Ilustracja okładkowa książki "Niezłe ziółko" Barbary Kosmowskiej. / Emilia Dziubak
z Emilią Dziubak rozmawia Georgina Gryboś-Szczepanik styczeń 2020

Dać dziecku wybór

Bardzo ważne jest umożliwienie dziecku kontaktu z różnymi formami graficznymi. Człowiek w okresie dzieciństwa jest w stanie zauważyć i wyobrazić sobie znacznie więcej niż dorosły. Byłoby wielką szkodą zmarnować ten niepowtarzalny czas.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Czytaj także

z Iwoną Chmielewską rozmawia Marta Syrwid

Klatki z wyobraźnią

Zastanawiając się nad współczesną ilustracją dla dzieci, warto zacząć od przeszłości i wspomnieć, co kształtowało ludzi, którzy dziś są już dorośli. Jakie są Pani doświadczenia z ilustracją sprzed lat?

Wychowywałam się w latach 80. i 90. w małym miasteczku na Lubelszczyźnie. Dostęp do książek nie był tak oczywisty jak obecnie. Biblioteki nie były dobrze zaopatrzone, nie wspominając o księgarniach.

Na szczęście moja mama uwielbiała książki i nigdy nie brakowało ich w naszym domu. Jej zainteresowanie malarstwem przenosiło się na regały, więc na moich półkach dominowały głównie albumy oraz biografie malarzy. Przekrój tematów był naprawdę duży – od malarstwa polskiego przez klasyków światowych po albumy w języku rosyjskim, kupowane od Rosjan na cotygodniowych targowiskach. Uważam, że to właśnie te książki ukształtowały moją wrażliwość artystyczną.

Nie brakowało też u nas w domu książek dla dzieci – część z nich była opracowana wizualnie przez wspaniałych twórców – szczególnie wspominam Kajtusia Czarodzieja z ilustracjami Gabriela Rechowicza, baśnie Andersena ilustrowane przez Jana Szancera czy Kota Filemona z oprawą graficzną Julity Karwowskiej-Wnuczak. Jeśli miałabym wybrać jednego polskiego artystę, który mocno na mnie wpłynął, byłby to z pewnością Gabriel Rechowicz. Mogę jednak stwierdzić, że w dzieciństwie malarstwo było moją największą tęsknotą.

Wspomniała Pani Szancera, którego twórczość zdaje się przeżywać renesans. Pojawiają się jednak głosy, że jego ilustracje przerażały nas, gdy byliśmy dziećmi, a dziś jako dorośli zachwycamy się jego kunsztem i mówimy o nich jako o małych dziełach sztuki. Jak zatem widzi Pani tę zmianę? Czy to oznacza, że powinniśmy podsuwać dziecku zróżnicowane formy graficzne, aby – nawet jeśli nie od razu – zapisywały się w jego pamięci i pozwalały na większy rozwój?

W dzieciństwie z chęcią przeglądałam niepokojące prace Stefana Żechowskiego, więc prace Szancera wydawały się przy nich bardzo łagodne i literackie. Nie widziałam – i do dziś nie widzę – nic przerażającego w jego ilustracjach.

Różnica w postrzeganiu, o której Pani wspomina, może wynikać z tego, że jako dorośli krytycznie i bardziej logicznie podchodzimy do tego, co widzimy. Mamy już wiedzę na temat rozróżniania obrazów i zaczynamy je klasyfikować: na te bardziej i mniej wartościowe. Co za tym idzie, posiadamy więcej ograniczeń w zauważaniu i odczytywaniu obrazu. Dodatkowym elementem staje się kwestia sentymentu. Jako dorośli tęsknimy za dzieciństwem. Często idealizujemy to, co jest z nim związane. Nie sugeruję oczywiście, że docenienie prac Szancera jest kwestią idealizowania, ale wiele rzeczy, do których w dzieciństwie podchodziliśmy obojętnie, a nawet sceptycznie, jesteśmy w stanie wyróżnić jako dorośli ze względu na tęsknotę za minionymi czasami.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Myślę, że bardzo ważne jest umożliwienie dziecku kontaktu z różnymi formami graficznymi, aby dać mu wybór i pokazać różne możliwości. Wbrew pozorom człowiek w okresie dzieciństwa jest w stanie zauważyć i wyobrazić sobie znacznie więcej niż dorosły. Byłoby wielką szkodą zmarnować ten niepowtarzalny czas. Wspaniale, jeśli dziecko wybierze coś, co ma wartość artystyczną, ale może się zdarzyć, że jakaś inna, może mniej wyrafinowana, forma będzie wzbudzała w nim emocje. I właśnie o to chodzi! Świat ilustracji to wizualna opowieść. To, że dorośli uznają, że taka, a nie inna ilustracja jest tą wartościową, wcale nie oznacza, że spodoba się dziecku.

No właśnie, a jak zmienia się postrzeganie ilustracji jako takiej? Jak w każdej dziedzinie sztuki, tak i tu nastają pewne mody. Mam wrażenie, że ostatnia dekada spowodowała przypływ różnorodności właśnie, co szczególnie widoczne jest na rynku wydawniczym książek dziecięcych. To znak czasów? Rosnąca świadomość społeczeństwa?

Mniej więcej dekadę temu nastąpił poważny zwrot w polskiej ilustracji dla dzieci. Z mroku wszechobecnego kiczu zaczęły wyłaniać się dobrze napisane, zilustrowane i wydane pozycje. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak nagły zwrot dokonał się właśnie wtedy. Złożyły się na to najróżniejsze elementy, wystarczy choćby wymienić wspominaną przez Panią rosnącą świadomość społeczeństwa i wzrost potrzeb rozwijającej się klasy średniej, a także obecność na rynku świetnych twórców i powstanie małych wydawnictw zainteresowanych prezentowaniem artystycznych książek dla dzieci – nawet jeśli nie przynosiłyby one dochodu. To wszystko złożyło się na powstanie nowej fali polskiej ilustracji. Na pewno w jakimś stopniu ma to związek z modą i otwartością na coś nowego, jednak bardziej dopatruję się tu tęsknoty za rzeczami dobrej jakości, do czego jako społeczeństwo w którymś momencie zaczęliśmy dojrzewać.

Inspirująco o rozwoju ilustracji pisze Patryk Mogilnicki we wstępie do swojej książki Nowa polska ilustracja: „Najciekawsza nowa polska ilustracja nie odcina się jednak od tradycji. W wielu swoich odsłonach i aspektach twórcy spoglądają w przeszłość na kulturę i sztukę ubiegłego wieku, czerpiąc z estetyki vintage, plakatów reklamowych i filmowych, ilustracji książkowej czy dizajnu.

Uważam, że najważniejszą cechą polskiej ilustracji jest wolność i wszechstronność jej przedstawicieli. Oczywiście możemy stworzyć pewne ramy i spróbować zdefiniować, czym jest „najciekawsza nowa polska ilustracja” i skąd czerpie inspiracje, ale wynik takich rozważań będzie uzależniony od punktu widzenia rozmówców.

We współczesnej polskiej ilustracji mamy ogromną różnorodność i w tym momencie trudno stwierdzić, jakie wpływy są dominujące. Rzeczywiście, kilka lat temu bardzo widoczny wśród twórców ilustracji był wpływ estetyki vintage, a także fascynacja Polską Szkołą Ilustracji czasów PRL-u, której złoty okres przypadł na lata 1950–1980.

Akurat to pierwsze uważam za wpływ mody, ponieważ estetyka vintage inspirowała wtedy twórców nie tylko w Polsce, ale i na świecie. U nas jednak ta fascynacja połączyła się z odkrywaniem na nowo wspomnianych przedstawicieli Polskiej Szkoły Ilustracji. Jej wpływ na uzdrawianie rodzimej ilustracji okazał się bardzo duży.

W przywołanym tekście Mogilnicki pisze również o zmieniającym się i coraz bardziej otwartym rynku książki dziecięcej. Czy odczuwa Pani tę zmianę?

To prawda, że rynek książki dziecięcej jest aktualnie bardzo dynamiczny, wciąż rozwijający się i na pewno bardziej otwarty. Dzięki tej zmianie możemy doświadczać przesunięcia albo całkowitego zaniku granic pomiędzy literaturą dla dzieci a literaturą dla dorosłych. Książki dla dzieci traktuje się dziś poważniej, odchodzi się od ich infantylizacji i wiele tych pozycji to małe dzieła sztuki, z których dorośli mogą się wiele nauczyć. Są to często wartości, których nie znajdziemy w pozycjach dla dorosłych.

Ta różnorodność i otwartość ma też, niestety, swoje ciemne strony. Zalew literatury dla dzieci na rynku i tendencje do czerpania inspiracji z różnych stron powodują, że pojawia się cała masa książek, które naśladują lub przesadnie nawiązują do tych już istniejących. Te płynne granice wciąż się przesuwają. To jest jednak coś, czego nie zdołamy uniknąć.

Tak jak w każdej dziedzinie – także w ilustracji – chodzi o ciągły rozwój i poszukiwanie nowych inspiracji, nowych rozwiązań.

Zmieniamy się, stajemy się coraz bardziej świadomi, wrażliwsi, wiemy i widzimy więcej. W moich pracach z pewnością również następują zmiany – zarówno te warsztatowe, jak i te dotyczące poruszanych tematów.

Wspomniała Pani o pokoleniu lat 80., którego ja również jestem przedstawicielką. Wychowywałam się na ubogiej palecie nie tylko kolorystycznej, ale też wyboru czy zróżnicowania. Początek lat 90. przyniósł komiksy „Kaczor Donald” i powszechną słabość do disneyowskiej „kreski”. Wiele ilustracji w książkach czy czasopismach, kartkach z segregatorów, które kolekcjonowaliśmy, określamy teraz jako kicz. Co zatem zmieni się w podejściu do estetyki, porównując nasze pokolenie z tym wyrastającym wśród dostępu do książek takich wydawnictw jak choćby Dwie Siostry, Tako, Wytwórnia czy Format?

Myślę, że to, w jakiej estetyce wychowują się dzieci, jakimi przedmiotami się otaczają, ma ogromny wpływ nie tylko na późniejsze poczucie estetyki, ale na postrzeganie w ogóle. Dotyczy to wszystkich dziedzin życia. Zadaniem sztuki wizualnej jest nie tylko upiększanie nam świata.

Dziecko, które ma kontakt ze sztuką lub otacza się dobrze zaprojektowanymi i przemyślanymi przedmiotami, rozwija się lepiej. Uczy się postrzegania świata wielopoziomowo i kreatywnego myślenia.

W późniejszym etapie życia łatwiej mu będzie znaleźć kilka wyjść z trudnej sytuacji, co przełoży się na efektywność w życiu zawodowym, niezależnie od dziedziny, w której się wyspecjalizuje. Człowiek chłonący szeroko pojętą sztukę od najmłodszych lat ma nieporównywalnie większą świadomość złożoności świata i wyższy poziom empatii.

Różnica pomiędzy kiczem a wartościową ilustracją dla dzieci polega na tym, że ta pierwsza jest „płaska”, dostarcza krótkiej i intensywnej przyjemności bez równoczesnego angażowania wrażliwości. Dla dziecka wydaje się atrakcyjniejsza – kolorowa, błyszcząca. Jest to pozorne. Ta druga jest zazwyczaj wielowarstwowa, umiejętnie dozuje emocje, snuje opowieść, a co za tym idzie skłania do zadawania pytań, jest oparciem w trudnych chwilach, prowokuje do samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków.

Zdarza się jednak też, że jest określana jako trudna. Niezmiennie zadaję sobie pytanie, czy owa trudność wynika z poziomu rozwoju dziecka i jego umysłu, czy raczej u jej podstaw stoi niechęć rodziców do tłumaczenia złożoności świata obrazem. Coraz większe grono wielbicieli mają przecież picturebooki, a Pani w swojej książce Rok w lesie zrezygnowała z klasycznej narracji na rzecz obrazu. Jak Pani jako ilustratorka widzi ten problem?

Pamiętam dyskusję na ten temat przy okazji wystawy ilustracji dla dzieci Tu czy tam? zorganizowanej przez Ewę Solarz i Magdalenę Kłos-Podsiadło w Zachęcie. Pojawiło się wtedy kilka zarzutów i pytań. Czy aby współczesna sztuka dla dzieci nie jest zbyt trudna i mało czytelna? Czy nie jest sztuką dla sztuki? Dyskusja dotyczyła zapewne tych projektów, które miały charakter abstrakcyjny, a ilustracje w nich były oszczędne w formie. Kilka tego typu prac pojawiło się na wspomnianej wystawie.

Tak jak mówiłam wcześniej – w Polsce mamy dużą różnorodność w ilustracjach dla dzieci. Prostota formy wcale nie musi oznaczać wartościowej książki i odwrotnie. Moje prace mają klasyczny charakter. Są zazwyczaj bardzo szczegółowe i dość realistyczne. Choćby wspomniany przez Panią Rok w lesie nie wydaje się trudną książką. Nie jestem wyjątkiem. Na rynku mamy sporo ilustracji, które są czytelne dla większości odbiorców. Sztuka współczesna dla dzieci jest więc zróżnicowana. Może być trudna w niektórych przypadkach, ale nie musi. Najważniejsza okazuje się umiejętność wybrania tego, co wydaje się najbliższe wrażliwości naszego dziecka.

Jeśli jednak miałabym skomentować proste formy w ilustracji dla dzieci – w moim odczuciu w większości przypadków nie są ani za trudne, ani za mało czytelne. Niezrozumienie obrazu pojawia się dopiero w pewnym okresie życia. Jeśli dziecko, które otaczało się komercyjnymi produktami, dostanie do ręki książkę zilustrowaną w sposób surrealistyczny, prawdopodobnie będzie miało problem z jej zrozumieniem. Jednak nie dlatego, że ilustracja jest trudna, ale przez to, że wykształciło się w nim schematyczne myślenie i odczytywanie obrazu. Bardzo małe dzieci fantastycznie reagują na abstrakcyjne obrazy. Musimy mieć jednak świadomość, że wraz z upływem czasu kształtuje się też indywidualny gust, rozwija się wrażliwość. Te zmiany również wpływają na potrzebę konfrontowania się z takim, a nie innym obrazem.

Picturebooki, które nie mają żadnego tekstu, funkcjonują na rynku już od dłuższego czasu. To świetna sprawa dla dzieci, które nie potrafią jeszcze czytać, lub tych, które wolą opowiadać i same tworzyć swoje historie. Obrazem niejednokrotnie można powiedzieć i przekazać więcej niż słowem. Jednocześnie wspomniana już książka Rok w lesie jest książką edukacyjną. Dodatkowym wyzwaniem w tym przypadku staje się więc trzymanie się faktów przy jednoczesnym pozostawieniu furtki dla wyobraźni dziecka, aby mogło tworzyć swoje własne opowieści.

Czy zmierzamy w kierunku choćby Korei, która posiada niezwykły rynek picturebooków i nie boi się, o ile to dobre określenie, „wypuszczać” na rynek książek wysokoartystycznych, wysmakowanych wizualnie, właśnie z myślą o kształtowaniu gustów przyszłych dorosłych?

Nie wiem, jak wygląda cały koreański rynek książki. Na pewno ta artystyczna część, na której skupia się świat, jest imponująca. Myślę, że my też nie mamy się czego wstydzić. Nasze książki są doceniane na całym świecie. Mamy w Polsce laureatów wielu prestiżowych nagród, wydawcy z chęcią kupują od nas licencje. To są najczęściej piękne, dokładnie przemyślane wydania.

W 2016 r. wypowiadała się Pani na łamach „Polityki” na temat potrzeby tzw. ilustracji środka – jak nazwała Pani warstwę wizualną, która nie jest na poziomie ilustrowanych książek eksponowanych w placówkach Poczty Polskiej, ale nie jest też eksperymentalna. Szukała Pani sposobu na tworzenie ilustracji z walorem komercyjnym, zachowującej wysoki poziom artystyczny. Czym zatem różnią się dzieci w krajach skandynawskich czy USA, że tamtejszy rynek stwarza tak szerokie pole dla wydawców?

Rynek wydawniczy w Polsce rozwija się tak prężnie, że przez te cztery lata na pewno sporo się zmieniło. Jeśli od mniej więcej dekady pojawiają się dobrze wydane książki dla dzieci, to o względnej stabilizacji na rynku będziemy mogli porozmawiać pewnie dopiero za jakiś czas. Rynek skandynawski czy amerykański różnią się od naszego na pewno długą tradycją związaną z wydawnictwami dziecięcymi. Oswojenie się odbiorców z daną stylistyką trwa. Myślę, że właśnie ta długa tradycja odpowiada za wydawniczy sukces w wielu krajach. Szwecja jednak, podobnie jak inne kraje, nie jest wolna od kiczowatych książek. Również w tamtejszych księgarniach jest ich sporo. Do nas trafiają już te wyselekcjonowane i pewnie dlatego mamy skłonność do idealizowania tego rynku. Obecnie, mam wrażenie, to właśnie Polska wykazuje więcej odwagi, aby wydawać eksperymentalne, ryzykowne pod względem ekonomicznym, tytuły. Sprzedaje się u nas coraz więcej dobrych książek dla dzieci. Jednocześnie różnorodność na naszym rynku sprawia, że świadomi odbiorcy interesujący się książkami są bardziej otwarci na eksperymenty niż w innych krajach, w których wartościowe książki kojarzą się jednak z konkretną stylistyką.

Tak zwana ilustracja środka była – w moim odczuciu – choć może nadal jest, wartościowa w oswajaniu czytelników z dobrze zaprojektowanym obrazem. Szczególnie dotyczyło to sytuacji sięgającej kilku lat wstecz, gdy rynek książki dla dzieci wystartował. Drastyczny przeskok z kiczu na kulturę wysoką nie mógł skończyć się dobrze. Potrzebny był właśnie środek, pewien balans, aby nie zastosować terapii szokowej wśród odbiorców.

Często skupiamy się na wątkach edukacyjnych związanych ze szkołą czy emocjami przypisanymi do konkretnej, przełomowej sytuacji: pójście do przedszkola czy do szkoły, radzenie sobie z konfliktami w grupie rówieśniczej, a potem także problemy w okresie dojrzewania, spadająca samoocena, podejmowanie pierwszych życiowych decyzji. Czy ilustracja może jakoś pomagać w rozwiązywaniu problemów emocjonalnych, dotykających wewnętrznych, indywidualnych przeżyć?

Jeśli mówimy o poważnych tematach, które miałyby być wsparciem emocjonalnym dla dzieci i przekazywać wiedzę w konkretnej dziedzinie, pamiętajmy, że strona wizualna była przez lata pomijana i traktowana jako dodatek do wartościowej treści, którą był tekst. Żyjemy w czasach kultury wizualnej, gdzie obraz zaczął być nie tyle doceniany, ile wręcz oczekiwany. Jeśli chcemy porozmawiać z dzieckiem o dorastaniu, wojnie, depresji, śmierci, stracie czy innych tematach, które określamy mianem trudnych, mamy już literaturę na wysokim poziomie, która pomoże nam to zrobić. Przełomem jest to, że nie są to pozycje utrzymane w konwencji podręczników szkolnych, lecz książki często dla małych dzieci bardzo bogato ilustrowane. Umiejętne zarządzanie emocjami w książce na poziomie i tekstu, i obrazu pomaga odbiorcy identyfikować się z treścią, bohaterem. Niewątpliwie daje też poczucie bezpieczeństwa. Nie chodzi o to, aby książki rozwiązywały za kogoś problemy, ale o to, aby w chwili słabości, gdy czytelnik poczuje się np. osamotniony, sięgnął po wsparcie do książek i w nich je odnalazł.

A czy jest Pani w stanie opowiedzieć o sposobach wywoływania emocji w czytelnikach, metodach budowania napięcia czy choćby zasygnalizowania niebezpieczeństwa? Jak wygląda to w Pani pracach? Zwłaszcza w tak skomplikowanych interpretacyjnie czy poznawczo tekstach jak Horror Madleny Szeligi, który wywołał dyskusję na temat przemocy i straszenia dzieci, podczas gdy założeniem tej książki było uwrażliwienie ich, wykorzystując to, co najlepiej znają, co jest najbliżej nich.

Istnieje wiele sposobów na budowanie napięcia. Najważniejsze jest to, aby przekaz nie był zbyt bezpośredni i banalny. Przy wspomnianym przez Panią Horrorze praca z emocjami i napięciem była podstawą w tworzeniu ilustracji. Strach, przerażenie czy ból niosą za sobą często inne emocje i uczucia. Cebula – jedna z bohaterek Horroru, zanim została zamordowana przez człowieka – doświadczyła uczucia ciekawości, tęsknoty czy w końcu spełnienia. Tu ważne jest, aby na jednym obrazie uchwycić te wszystkie uczucia – aby odbiorca sam mógł wybrać, w którym momencie chce doświadczać uczuć przeżywanych przez bohatera opowieści. Takie napięcie można zbudować na wiele sposobów – kolorem, wyrazem twarzy, ruchem postaci, liczbą przedmiotów i – moim ulubionym środkiem wyrazu – światłem. Światło jest niesamowitym narzędziem. Czasem wystarczyłoby tylko ono do stworzenia wspaniałej opowieści. Wykorzystałam je maksymalnie w książce Martina Widmarka Dom, który się przebudził. To jedna z trudniejszych książek, nad którymi pracowałam. Opowiada o starości, przemijaniu, samotności i śmierci. Historia kończy się szczęśliwie i niesie ze sobą nadzieję: nigdy nie jest za późno na zmiany w życiu. Wykorzystałam w niej światło do budowania opowieści i nastroju; do potęgowania uczucia samotności, a w końcu – uwolnienia od smutku. Innym narzędziem, którym się posłużyłam i które uważam za jedno z najlepszych, jakimi możemy operować, tworząc książki obrazkowe, jest czas. Istnienie stron, które trzeba obrócić, daje nam możliwość przyspieszania lub spowalniania historii, rozciągając ją na kilka rozkładówek lub przerywając ilustracjami niezawierającymi tekstu, co z kolei pomaga skupić uwagę, zatrzymać się, by za chwilę znów przyspieszyć akcję.

Równie ważne jest operowanie kolorem. I nie chodzi tu o symboliczne odniesienie do koloru, tylko o budowanie nastroju za jego pośrednictwem. Czerń wcale nie musi się kojarzyć ze smutkiem, jeśli zestawi się ją z innym kolorem lub umieści w odpowiednim środowisku.

Książki poruszające trudne tematy, o których wspomniałam, to specyficzna literatura. Zawsze zaznaczam, że nie są dla wszystkich i nie na każdym etapie życia się sprawdzą. Wokół nich często toczą się dyskusje na temat granic, których nie powinno się przekraczać w przypadku dzieci. Ich terapeutyczna wartość wymaga pewnego zaangażowania i uwagi rodzica. Nie każde dziecko jest gotowe na niektóre tematy. Nie wszystkim dzieciom te książki przypadną do gustu. Może się jednak okazać, że jedna z nich stanie się idealnym oparciem dla dziecka. Warto być uważnym i obecnym, podsuwając dzieciom taką literaturę.

Musimy sobie zatem jasno powiedzieć, że nie tyle książki są trudne, ile egzekwują one znajomość dziecka od rodziców oraz ich otwartość na to, co trudniejsze, co bywa wyzwaniem, co wymaga niejednokrotnie podpowiedzi z ust kogoś zwyczajnie bardziej doświadczonego – dorosłego. Ten poziom uważności i zaangażowania, o którym Pani mówi, sięganie po nieoczywiste książki dla swoich dzieci jest po prostu niezbędne do ich rozwoju. Staje się podwalinami pod wychowanie świadomego dorosłego. Czy tak można to rozumieć?

Tak, w ten sposób o tym myślę.

Współczesne dobre książki to nie tylko „umilacze” czasu. Większość z nich ma za zadanie kształtować rozwój dziecka – czy pod względem emocjonalnym, czy intelektualnym.

Dodatkowo to rodzice mogą nauczyć się czegoś nowego właśnie z książek dla dzieci – tych edukacyjnych, ale też tych, które dotyczą trudnych tematów. Niełatwo np. poradzić sobie z żałobą po stracie bliskiej osoby, jeśli w domu mamy dziecko. Oparcia w literaturze możemy poszukać wtedy razem z nim, co dodatkowo zbliży, pozwoli przeżyć trudny czas wspólnie. Podobnie jest z innymi tematami – może opowiadając dziecku, czym jest wojna albo bieda, korzystając z dobrych książek, sami zrozumiemy wiele rzeczy, których nie potrafiliśmy nigdy nazwać. Ważny jest też fakt, że literatura dla dzieci – w przeciwieństwie do literatury dla dorosłych – wymaga syntezy informacji; nazywania rzeczy po imieniu w najbardziej zwięzłej formie. To są te płynne granice pomiędzy literaturą dla dzieci a dorosłych, o których wspominałam na początku.

Gdyby mogła Pani postawić diagnozę polskiemu czytelnikowi i jego wyborom związanym oczywiście z książką dziecięcą, ilustrowaną – jaka by ona była?

Od kilku lat współpracuję z wieloma wydawnictwami na świecie i wydaję książki w wielu krajach. Nigdzie nie spotkałam bardziej wdzięcznych, ciekawych i otwartych na nowości czytelników niż w Polsce. Myślę, że mamy w kraju wspaniałych i świadomych odbiorców. Oczywiście zawsze będzie istnieć grupa, która wybierze komercyjne i rażące kolorami książki niskiej jakości. Jednak – jak podkreślałam – świadomość ludzi w tym zakresie wzrasta wraz z dostępnością dobrych książek na rynku czy w bibliotekach. Jest to więc w dużej mierze kwestia dotarcia do czytelnika i „wychowywania” go przez tworzenie mądrych i pięknych książek.

Kup numer