fot. dzięki uprzejmości Janka Eberta i Michała Pakuły
z Magdaleną Budziszewską rozmawia Edyta Zielińska kwiecień 2021

Mówcie prawdę

Częścią dobrej komunikacji jest nauczenie dzieci zachwytu. Nie wystarczy wygłaszać im pogadanek o miłości do przyrody. Trzeba jeszcze zarazić je elementarną wrażliwością i przyjemnością płynącą z kontaktu z naturą.

Artykuł z numeru

Świat prosi o ratunek

Czytaj także

Urszula Pieczek

Moje dziecko jest

z Emilią Dziubak rozmawia Georgina Gryboś-Szczepanik

Dać dziecku wybór

Czym jest solastalgia?

W badaniach mówi się o całej gamie emocji oraz przeżyć płynących ze świadomości strat wywołanych przez ludzkie ingerencje zagrażające środowiskom przyrodniczym. Pewien rodzaj nostalgii za światem stosunkowo nienaruszonych ekosystemów australijski filozof Glenn Albrecht nazwał właśnie solastalgią – neologizmem, który ma wyrażać emocjonalny lub egzystencjalny niepokój spowodowany zmianami środowiskowymi.

To, że ludzie postrzegają zmiany klimatu jako indywidualne, wręcz osobiste, doświadczenie, staje się powszechne na całym świecie. Mówią o tym przedstawiciele kultur rdzennych, mieszkańcy Europy, USA, miast czy wsi. Solastalgia to uczucie bliskie również Polakom, którzy w badaniach deklarują duże przywiązanie do krajobrazu naturalnego. Moja studentka, przygotowując pracę dyplomową, rozmawia teraz z seniorami, pytając ich o percepcję zmian klimatu. W ich wypowiedziach sporo jest konkretu, tęsknoty za miejscami, które zostały zdewastowane przez człowieka. Bo przestrzeni, w które od cywilizacji można uciec choćby iluzorycznie, jest coraz mniej.

Jakie są tego konsekwencje?

Dostęp do świata przyrody staje się dobrem luksusowym. Z jednej strony jest on w pewnym sensie wyznacznikiem przynależności do wyższej klasy społecznej, bo nawet na polskim rynku nieruchomości bliskość zieleni wiąże się z większymi kosztami mieszkania, a z drugiej – wyraźnie przekłada się na zdrowie psychiczne. Badania przeprowadzone w zeszłym roku w Lipsku pokazały, że im więcej starych drzew znajduje się w okolicy, tym mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na depresję. Oczywiście na ten wynik wpływ ma również parę innych czynników, ale finalnie przebija z niego stara prawda – przyroda jest bardzo dobroczynna, niezbędna dla naszego zdrowia, a jednocześnie łatwo ją reglamentować. Musimy jednocześnie pamiętać, że tempo zmiany klimatycznej jest czymś bezprecedensowym i ekosystemy nie są w stanie się do niej przystosować. Dobrym przykładem są polskie lasy. Kiedy zmieniają się strefy klimatyczne, to drzewa zaczynają rosnąć poza swoim optimum. Tym samym dla sosny i świerka w Polsce robi się za sucho i za ciepło. Gdyby ta zmiana trwała 5 tys. lat, to ten las przekształciłby się płynnie w las właściwy innej strefie klimatycznej. Lecz zmiana przebiega za szybko. Osłabione i wyschnięte drzewa albo zostaną zjedzone przez owady, albo powalone przez pierwszy większy wiatr, albo strawione przez pożary. Trzeba pamiętać, że kryzys klimatyczny to nie tylko cierpienie ludzi, ale też zwierząt, które nie potrafią się zaadaptować. Oprócz niego mamy jeszcze jeden kryzys, związany z bioróżnorodnością, bo w szybkim tempie wymierają gatunki. Konsekwencje są takie, że być może w przyszłości czekają nas konflikty o dostęp do przyrody, której jest coraz mniej.

Pani się tego boi?

Chyba tak, trochę się boję. Ale jest to racjonalny, uzasadniony strach. Zmiana klimatu niesie z sobą wielorakie konsekwencje i istnieją rzeczywiste powody, żeby obawiać się o przyszłość. Pewien poziom lęku, w obliczu tego, co wiemy o zmianie klimatu, jest adekwatny. Zawsze powtarzam, że strach ma charakter adaptacyjny.

Ewolucyjnie rzecz biorąc: ci, którzy się nie bali, nie przeżyli. Obawy nie powinny nas jednak paraliżować, ale mobilizować do zrobienia czegoś na rzecz poprawy sytuacji.

Lęki klimatyczne to doświadczenie ludzi Zachodu czy także innych regionów świata – niekiedy może nawet bardziej zagrożonych tymi zmianami?

Tematyka klimatyczna jest dość skomplikowanym kontekstem, w którym nie jest oczywiste, kto i czego się boi. Lęki związane ze świadomością zagrożenia są rzeczywiście właściwe dla społeczeństw, które są bezpieczne i bogate, czyli dla naszego zachodniego świata. Mają – jak wspomniałam – charakter antycypacyjny: boimy się, że prognozy nauki się sprawdzą, ponieważ ludzkość nie zareaguje na czas i być może nie uda się zmniejszyć emisji gazów cieplarnianych.

To jest jednak dość abstrakcyjna perspektywa i obawa przed scenariuszem, który wynika z wiedzy naukowej. Pamiętajmy jednak, że zmiana klimatu zachodzi w tym momencie i w samym 2020 r. mieliśmy bardzo wiele jej ofiar, a miliony osób były zmuszone do migracji (m.in. 12 mln w Indiach, Nepalu i Bangladeszu w wyniku powodzi i osuwisk ziemi). Doświadczenie tych ludzi jest po prostu inne niż nasze i więcej w nim starań o przetrwanie w codziennym życiu. Zwykle są to bardzo młode społeczeństwa z wysokim współczynnikiem dzietności i złymi prognozami na przyszłość. W tych miejscach często działa coś na zasadzie obronnego optymizmu. Nierzadko nastroje są tam lepsze niż na Zachodzie, gdzie po prostu możemy pozwolić sobie na zamartwianie się zmianą klimatu, bo jesteśmy bezpieczni i mamy czas na te rozważania.

Trzeba też podkreślić, że wiele ubogich państw robi dużo więcej niż my, żeby odpowiednio się przygotować w zakresie gospodarowania przyrodą lub wodą czy korzystania z energii odnawialnej (np. Egipt, RPA, Kenia, Namibia i Ghana inwestujące w energię słoneczną). Właściwie moglibyśmy się od nich uczyć. Ktoś jednak też musi finansować badania naukowe i próbować przeprowadzić całościową transformację we wszystkich sektorach gospodarki. I nie powinni to być ludzie, którzy właśnie uciekają przed powodziami albo żyją w skrajnym ubóstwie. Zatem w zachodnim świecie pewien poziom obaw, związany z braniem na poważnie danych podawanych przez naukowców, jest bardzo na miejscu.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

WHO w 2018 r. uznała zmianę klimatu za największe wyzwanie cywilizacyjne XXI w. i podkreśliła, że jej wpływ na życie i zdrowie ludzkie pozostaje niedoszacowany, a społeczności są na niego nieprzygotowane. Co mamy do zrobienia w kwestii przystosowania do zmian zwłaszcza ludzi młodych i dzieci?

WHO i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne podkreślają, że na zmianę klimatu powinny być gotowe całe społeczności i wspólnoty. Nie można z tego obszaru nikogo wyłączyć. Trudno sobie wyobrazić, że młodsze pokolenia mogłyby dobrze funkcjonować w systemie, który ignoruje ich dziadków, rodziców czy osoby słabe i schorowane. Nie można mieć zdrowej młodzieży w chorej wspólnocie.

Na makrokryzysy, takie jak pandemia czy zmiana klimatu, nie da się odpowiedzieć na poziomie indywidualnym ani przez interwencje skierowane do jednej grupy. Kiedy się pojawiają, zawsze rodzi się pytanie o poziom organizacji społecznej, która zapewnia obywatelom dostęp do służby zdrowia i opieki socjalnej czy gwarantuje bezpieczeństwo. Na poziomie systemowym powinniśmy przygotować się np. na napływ pacjentów wymagających opieki zdrowotnej w zakresie m.in. psychiatrii, psychologii i pomocy terapeutycznej.

Brzmi to oczywiście bardzo idealistycznie. My, Polacy, z powodu naszych historycznych doświadczeń, często wątpimy w to, że państwo może wytworzyć odpowiednie mechanizmy wsparcia. Ale na poziomie lokalnym jest to prostsze i już się dzieje. W wielu miejscach w Polsce powstają swego rodzaju grupy wsparcia czy kooperatywy na rzecz klimatu, np. Rodzice dla Klimatu, obecni w kilku miastach, czy, by podać inicjatywę mniej znaną, Alarm dla Klimatu – Piaseczno. Sporo z nich skupia się wokół dzieci, a bardzo aktywną grupą są właśnie rodzice.

Na czym polegają takie działania?

W pogarszających się warunkach dobrze, żeby nikt nie był sam. Tym bardziej że zmiana klimatu to problem tak złożony, iż nawet nie warto próbować zmagać się z nim w pojedynkę. W raportach z zakresu psychologii społecznej widoczne jest, że ludzie częściej myślą o czymś w rodzaju indywidualnej inicjatywy, jak choćby zmiana wzorców konsumpcji. Natomiast nie potrzebujemy wyłącznie działań jednostkowych, ale też wspólnotowych. Mogą mieć one zarówno formułę protestu, jak i tworzenia czegoś pozytywnego: budowania grupy edukacyjnej, projektu czy sadzenia lasów. Takie collective actions dają też przestrzeń do aktywizacji najmłodszych, chroniąc ich przed poczuciem bezradności wobec zachodzącej katastrofy klimatycznej. Nie wszyscy jednak potrzebują działania w tej sprawie. Dzieci i młodzież mają trudności z bardzo wielu powodów, takich jak relacje rówieśnicze i rodzinne, system polskiego szkolnictwa czy niepewność dotycząca przyszłości. W ich świecie klimat jest tylko jednym z wielu problemów, który czasem przelewa czarę goryczy. Albo i nie. Bywa, że kłopotów jest tak dużo, iż młodzież nie ma już siły przejmować się globalnym ociepleniem, nawet jeśli jest to realne zagrożenie.

Nie da się więc naprawić świata, robiąc to tylko dla dzieci i młodzieży. I nie da się go naprawiać, dbając tylko o klimat.

Dużo mówi Pani o istocie wspólnoty i oddolnych inicjatyw. A jaka jest w tym wszystkim rola szkoły?

Cóż – ze szkolnictwem w Polsce jest w ogóle bardzo dużo do zrobienia.

Co z tego, że do programu nauczania wprowadzi się lekcje ekologii, jeśli jednocześnie szkoła będzie uczyła bezlitosnej rywalizacji i indywidualizmu? Lekcje przyrody mogą być codziennie, ale jeśli uczymy tego, żeby mieć jak najwięcej, to one nic nie zmienią.

Pojawia się pytanie: czy szkoła może uczyć czegoś innego, skoro impulsy do konkurowania za wszelką cenę wychodzą od społeczeństwa?

Jej rolą powinno być tworzenie otwartej i bezpiecznej przestrzeni oraz dawanie czasu na inicjatywy ekologiczne. Organizacja kompostowników albo miejsc, w których dzieci z produktów ze szkolnego ogródka mogłyby przygotowywać posiłki. Dobrym pomysłem są też zielone kąciki, czyli przestrzenie na wypoczynek i wyciszenie.

Najbanalniejszą rzeczą, jaką powinna zrobić szkoła, jest po prostu edukacja ekologiczna i spełnienie postulatu Młodzieżowego Strajku Klimatycznego: „Mówcie prawdę”. Dobrze, aby dzieci i młodzież dowiedziały się prawdy o klimacie w środowisku szkolnym, gdzie można rozróżnić naukę od dezinformacji. Ale poza tym szkoła powinna mówić o rozwiązaniach, nawet jeśli są kontrowersyjne, bo naruszają status quo. Mówienie o transformacji energetycznej w kraju, w którym jest dużo górników, może być niewygodne.

Prawdopodobnie edukacja powinna dostarczać też okazji do wykorzystywania tych rozwiązań, czyli tworzyć formuły, w których młodzież mogłaby się angażować ekologicznie czy społecznie. Na poziomie minimum szkoła powinna przede wszystkim uczyć prawdy zgodnej z faktami naukowymi.

Teraz uczy?

Elementy tej wiedzy znajdują się w programach niektórych przedmiotów, jednak są mocno rozproszone i często traktowane po macoszemu. Poza tym program nie nadąża za potrzebami uczniów. Szkoła jest generalnie miejscem, gdzie próbuje się przekazać za dużo informacji, więc powinna zostać odciążona po to, żeby zrobić przestrzeń na rzeczy potrzebniejsze, wśród których na pewno są rozmowy o klimacie oraz układanie się z niepewną przyszłością. Dla osób, które wchodzą właśnie w życie, te wątki będą kształtować to, jak będzie wyglądał ich świat. Młodzieży wiedza na ten temat po prostu się należy.

Jak w takiej rzeczywistości młodzież ma znaleźć poczucie sensu?

Jeśli komuś potrzeba poczucia sensu, to naprawdę jest co robić w kwestiach klimatycznych. Ostatnio przetoczyła się dyskusja dotycząca tematu rozprawki z tezą (z którą uczniowie mogli się nie zgodzić – przyp. red) z rządowego e-podręcznika, w którym dzieci miały udowodnić, że są gorsze od pokolenia Rudego, Alka i Zośki. A przecież ich pokolenie ma równie ważne zadanie do wykonania – ochronienie resztek przyrody i zatrzymanie zmiany klimatu. W tej chwili każde takie działanie może ratować życie innych ludzi, zwierząt i przyrody. Część młodzieży jest dużo bardziej optymistyczna niż dorośli. Po prostu uważa, że to trzeba zrobić i że to da się zrobić. Niektórzy młodzi aktywiści bywają ludźmi spełnionymi – mają poczucie sensu i nadziei, czują, że mają wspólny temat, misję pokoleniową, przekonanie, że coś mogą i że to, co robią, jest ważne. Bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, czy działania na rzecz klimatu mają sens. Jednak na pewno mają wartość. To znaczy nie wiemy, czy wszystkie przyniosą wymierny efekt, ale bez niewątpliwej racji etycznej tych działań, bez ich masowego podjęcia nie mamy wielkiej nadziei.

Czy pokolenie młodzieży jest bardziej świadome ekologicznie niż poprzednie?

Na pewno nie jest tak, że cała polska młodzież jest świadoma problemów z klimatem. Przeciwnie – badania pokazują, że spora część niewiele na ten temat wie, a w szkole nie robi się dużo, by to zmienić. Niemniej jest to temat dla tego pokolenia ważny i ekologiczna świadomość – w porównaniu ze starszymi rocznikami – jest dość duża, zwłaszcza wśród młodszych studentów i starszej młodzieży szkolnej.

Jednocześnie niebezpieczne wydaje mi się przenoszenie na nich tego problemu. Najważniejsza jest nasza świadomość dorosłych, bo tym wszystkim trzeba zająć się natychmiast. Dzieci, które chodzą teraz do szkoły, nie zdążą już nic zrobić. Nie możemy kazać dzieciom rozwiązywać za nas naszych problemów!

Greta Thunberg, mówiąc w imieniu młodych ludzi, wprost oskarża poprzednie pokolenia, a zwłaszcza polityków, o arogancję i zaniedbania. Czy ktoś powinien przeprosić? Czy brak skruchy katalizuje gniew młodych?

Tutaj gniew jest całkiem uzasadniony. Istnieją konkretne osoby i organizacje, które mają w kontekście klimatu bardzo dużo na sumieniu (opowiada o nich np. film Kłamcy klimatyczni duńskiego dokumentalisty Madsa Ellesøe). Nie wiem, czy z ich strony przeprosiny są tym, co jest potrzebne. Jeśli chodzi o organizacje przyczyniające się do dewastacji środowiska, bardziej od przeprosin przydałaby się sensowna polityka zmiany i naprawy.

To trudny temat, bo w pewnym sensie nie ma w nim niewinnych. Odpowiedzialność jest po stronie wielu ludzi, choć w różnym stopniu. W związku z tym bardziej konstruktywna od przeprosin jest refleksja nad tym, kto ma możliwość, żeby pewne rzeczy zmienić. Sentyment wyrażany przez Gretę jest całkiem uzasadniony. Kiedy jest się młodą osobą, która nie miała jeszcze wpływu na wiele spraw, to można mieć poczucie, że poprzednie pokolenia dopuściły się karygodnych grzechów przeciwko środowisku i przyszłości. Trudno jednak powiedzieć, czy poprzednie pokolenia – np. uwzględniając to, że nie dysponowały naszą wiedzą o zmianach klimatycznych – mogły coś zrobić inaczej. Niektórzy na pewno mogli, inni – może większość, żyli w świecie takim, jaki był wtedy, starając się sobie w nim i z nim radzić.

W 2020 r. odsetek młodych Polaków o poglądach lewicowych wzrósł w stosunku do poprzedniego roku niemal dwukrotnie, osiągając najwyższy poziom w historii naszych badań (30%). Po raz pierwszy od niemal 20 lat lewicowe sympatie przeważały w tej grupie nad prawicowymi. Czy to, choćby po części, wynik zainteresowania kwestiami klimatycznymi, o których dobitniej mówią ludzie lewicy?

Sprawy klimatu nie powinny być przyporządkowywane politycznie. To jest kwestia bazowego przetrwania ludzi, a nie podziałów politycznych.

A jednak robi się z tego temat polityczny.

Jeszcze parę lat temu ani prawica, ani lewica w Polsce nie miała ściśle wyrobionych poglądów na zmiany klimatu. Dyskurs klasyfikujący katastrofę klimatyczną ideologicznie został zapośredniczony z USA. Obawiam się, że to rzeczywistość, a nie lewicowe sympatie, przyniesie większe zainteresowanie sprawą klimatu. Globalne ocieplenie staje się czymś coraz bardziej namacalnym. Wkrótce będzie to na tyle wyraźne, że obie strony dyskursu politycznego będą musiały się do tego odnieść. Troska o środowisko powinna być wspólna i istnieć poza podziałami. Niezależnie od światopoglądu wszyscy ludzie są zainteresowani tym, żeby ich dzieci miały jakąś planetę do życia.

Jak zatem im mówić o znikającym świecie, żeby nie doprowadzić do paraliżu i paniki? Czego unikać?

Nie powinniśmy ich przerażać. Dzieci nie powinny wiedzieć tego wszystkiego, co wiedzą dorośli. To, co na pewno może doprowadzić do lęku, to statystyki i prognozy dotyczące przyszłości, ale żeby zrozumieć te złożone poznawczo predykcje, potrzebne są odpowiednie umiejętności intelektualne. Mówiąc do dzieci, nie musimy zatem koniecznie opowiadać o skali zniszczeń na świecie, ponieważ dla nich cały świat jest za dużą abstrakcją. Często powtarza się, że z dziećmi powinno rozmawiać się w kodzie miłości – uczyć je szacunku i więzi z otaczającym je pozaludzkim światem przyrody, a przede wszystkim kochania. Oczywiście jest to również proszenie się o kłopoty, bo ucząc dzieci kochać naturę, uczymy je kochać to, co zagrożone. Częścią dobrej komunikacji jest nauczenie dzieci zachwytu. Co ważne – dzieciom się nie mówi, ale pokazuje. Nie wystarczy wygłaszać pogadanek o miłości do przyrody. Trzeba jeszcze zarazić je elementarną wrażliwością i przyjemnością płynącą z kontaktu z naturą, szacunkiem do niej. Dobrze jest zabrać dziecko w góry, do lasu, pokazywać mu świat natury i nauczyć się nim cieszyć, ale trzeba pamiętać, że ta miłość, zresztą jak każda inna, wiąże się z ryzykiem kochania tego, co jest kruche i podatne na stratę.

Świat ludzki i przyroda są bardzo blisko ze sobą połączone. Warto uczyć dzieci, że nie można mieć jednocześnie złego stosunku do innych ludzi, ale dobrego do siebie samego. W podobny sposób nie można być destruktywnym dla natury, a dobrym dla rodzeństwa. W tym sensie stosunek do świata przyrody, do innych ludzi i do siebie samych jest częścią tej samej postawy. Istotne jest zatem pokazywanie dzieciom, jak nasze własne życie i jego jakość są powiązane ze światem przyrody i z dbałością o wszystko, co istnieje. Na szerszym poziomie jest to nierozdzielne – ratując świat, ratujemy też siebie. Ocalając ekosystem, chronimy jednostkę.

Co by Pani powiedziała przyszłym rodzicom albo tym, którzy właśnie dzisiaj zastanawiają się, czy sprowadzanie dzieci na świat zagrożony katastrofą jest etyczne? To bardzo żywy dylemat w moim pokoleniu.

I bardzo indywidualny. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to pytanie sam. Niemniej ten dylemat rzeczywiście jest niebanalny, często głęboko przeżywany i okupiony osobistym kosztem. Patrząc na to pytanie z lotu ptaka, dwie rzeczy są ewidentne. Po pierwsze: na świecie jest za dużo ludzi. W tym sensie lepiej zadać nie pytanie: „Czy mogę mieć dzieci?”, ale pytanie: „Czy mogę mieć dużo dzieci?”. Ilość miejsca na Ziemi jest skończona, więc to ważne, czy jesteśmy skłonni podzielić się nim z przyrodą i innymi ludźmi. Po drugie jednak: bez zupełnie żadnych dzieci nie mielibyśmy motywacji, żeby ratować klimat. Dzieci symbolizują nadzieję na przyszłość, często dzięki myśli o nich nie poddajemy się, żyjemy dalej.

W tej chwili trudno wyobrazić sobie świat zarówno bez dzieci, jak i taki, w którym etyczne jest zakładanie rodzin wielodzietnych.

Czytaj także

Moje dziecko jest

W czasach niepokoju dylemat związany z posiadaniem dzieci z całą pewnością nie jest śmieszny czy banalny. Powtórzę jednak: jako psycholog nie mam na niego oczywistej odpowiedzi. Każdy musi znaleźć własną.

Magdalena Budziszewska

Dr psychologii. Pracuje na Wydziale Psychologii UW. Była przewodniczącą zespołu doradczego ds. kryzysu klimatyczno-ekologicznego UW. Naukowo zajmuje się analizą narracji, metodami jakościowymi w psychologii, emocjami, tożsamością i rozwojem w biegu życia. Obecnie zajmuje się także emocjami i postawami wobec zmiany klimatu i środowiska

Kup numer