rzeczach. Proszę mi wierzyć, ja nie lubię opowiadać strasznych historii. Sam cierpię tym bardziej, im więcej wiem, im dłużej o tym myślę. Książką Śmierć w bunkrze udowodniłem, że wszystkich nas dotyczą konsekwencje mitologizowania wspólnej, niezbyt idyllicznej, przeszłości. Austriacy często uważają, że tylko na terenie Galicji, czyli gdzieś na prowincji, miały miejsce masowe rozstrzelania, „wielkie umieranie”, tam rodził się nacjonalizm. Nic bardziej mylnego! Kto został gubernatorem w momencie, gdy Galicja została odnowiona pod potworną postacią Dystryktu Galicja? Austriak, narodowy socjalista, Otto Gustav Wächter, który rządził na tych terenach, gdy mordowano Żydów i Ukraińców. On na pewno miał krew na rękach, choć nikt nie dowiódł, że sam zabijał.

Pochodzę z małego austriackiego miasta Linz (ok. 200 tys. mieszkańców). Mój ojczym chodził do szkoły z Adolfem Hitlerem, dzielił ich jeden rocznik, później do tej szkoły chodził także „inżynier Holocaustu” Adolf Eichmann. Z kolei moja siostra była prze krótki czas dziewczyną syna innego zbrodniarza wojennego – Ernsta Kaltenbrunnera. Znaliśmy te rodziny. To zestawienie pokazuje skalę – małe miasteczko, a pochodzą z niego trzy osoby z takimi nazwiskami. W tej sytuacji nie można powiedzieć, że Austrii zbrodnie nie dotyczą. Zostałem wychowany w domu ojczyma, który był nazistą, babci, która była nazistką. Zdaję sobie sprawę, że ludziom trudno zmienić sposób widzenia. Dziś przemoc objawia się może nie wprost, ale jest głęboko zakorzeniona np. w języku. W Niemczech ludzie mówią i myślą inaczej niż w Austrii.

Zaczęliśmy rozpracowywać mit galicyjski, ale może zastanówmy się, co złożyło się na jego powstanie. Pielęgnujemy mit ze względu na to, że Galicja to początek końca świata przed największymi katastrofami XX w. Narody wcześniej żyły obok siebie, ale jednak były blisko, współistniały, a wojny położyły temu kres. Niestety, w brutalny sposób wymazano rzeczywistość galicyjską z map, ale tęsknota pozostała, a od niej bardzo blisko do idealizacji i nostalgii.

Znamy to z literatury. Adam Zagajewski często powtarza, że po wyjeździe ze Lwowa do Gliwic w jego rodzinie zauważono, iż wszystkie rzeczy, które stamtąd zabrali, są nieużyteczne. Praktyczne rzeczy zawsze były niemieckie, sentymentalne – lwowskie. To piękny obraz kojarzenia przedmiotów z Galicji z „potrzebą serca” – filiżanki, kilimy, fotografie. Dlatego też zbieram zdjęcia z tamtego czasu, pozwalają mi bowiem zastanowić się, jaką historię kryją czy opowiadają, kto trzymał je w rękach, dlaczego znalazły się na aukcji.

Czy nie jest tak, że w Galicji mieliśmy cały świat na jednym, w dużej mierze samowystarczalnym, obszarze? Pisze Pan o Borysławiu jako galicyjskiej Pensylwanii, o Hucułkach z Żabiego, które stroiły się jak paryżanki…

Wtedy lubiano Wiedniem nazywać Kraków i Lwów, a miejscowości, które były położone nad rzeką i miały mosty, automatycznie stawały się Wenecją. To wynika z tradycji.

Ale skąd Pan wie, że Hucułki stroiły się jak paryżanki?

Przede wszystkim z fotografii, które są dla mnie bardzo ważne. Choć to także określenie literackie. Wszystkie zdjęcia w książce Po Galicji pochodzą z moich archiwów. Skoro nie mogłem pojechać w Karpaty, musiałem przynajmniej na zdjęciu zobaczyć, jak one wyglądały, a także jak prezentowali się ludzie z tamtego terenu. Na zdjęciach widać dużą biedę Galicji, ale należy pamiętać, że cały świat wówczas był biedny, np. Szwecja, z której masowo emigrowano. Przecież nikt żyjący w dobrobycie nie wyjechałby z miejsca zamieszkania bez powodu. Nie wiem natomiast, czy Galicja była w tym czasie najbiedniejszym obszarem.

Musimy wiedzieć, dlaczego na Zachodzie panowało powszechne przekonanie, że „galicyjski Żyd jest najgorszy”. Niestety, pochodzę z domu, w którym tak mówiono. Cały antysemityzm Hitlera wziął się stąd, że on nie znał świata, w którym ludzie wyglądali tradycyjnie – byli ubrani w chałaty, nosili pejsy. Austriaccy Żydzi byli zasymilowani, mówili po niemiecku, nie w jidysz. To zderzenie z galicyjskim ubóstwem, obserwacja wielkiej przedwojennej emigracji i niezgoda na nieznany świat są widoczne w Mein Kampf.

Dlatego zawsze staram się zwracać uwagę na fotografie dołączane do moich książek. Okładka jest bardzo ważna. Przy okazji publikacji Cesarza Ameryki dowiedziałem się, co ludzie myślą o Galicji i czy zdają sobie w ogóle sprawę z tego, jak ona wygląda. Wiedza jest znikoma. Na pierwszym projekcie okładki do książki opowiadającej o wielkiej emigracji z Galicji widnieli wychodzący z okrętu emigranci z Włoch. Już na pierwszy rzut oka wiadomo, że nie są to ludzie z Galicji – wystrojeni, piękne buciki, skórzane kufry… Który emigrant z Galicji nosiłby się w ten sposób? Skoro ja dostrzegam różnicę, to inni też będą.

Czy to w związku z ubóstwem, biedą, chodakami zamiast trzewiczków, jidysz zamiast niemieckiego Austriacy nazywali Galicję pół-Azją?

To określenie ukuł Karl Emil Franzos w książce, która jest zbiorem reportaży pochodzących z lat 70. XIX w. Pisarz został wychowany w duchu wielkoniemieckim, mieszkał w Berlinie, choć pochodził z miasteczka Czortków. To on wydał bezlitosny wyrok na swoją małą ojczyznę, ukazując Galicję jako region niecywilizowany, odpychający, zaśmiecony, z brudnymi i śmierdzącymi mieszkańcami. Uważał, że Galicja tylko odrobinę przypomina Europę, choć twierdził, że przede wszystkim „nie daje się zaliczyć do naszej części świata”. Byłem niesamowicie zdumiony, kiedy znalazłem zdjęcie restauracji kolejowej w Przemyślu, o której wcześniej pisał Franzos. Na fotografii wszyscy są pięknie ubrani, stoły nakryte białym obrusem, a z jego opisu wyłania się miejsce straszne i brudne. Wcale się nie dziwię, że właściciel tej restauracji był oburzony. Sam bym podał Franzosa do sądu za zniesławienie.

Na niecywilizowaną Galicję, półazjatycką przestrzeń, zwracał także uwagę znany i czytany pisarz niemiecki Ludwig Ganghofer. Na pewno zaczerpnął od swojego kolegi po piórze Franzosa tę frazę, która ma oznaczać biedę, nędzę i skrajne ubóstwo. W tym też upatruję utożsamienia Galicji z niepokojem, wojną i odrazą.

Czy tak Galicję widzą współcześni Austriacy?

Wiedza o Galicji w Austrii jest mała i ograniczona do klisz. W Polsce wielu rzeczy nie trzeba tłumaczyć, pamięć, choć na pewno niepełna, jest obecna. A proszę sobie wyobrazić, że podczas pracy nad książką pytałem o pomoc bibliograficzną antykwariusza, który szukał informacji o Galicji pod hasłem „Bałkany”. Mit Galicji w Wiedniu jest zupełnie inny, nieoczywisty…

Czy jest to rzeczywiście jeden mit? Może jest ich więcej, a łączy je wspólna przestrzeń nazywana Galicją?

Powiedziałbym, że to Galicja była różna. Każdy może coś w niej dla siebie znaleźć – dla Polaków jest Piemontem, dla Austriaków prowincją, odległą przestrzenią, synonimem Wielkiej Wojny, Ukraińcy widzą w niej coś zupełnie innego… Jarosław Hrycak przypomina, by o ukraińskiej Galicji mówić w kontekście Iwana Franki, wybitnego działacza, pisarza, polityka. Często zastanawiamy się też, czego w naszym obrazie Galicji brakuje. Jeśli chodzi o Austrię, to na pewno wielkich polskich polityków – hrabiego Gołuchowskiego, Kazimierza Badeniego, choć z nim to różnie bywa, np. w Słowenii nie jest lubiany. Wydaje mi się jednak, że wciąż za mało wiemy o przeciętnym życiu w Galicji, o wzajemnym patrzeniu nie tylko na mit, ale też na historię i „skażone umieraniem krajobrazy”.


.MARTIN POLLACK – tłumacz, eseista, publicysta, autor książek m.in. Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukownie, Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu, za którą otrzymał Nagrodę Europy Środkowej Angelus w 2007 r., Skażone krajobrazy. Jest laureatem Lipskiej Nagrody Książkowej na rzecz Porozumienia Europejskiego, w 2012 r. został Ambasadorem Nowej Europy

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata