(fot. Archives du 7e Art / BE&W)
z Anną Cwojdzińską rozmawia Edyta Zielińska lipiec-sierpień 2021

Przekroczyć to, co znane

Pamiętam, że jako dziecko bałam się burzy. Podczas jednej z nich mój tata zaprowadził mnie do okna i powiedział, że to, co teraz się dzieje, to jest niezwykła rzecz – koncert nieba – a my mamy wielki przywilej go podziwiać. Wydaje mi się, że tak właśnie można nauczyć się zachwytu.

Artykuł z numeru

Sztuka zachwytu

Czytaj także

z Casparem Hendersonem rozmawia Adam Pluszka

Niewidzialny ruch rzeczy

Co Panią ostatnio zachwyciło?

Akurat ja mam stosunkową łatwość w doświadczaniu zachwytu i w zasadzie codziennie się czymś zachwycam. Najłatwiej naturą. Moja sunia bardzo mi to ułatwia. Odkąd jesteśmy razem, a mija już sześć wspólnych lat, dostrzegam rzeczy, których wcześniej nie widziałam, i zwiększyła się u mnie uważność i wrażliwość na otoczenie. Codziennie jeździmy na długi spacer do Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie Mila zaprasza mnie do jakiegoś nowego zachwytu, bo tam zawsze jest coś, nad czym można się zatrzymać, a zwolnienie tempa to pierwszy krok do zachwytu.

Mnie ostatnio zachwyca niemal wyłącznie natura.

Być może dlatego, że w czasie pandemii była to jedna z niewielu przestrzeni dostępnych nam w zasadzie bez ograniczeń. Zresztą nasz sposób doświadczania natury dobrze łączy się z samą definicją zachwytu.

Bo czym on właściwie jest?

Naukowcy różnie go definiują, jednak zgadzają się co do jednego – zachwyt jest przede wszystkim emocją. Pierwszy raz w ujęciu psychologicznym napisali o nim w 2003 r. Dacher Keltner oraz Jonathan Haidt w przełomowej pracy Approaching awe, a moral, spiritual, and aesthetic emotion, opublikowanej w czasopiśmie „Cognition and Emotion”. Wcześniej w tym kontekście mówiło się o nim relatywnie niewiele. Keltner i Haidt – sfrustrowani brakiem badań na ten temat – materiał do rozważań czerpali z religii, filozofii oraz socjologii i na tej podstawie wypracowali definicję, a właściwie, jak sami to nazwali, prototyp pojęcia zachwytu. Według nich zachwyt wiąże się ze zderzeniem z czymś, co nie mieści się w naszych strukturach poznawczych. To odczucie jest uwarunkowane przez dwa najważniejsze komponenty: vastness – bezkres – oraz accommodation – czyli dostosowanie.

Krótko mówiąc, zachwyt pojawia się wtedy, kiedy spotykamy się ze zjawiskiem, które postrzegamy jako niejasne, wielkie, wypełnione jakąś potęgą. Jednocześnie w obliczu doznawania głębokiego bezmiaru pękają nasze utarte schematy, a wszystko to, co znaliśmy na co dzień, nagle nie znajduje zastosowania.

Wtedy pojawia się też potrzeba akomodacji: musimy przekroczyć schematy, które dotychczas znaliśmy, i niejako ponownie wytłumaczyć sobie świat. Słowem – autentyczny zachwyt zmusza nas do przekroczenia tego, co oswojone.

Niektórzy teoretycy określają zachwyt jako emocję, która zmusza nas wręcz do przekraczania siebie. Smutek czy radość kierują nas w stronę własnego „ja”. Tymczasem emocje self-transcendentne, takie jak właśnie zachwyt, ale także współczucie czy wdzięczność, sprawiają, że kierujemy uwagę na zewnątrz. W obliczu zachwytu całe nasze zainteresowanie skierowane jest na bezkres, którego doświadczamy, dlatego pojawia się wtedy poczucie bycia kimś małym i nieznaczącym.

Podobną, bo też skoncentrowaną na potędze i wyjątkowości, definicję zachwytu w filozofii proponował Kant. Tymczasem Jolanta Brach-Czaina, polska filozofka codzienności i jedna z bohaterek tego numeru, mówi, że najważniejszą częścią naszego życia jest „konkret egzystencjalny”, bo to on prowadzi ku metafizyce. Dla Brach-Czainy obiektem zachwytu mogła być dojrzała wiśnia, kamień czy dobrze przyrządzone pierogi.

To, o czym, a może nawet bardziej to, jak pisze Brach-Czaina, z mojego punktu widzenia byłoby raczej bliskie praktyce mindfulness. W Szczelinach istnienia zaprezentowana jest uważność na szczegół, która może prowadzić do zachwytu, chociaż tutaj pojawia się też pewien problem semantyczny.

W życiu codzienny mamy oczywiście różne rodzaje zachwytów – mniejszych lub większych. Natomiast w psychologii jest inaczej – zachwyt jest uznawany za coś niezwykłego i wykraczającego poza nasze codzienne doznawanie rzeczywistości. Wszystko bierze się z różnic między językiem angielskim, czyli tym, w którym napisano większość publikacji na temat zachwytu, a polskim. W angielskim mamy słowo awe, oznaczające przeżycie dogłębne, transgresyjne, wręcz duchowe. Wonder natomiast, które możemy tłumaczyć jako zdumienie, ma ciężar zbliżony do polskiego „zachwytu z rzeczy codziennych”, bo sense of wonder jest właśnie zachwytem konkretnym liściem, ptakiem czy kształtem chmur. To pewnie bardziej zagadnienie dla językoznawców, ale, jak mówił Wittgenstein, granice naszego języka są granicami naszego świata – semantyka zatem wpływa na to, jak doświadczamy m.in. zachwytu. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy mają większą zdolność do jego odczuwania – w tym sensie Brach-Czaina może mieć rację. Otwartość na doświadczenie, większa tolerancja na niepewność czy mniejsza potrzeba określoności sprawiają, że niektórzy mają większą łatwość w doznawaniu zachwytu.

Czyli zachwyt to dar, a nie umiejętność?

Niekoniecznie. Z zachwytem jest trochę jak z bieganiem: większość z nas jest w stanie to robić, ale nie wszyscy tak szybko jak Usain Bolt. Jednak dzięki treningom możemy przynajmniej odrobinę zbliżyć się do jego osiągów.

Niektóre badania pokazują, że osoby mające większą skłonność do zachwytu różnią się subtelnie w zakresie struktur mózgu od tych, które zachwytu doświadczają mniej, np. w pracy Neural Basis of Dispositional Awe, opublikowanej we „Frontiers in Behavioral Neuroscience” Fang Guan i współpracowników znajdujemy informację, że osoby predysponowane do odczuwania zachwytu mają mniejszą objętość istoty szarej w przedniej, środkowej i tylnej korze zakrętu obręczy oraz zakręcie skroniowym środkowym. Ogólnie rzecz ujmując, różnice te związane są z obszarami odpowiedzialnymi za uwagę, świadomą samoregulację, kontrolę poznawczą i emocje społeczne. Trzeba jednak zaznaczyć, że to, jak nasz mózg wygląda i reaguje, jest wynikiem naszych codziennych doświadczeń, tego, z czym nasz organizm się spotyka. To nie jest tak, że jesteśmy wyłącznie dziećmi swojego mózgu. Istnieje dynamiczna równowaga między jego strukturą a naszym doświadczeniem.

Zachwyt zatem pojawia się w nas na drodze rozwoju?

Tak, i myślę, że zaczyna się to bardzo wcześnie.

Pamiętam, że jako dziecko pojechałam z rodzicami w wakacje na wieś, do domu nad jeziorem. Pewnej nocy zaczęła się burza. Pioruny uderzały o taflę wody, więc huk grzmotów był niezwykle głośny. Byłam przerażona ciemnością i tym potwornym dźwiękiem, więc poszłam do pokoju moich rodziców. Mój tata zaprowadził mnie do okna i powiedział, że to, co teraz się dzieje, to jest niezwykła rzecz – koncert nieba – a my mamy wielki przywilej go podziwiać.

Wydaje mi się, że tak właśnie można nauczyć się zachwytu.

Zachwyt nie istnieje obiektywnie, to my go produkujemy, pojawia się w oczach obserwatora. W terapii systemowej, którą długo się zajmowałam, jednym z bardziej nośnych ujęć rzeczywistości jest konstruktywizm społeczny. Zakłada on, że znaczenia są konstruowane, a to, co się dzieje w nas, wynika z zakodowanych w nas reakcji na interpretacje. To dobrze pasuje do historii o burzy – nasz odbiór rzeczywistości zależy od tego, jak o niej opowiadamy. Czasem wystarczy prosta reinterpretacja, żeby totalnie zmienić odbiór sytuacji, która przecież się nie zmieniła.

Prosta reinterpretacja czy odpowiednia osoba?

Mamy ogromne szczęście, jeżeli w naszym życiu pojawi się ktoś, kto nas zatrzyma i zwróci na coś szczególnego naszą uwagę, a do tego będzie miał w sobie tyle otwartości, żeby powiedzieć, że to może być inne, niż myślimy – że wystarczy być uważnym, przyjrzeć się nieco, zbadać. Istnieją zresztą prace psychologiczne dowodzące bezpośredniego związku między fascynacją nauką a skłonnością do doświadczania zachwytu. Potrzeba akomodacji, o której pisali Keltner i Haidt, często znajduje wyraz w naszym dążeniu do wyjaśniania. Doświadczenie czegoś niezwykłego i bezkresnego może rozbudzić w nas pragnienie wiedzy, a w konsekwencji prowadzić w stronę np. kariery naukowej. Niektórzy badacze określają zachwyt jako jedną z emocji epistemicznych, czyli takich, które są powiązane z procesem uczenia się, wiedzą i jej zdobywaniem, z eksploracją. U podstaw poszukiwań wielkich astrofizyków stoją często dziecięcy zachwyt i zainteresowanie rozgwieżdżonym niebem – tak znane postacie jak Albert Einstein czy Carl Sagan podkreślały znaczenie emocji, w tym zachwytu, dla własnych dociekań.

Jedną z ewolucyjnych przyczyn wykształcenia się naszej ogólnej zdolności do zachwycania się jest ciekawość, pragnienie poznania. W obliczu bezkresu, niewiadomego pojawienie się jakiejś pozytywnej, energetyzującej emocji motywuje nas do zdobycia wiedzy, by za chwilę być bardziej świadomym.

To bardzo budujące, bo sugerowałoby, że w gruncie rzeczy cała historia ludzkości jest poniekąd ufundowana na zachwycie, czyli emocji pozytywnej. Okazuje się, że ma on także funkcję adaptacyjną.

Tak. Niektórzy psychologowie ewolucyjni widzą w nim jedną z motywacji do zdobywania wiedzy o środowisku, co z kolei zwiększa szansę jednostki na przetrwanie.

Chociaż oswojone zjawisko zapewne przestaje już budzić nasz zachwyt, bo nie jest już ono nieokreślone. Wystarczy spojrzeć na rozwój człowieka – inne rzeczy ekscytowały nas, kiedy byliśmy dziećmi, a inne zachwycają dorosłych już ludzi.

Lecz są też badania, które sprawdzały powiązania między poczucie sprawczości a zachwytem. Okazuje się, że osoby mające do niego większą skłonność wykazują się niższym poczuciem sprawczości i predylekcją do wiary w zjawiska nadprzyrodzone.

Z tego, co Pani mówi, wynika, że zachwyt to bardziej kwestia ewolucyjna niż kulturowa.

Mamy różne rodzaje zachwytu – niektóre z nich są uwarunkowane biologicznie, inne są zbudowane na bazie czynników społeczno-kulturowych. Jednak nasze pierwotne doświadczenie zachwytu łączy się z odczuciem potęgi, i to ono ma teoretyczną możliwość wpływu na nasze życie. Co ciekawe, zjawiska, które wzbudzają zachwyt – bezkres oceanu, potężna góra, rwąca rzeka – noszą w sobie nie tylko ogromny ładunek doświadczenia estetycznego, ale również element zagrożenia. Obiektywnie rzecz biorąc, potęga natury jest dla mojego biologicznego istnienia niebezpieczna. Jest w tym więc jakiś element balansowania między podziwem i lękiem. Ale produkty kultury czy nauki, które nas zachwycają, też wydają nam się potężne, ponieważ w pewien sposób nas pozytywnie przerastają.

A czy zachwyt może być niebezpieczny? Psycholog Paul Bloom w rozmowie w „Znaku” mówił, że on obawia się tego doświadczenia awe, ponieważ – obok podziwu wobec natury – niekiedy tworzy ono też ową specyficzną aurę potężnych ludzi, dyktatorów i przywódców sekt, która sprawia, iż otoczenie im łatwo ulega.

Ketler i Haidt piszą o tym, że to głównie socjologowie łączyli zachwyt z dynamiką władzy i utrzymaniem porządku społecznego. Jako przykład przywołują poglądy Maxa Webera i Émile’a Durkheima, którzy rozpoznawali znaczenie silnych emocji, jak zachwyt, w tworzeniu ruchów politycznych, społecznych czy religijnych. Charyzmatyczny, wzbudzający zachwyt lider ma moc wpływania na innych – może zmieniać ludzkie postawy i inspirować ludzi do podążania za czymś większym niż oni sami. To „coś”, ta wzbudzająca zachwyt idea lub postać, może być czymś niezwykle pozytywnym i powiększać pulę dobra na świecie, ale może być także niszcząca i przyczyniać się do cierpienia. Całe szczęście – mamy wybór za kim podążamy.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Jak istotne w zachwycie jest bezpośrednie doświadczenie? Przecież żeby zobaczyć uśmiech oryginalnej Mony Lisy, jesteśmy w stanie stać w kilkugodzinnej kolejce do Luwru, a jej kopia, nawet najwierniejsza, nie wywołuje w nas takiego wzruszenia. Ludzie przemierzają pół świata, by zobaczyć miejsca, które i tak już widzieli na milionach dostępnych w sieci zdjęć.

Myślę, że mniej istotne jest tu doświadczenie, a bardziej element poszukiwania. Jako ludzie aktywnie poszukujemy autentycznych zachwytów, doświadczeń, które zmienią nasze życie – chodzimy do teatrów, kupujemy książki, słuchamy muzyki, podróżujemy i kiedy tylko mamy okazję, wystawiamy się na nowe doświadczenia. A zaczynamy tam, gdzie inni wcześniej już coś ciekawego znaleźli, adaptujemy do swojego życia gotowe rozwiązania. We wszystkich opowieściach o zachwycie zaklęta jest pewna obietnica. Niestety – nie dla wszystkich ma szansę się spełnić, bo jest on emocją bardzo indywidualną, uzależnioną od subiektywnej percepcji zjawisk, poniekąd ma w sobie coś ekskluzywnego.

Istotny jest również element podróży, drogi, którą musimy przebyć, żeby go przeżyć. Badania pokazują rolę zachwytu w turystyce. Napięcie towarzyszące oczekiwaniu na to doświadczenie, fantazje, które snujemy na temat drogi i celu naszej podróży, przecierają szlak neuronalny, czyli tworzą w mózgu ścieżki, które mogą wpłynąć na to, że doznamy zachwytu. Zachwyt bywa spontaniczny, jednak wymaga też pewnej gotowości i właściwego nastawienia.

A czy zachwyt ma płeć?

Raczej warunki kulturowe sprawiają, że kobiety i mężczyźni inaczej postrzegają świat, bo także różnie go doświadczają. Ale nie widzę powodów, dla których mielibyśmy się zachwycać w różnym stopniu.

Kolejny dowód na to, że biologiczne różnice między kobietami i mężczyznami są mniejsze, niż sądzimy, a płciowe nierówności zrodziły się w toku rozwoju cywilizacji.

To prawda, tym bardziej że, jak już wspomniałam, jest to emocja bardzo pierwotna. Skłonność do zachwytu mamy taką samą, ale być może społeczno-kulturowe uwarunkowania sprawiają, że zachwycają nas różne rzeczy.

Ta diagnoza nie odnosi się chyba wyłącznie do płci.

W naszym kręgu kulturowym zbytnia egzaltacja jest czymś dziwnym, wzbudzającym konsternację, a tymczasem istnieją społeczności, które z dużo większą łatwością wyrażają pozytywne emocje, jak Amerykanie czy Włosi.

Naprawdę w zachwycie może być coś wstydliwego?

Zbyt głośno okazywany entuzjazm może niekiedy być interpretowany jako niepoważny lub dziecinny. Nie muszą być to wcale bardzo intensywne emocje – wystarczy przypomnieć niedawne dyskusje, które przetoczyły się przez media, gdy w czasie ceremonii wręczenia Oscarów aktorka Yuh-Jung Youn wyraziła swoje bardzo szczere w formie i treści uznanie dla Brada Pitta. Szeroko komentowano jej wystąpienie, przy czym wiele osób stwierdzało, że zachowała się w sposób niestosowny. Społeczno-kulturowe warunki sprawiają, że w niektórych sytuacjach sami sobie narzucamy pewną cenzurę, by wpisać się w normy dotyczące wyrażania emocji, ponieważ w naszym kręgu kulturowym nadmierna ekspresja uchodzi za niepożądaną. Jednocześnie jeśli hamujemy ekspresję, to w którymś momencie pojawia się ryzyko, że zdusimy też w sobie odczuwanie zachwytu, bo przeżywanie i okazywanie emocji to na poziomie fizjologicznym naczynia połączone. -kulturowe warunki sprawiają, że w niektórych sytuacjach sami sobie narzucamy pewną cenzurę, by wpisać się w normy dotyczące wyrażania emocji, ponieważ w naszym kręgu kulturowym nadmierna ekspresja uchodzi za niepożądaną. Jednocześnie jeśli hamujemy ekspresję, to w którymś momencie pojawia się ryzyko, że zdusimy też w sobie odczuwanie zachwytu, bo przeżywanie i okazywanie emocji to na poziomie fizjologicznym naczynia połączone.

Myśli Pani, że można definiować ludzi, poprzez to, co ich zachwyca?

Nie wiem, czy zachwyt nas definiuje, ale myślę, że nas kształtuje, bo dzięki niemu włączamy nowe informacje w nasze struktury poznawcze.

Skoro zachwyt jest czymś, co nas ożywia, to w takim razie w jaki sposób powinniśmy pielęgnować w sobie sztukę zachwytu i nie banalizować tego uczucia?

Częste zachwycanie się nie jest niczym negatywnym. Lecz warto zadać pytanie, czy zmierzamy w stronę autentycznego doświadczenia, czy jedynie ślizgamy się po powierzchni.

Możemy zachwycać się nieustannie, pytanie tylko, czy rzeczywiście dogłębnie coś nas porusza, czy też mówimy, iż jest to „zachwycające” w formie nieco przesadnego komplementu. Powiedzmy sobie szczerze, że wszystko, co jest ważne, wyjątkowe i transformujące, jest też niebywale rzadkie, nie zdarza się co dzień. Wielka, namiętna, targająca nami miłość pojawia się w życiu zazwyczaj raz, czasem wcale. Dlatego też częściej odczuwamy zachwyt jako dzieci, gdy czegoś doświadczamy pierwszy raz w życiu, a później, w miarę rozwoju, doznajemy go rzadziej. I to nie jest tak, że gubimy samą umiejętność zachwycania się. Po prostu świat nam powszednieje.

Dzieci mają naturalną zdolność do zachwytu.

Dzieci mają przede wszystkim naturalną ciekawość, która, jeśli dorośli tego nie zepsują, może prowadzić do zachwytu. Zachwyt, ciekawość i zainteresowanie są sobie bardzo bliskie.

Lubiła Pani chodzić do szkoły?

Lubiłam. Miałam też szczęście, ponieważ trafiłam na nauczycieli, którzy bardzo wspierali uczniów, nawet jeśli ich zainteresowania mocno odbiegały od programu nauczania.

Zapytałam, bo wspomniała Pani o tym, że swego rodzaju zagrożeniem dla naturalnej ciekawości dzieci są dorośli. Ja nie przepadałam za szkołą, natomiast uwielbiałam się uczyć. Z przyjemnością chodziłam właściwie wyłącznie na zajęcia pozalekcyjne, a potem dopiero na studia. Z czasem znalazłam usprawiedliwienie dla swojego pobłażliwego stosunku do szkoły u Johna Holta – znanego amerykańskiego pedagoga – który napisał, że edukacja jest bezużyteczna, jeśli dziecko traci w szkole chęć uczenia się. Jak zatem wykorzystywać naturalną zdolność dzieci do zachwytu, by edukacja jednak miała sens?

Rozwiązanie jest prostsze, niż się wszystkim wydaje. Potrzebny jest nauczyciel, który będzie zdolny do odczuwania zachwytu, a dodatkowo będzie miał wysokie umiejętności społeczne, by ten zachwyt przekazać. Według mnie rozmowa o edukacji zawsze jest rozmową o poszukiwaniu dobrego przewodnika, pokazującego i tłumaczącego świat, a zarazem otwartego na inne sposoby jego rozumienia.

Zatem pytanie nie dotyczy tego, jak utrzymać ciekawość w dzieciach, ale jak pomóc nauczycielom być dobrymi przewodnikami. Ci, z którymi pracowałam, naprawdę kochali dzieci i swoją pracę, jednak często nie mieli wystarczających narzędzi do tego, żeby spełnić swoją zawodową misję. W Polsce mamy wadliwy system pozwalający na za duże klasy, brakuje w nim wsparcia psychologicznego dla nauczycieli, szkoleń nie tylko z metodyki, ale również z umiejętności miękkich. Tymczasem w innym miejscach na świecie wyraźnie widać, że jeśli nauczyciele są dobrze zaopiekowani jako grupa zawodowa, cały system edukacji funkcjonuje lepiej.

Czego w takim razie potrzeba nauczycielom, by stali się dobrymi przewodnikami po zachwycie?

Nauczyciele mówią o tym głośno – wystarczy przysłuchać się postulatom w protestach. Tym, czego moim zdaniem brakuje najbardziej, jest czas. Napięty program nauczania nie pozwala na to, żeby się zatrzymać, zauważyć coś, co nas zachwyci, i żeby to odczucie przeżyć, zrozumieć i nazwać. Zamiast zachwytu mamy presję.

Przede wszystkim nauczyciele sami potrzebują zachwytu. Moi studenci najbardziej zaciekawieni i chętni do nauki byli wtedy, kiedy opowiadałam im o temacie z ekscytacją w głosie. Prawdziwa pasja i pogłębiona wiedza modelują zachwyt.

Sporo o wspomnianym przez Panią przewodnictwie w zachwycie można dowiedzieć się z tekstów kultury. Cinema Paradiso to opowieść o chłopcu z małego, prowincjonalnego miasteczka na Sycylii, który dzięki pewnemu operatorowi kinowemu zachwyca się magią filmu, a później zostaje słynnym reżyserem. W Panu od muzyki nauczyciel rozbudza w zepsutych uczniach zachwyt nad sztuką, a w konsekwencji ich resocjalizuje. To oczywiście opowieści fikcyjne, ale czy na wczesnym etapie życia zachwyt może mieć funkcję kształtującą, a nawet ocalającą?

Jak najbardziej. Zresztą podejmuje się nawet próby wykorzystywania zachwytu jako elementu terapii. Zachwyt ma zdolność leczenia i transformacji, ponieważ – tak jak mówiłam – zmusza nas do zmiany naszych schematów poznawczych i wydostania się z pewnej stworzonej przez nas rzeczywistości, która może się nie sprawdzać a czasem nawet nas krzywdzić. Przekroczenie tej granicy po to, by było nam lepiej, to właściwie definicja terapii.

Zachwyt to emocja, która ma ogromną siłę. Samo jego odczuwanie wzmacnia nasze poczucie dobrostanu, wpływa pozytywnie na nasze zdrowie, ale zachwyt jest też uważany za emocję prospołeczną – zwiększa poczucie wspólnoty z innymi ludźmi i światem, łączy się z dostrzeganiem tego, co poza nami. Jest powiązany z empatią i za jego sprawą mamy większą skłonność do małych aktów życzliwości. Wiadomo też, że zachwyt zmniejsza tendencję do zachowań agresywnych. Ale przede wszystkim poszerza nasz repertuar poznawczy i ułatwia dokonywanie pozytywnych i trwałych zmian. Słynny psycholog Abraham Maslow twierdził, że zachwyt jest niezbędny do faktycznej, radykalnej i trwałej zmiany.

Skoro zachwyt ma na nas zbawienny wpływ, to gdzie szukać impulsów, które go rozbudzają?

Zanim zaczniemy szukać go na zewnątrz, to warto się zastanowić, czy jesteśmy gotowi go w ogóle przyjąć. Spotkanie z czymś, co przynosi zmianę, nawet jeśli jest ona pozytywna, może wywoływać obawy. Bywa, że niepokoi nas nawet wizyta u fryzjera, a przecież zmiany, których tam dokonujemy, są z definicji tymczasowe, włosy odrosną.

W takim razie jak wzmacniać w sobie tę gotowość?

Fotel terapeuty uczy, że nie ma uniwersalnych rozwiązań. Myślę jednak, że aby móc się zachwycić, trzeba najpierw być w stanie dostrzec świat dokoła, a to będzie możliwe tylko wtedy, gdy od czasu do czasu zwolnimy tempo albo wręcz się zatrzymamy. Dopiero w chwilowym bezruchu mamy szansę na uważną obserwację tego, co się dzieje w świecie, w nas samych, i uruchomienie wspomnianej przez Panią gotowości do zachwytu. Możemy pozwolić sobie na to odczucie. Dla niektórych może to być swoisty „skok wiary”. Czasem łatwiej jest też, gdy w emocjach towarzyszą nam inni – jeśli mamy szczęście i w naszym otoczeniu są ludzie, którzy nie tylko przeżywają zachwyty, lecz i dzielą się nimi, to warto być w ich pobliżu. Jesteśmy gatunkiem społecznym, zarażamy się emocjami – można pozwolić sobie zarazić się zachwytem, a potem samemu ponieść go dalej.

Czy zachwyt może prowadzić do wdzięczności?

Może. Jeśli w zachwycie znajdziemy dla siebie coś dobrego i poprowadzi nas on w stronę lepszego rozumienia otaczającego świata i samych siebie, to myślę, że jak najbardziej jest to coś, za co nie tylko można, ale wręcz warto być wdzięcznym.

Tak jak wspominałam, zachwyt, współczucie i wdzięczność są przez niektórych badaczy określane jako emocje self-transcendentne. Pisze o tym m.in. Jennifer E. Stellar ze współpracownikami w pracy Self-Transcendent Emotions and Their Social Functions: Compassion, Gratitude, and Awe Bind Us to Others Through Prosociality opublikowanej w „Emotion Review”. Podejrzewa się, że emocje te mogą mieć wspólną ewolucyjną genezę – pojawiły się, by pomóc nam rozwiązywać problemy, takie jak opieka nad innymi, współdziałanie i koordynowanie całości naszych interakcji społecznych, czyli te związane z faktem, że jesteśmy zwierzętami stadnymi. Pomagają nam poczuć więź z ludźmi, zmuszają do wyjścia poza własne „ja” i do skupienia się na dobrostanie innych, zatem promują zachowania prospołeczne. Patrząc z tego punktu widzenia, zachwyt nie tyle może prowadzić do wdzięczności, ile współgra z nią, wiodąc nas do bycia razem w lepszy, bezpieczny, empatyczny sposób.

Można w ogóle żyć bez zachwytu?

Ja nie potrafię. I w gruncie rzeczy nie znam nikogo, kto byłby niezdolny do zachwytu.

Ania Cwojdzińska

Psycholożka, terapeutka, której bliskie są terapia systemowa i postmodernistyczna, uzyskała doktorat z psychologii na Uniwersytecie SWPS w Warszawie. Aktualnie realizuje związany z życzliwością projekt Wszystko, co dobre

Kup numer