Olga Drenda
fot. Adam Golec / Forum
z Olgą Drendą rozmawia Edyta Zielińska lipiec-sierpień 2022

Kruche, ale niezniszczalne

Mamy dziś do czynienia z masową produkcją przedmiotów, które nie są w stanie wygenerować sentymentu – za większością z nich nikt nie będzie tęsknił.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Czytaj także

Małgorzata Rejmer

Małgorzata Rejmer

Opowieści o rzeczach

Zastanawiała się Pani, co zapakowałaby do walizki, gdyby musiała uciekać podobnie jak miliony ukraińskich uchodźców?

Rozmawiałam z ludźmi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji. Okazuje się, że bardzo często o tym, co ze sobą zabierali, decydował przypadek, impuls. Mamy mało czasu, działamy pod silną presją i zdarza się, że zabieramy rzeczy losowe. Ale jest jedna rzecz, o której zawsze pamiętam i staram się mieć w zapasie – są to soczewki kontaktowe. Słabo widzę, więc ich brak uniemożliwiłby mi pracę i normalne funkcjonowanie. Wzięłabym je ze sobą nawet mimo mojego roztrzepania.

I tak jestem pod wrażeniem Pani pragmatyzmu. Muszę przyznać, że ja również to rozważam. I okazuje się, że nie mam przywiązania do rzeczy, w ogóle o nich nie myślę. Zapewne wzięłabym ze sobą dokumenty i może w jakimś odruchu książkę, ale żadnego tytułu nie darzę na tyle dużym sentymentem, by traktować go jako niezbędny w razie ucieczki. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to związane z faktem, że w naszej części Europy stosunek do rzeczy jest zdominowany przez nieustanne poczucie tymczasowości. Pisał zresztą o tym Roch Sulima w Antropologii codzienności – nie ma już „rzeczy rodziny”, jak choćby „szafa gdańska”, która przechodziła z pokolenia na pokolenie.

Trochę tak jest. Ponadto wykorzenienie zmniejsza prawdopodobieństwo przywiązania się do jakiegoś przedmiotu. Pod koniec zeszłego roku Teatr Studio wystawił sztukę Doroty Masłowskiej Bowie w Warszawie. W jednej ze scen spektaklu matka i córka długo dialogują o utraconym po wojnie statusie społecznym. To groteskowa rozmowa, ponieważ reprezentują one rodzaj pamięci bezkompromisowo idealizujący przeszłość i nieustannie odnoszący się do odległych doświadczeń. Kobiety w rozmowie wspominają, jak po powstaniu warszawskim wynosiły z mieszkania nakastlik, czyli dekoracyjny stolik nocny. To zabawne, ponieważ jest to słowo typowe dla dawnego zaboru austriackiego, nieużywane w Warszawie, ale Masłowska posłużyła się nim celowo – ten mebel w swojej zbędności i anachroniczności kumuluje wspomnienia dawnej świetności i marzenia o tym, że uda się ją odrestaurować.

Bywają w pamięci rodzinnej takie przedmioty, często niebędące w użytku, których celem jest jedynie przechowywanie przeszłości. Moja babcia pochodziła ze wsi, a po wojnie przeniosła się do miasta, zabierając ze sobą kilka pamiątek z domu rodzinnego. Jedną z nich był przedmiot kompletnie już w tamtych czasach nieużyteczny – kołowrotek. Jego rola polegała na podtrzymywaniu więzi z domem rodzinnym, a przeznaczeniem okazało się stanie na strychu – nawet na wsi w jej regionach dawno nie przędzono, już wtedy był to przedmiot nadający się do muzeum etnograficznego.

Czy rzeczy, a zwłaszcza ich kolekcjonowanie i zbieranie, nie są przypadkiem przywilejem czasów pokoju?

Niekoniecznie. Wystarczy spojrzeć, jak szybko zapadają decyzje o ratowaniu muzeów czy bibliotek w sytuacji wojny bądź kataklizmu przyrodniczego. Przykładem jest, przeprowadzana od 1941 r. do 1944 r., wbrew wyraźnym zakazom niemieckim, ewakuacja najcenniejszych zabytków polskiego piśmiennictwa z lwowskich archiwów Ossolineum. Odruch ratowania dóbr materialnych pojawia się dość szybko nawet w okoliczności, kiedy, teoretycznie, priorytetem powinno być ocalenie własnego życia.

Nie sądzi Pani, że wytwarzanie rzeczy łączy się z pewnego rodzaju optymizmem? Po pierwsze, dlatego że stwarzając je, zakładamy, iż znajdzie się ktoś, kogo będzie na nie stać, kto będzie chciał je mieć. Po drugie, dlatego że w ich istnieniu zawiera się wizja przyszłości twórcy – gdyby projektanci rzeczy brali pod uwagę wichry historii, wojny i bombardowania, zapewne uwzględniliby je w tworzonych przez siebie przedmiotach. Po trzecie – na co wyraźnie zwraca Pani uwagę w Wyrobach – rzeczy powstają zwykle w momentach, kiedy mamy na to czas, nie jesteśmy zaabsorbowani walką o podstawowe potrzeby.

Tak, ale ten optymizm jest powiązany z pewnego rodzaju zaradnością. Wyroby, którym poświęciłam książkę, powstają często z przedmiotów oderwanych od swojej pierwotnej funkcji. Przypomina mi się teoria Lambrosa Malafourisa, który napisał bardzo interesującą książkę How Things Shape the Mind (Jak rzeczy kształtują umysł), łączącą antropologię przedmiotów z kognitywistyką. Malafouris twierdzi, że przedmioty kształtują nasz sposób bycia w świecie. Nie jest zatem tak, że tylko my, jako ludzie, nadajemy rzeczom znaczenie czy funkcję. One również wpływają na nas i nasz sposób rozumowania. Jakiś przedmiot może funkcjonować w zgodzie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem, jednak może też inspirować do kolejnych pomysłów. Bardzo często dzieje się tak w przypadku wyrobów.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W filmie Władysława Ślesickiego Rodzina człowiecza gospodyni nosi wodę i jedzenie dla kur w starym niemieckim hełmie. To niemal dokładna ilustracja biblijnego proroctwa o przekuciu mieczy na lemiesze – coś, co służyło działaniom wojennym, w sytuacji pokoju zaczyna służyć życiu. Jednocześnie jest to ciekawy przykład działania wbrew nadziei projektanta, że przedmiot będzie pełnił cały czas tę samą, założoną przez niego funkcję. W gruncie rzeczy jest to dla mnie powodem do jeszcze większego optymizmu. Nakastlik nie musi być wyłącznie dekoracyjnym stolikiem nocnym – może być też szafką na buty albo domkiem dla lalek.

Z jednej strony jest coś poetyckiego w dawaniu przedmiotom kolejnego życia. Z drugiej strony sposób, w jaki obchodzimy się np. z dziedzictwem żydowskim, świadczy o tym, że przedmiot można zdegradować, a pamięć o ludziach z nim związanych zniszczyć. Przykładem jest choćby brukowanie ulic macewami z kirkutów.

Tylko że te działania charakteryzował celowy wymiar polityczny. Desakralizacja przedmiotów miała wymazać żydowską obecność ze zbiorowej świadomości. W PRL-u na Ziemiach Zachodnich podobnie jak z macewami obchodzono się z nagrobkami ewangelickimi. Chciano zatrzeć ślady niemieckiej obecności na tym terenie. W tych przypadkach przedmioty zmieniały swoją funkcję po to, by przestały być nośnikami pamięci, a stały się zwyczajnymi kamieniami. To się oczywiście nie udało, ponieważ pamięć przedmiotów bywa bardzo trwała.

Marcin Wawrzyńczak – trener sztuk walki, przewodnik górski mieszkający w Izerach, a także historyk, pasjonat i archeolog historii lokalnej – podczas swoich wędrówek górskich zbierał fragmenty szkła i ceramiki, pochodzące z XVIII i XIX w. Następnie poszukiwał źródeł historycznych w bibliotekach polskich i niemieckich. na temat hut szkła i gospód na tych terenach, dodajmy – dzisiaj zupełnie niezamieszkanych i niezabudowanych. Na podstawie tych szczątków pamięci wskrzesił w swojej książce tytułową Michelsbaude – swego czasu bardzo sławną gospodę położoną na skrzyżowaniu szlaków w okolicach Szklarskiej Poręby – i opowiedział o życiu ludzi wędrujących po tych terenach w poszukiwaniu pracy. To fascynujący przykład tego, jak trudno jest zatrzeć pamięć. O tym pisał także klasyczny, choć mało znany w Polsce, archeolog James Deetz, który wydał książkę In Small Things Forgotten (Zapomniane w małych rzeczach), poświęconą okolicznościom, w jakich żyli pierwsi osadnicy w Stanach Zjednoczonych. Swoją pracę oparł na tym, co znalazł w śmieciach. Zauważył, że ceramika jest bardzo krucha, ale niezniszczalna. Naczynie łatwo jest rozbić, lecz ślady, które na nim zostają – nadruki, wzory, fragmenty materii organicznej, np. jedzenia – da się odtworzyć w badaniach naukowych nawet wiele wieków później.

Skoro tak, to może historia jest wiarygodniejsza, kiedy jest opowiadana przez przedmioty, a nie przez ludzi?

Przedmioty często mówią nam coś innego niż nasze opowieści. Ludzkie historie, im częściej i dłużej są powtarzane, tym okazują się dalsze od pierwotnej wersji. Tymczasem materialne dowody wyłaniające się z badań archeologicznych czy z klasycznej etnografii często idą wbrew tym wspomnieniom. Nasza pamięć i kultura mają charakter narracyjny – dopasowujemy sobie fakty do reszty opowiadanej historii. Przedmioty robią nam reality check i mówią: „Hej, to nie było tak!”.

Spotykałam się z tym zjawiskiem, pracując nad Duchologią. Okazuje się np., że w latach 70. były już w Polsce przedmioty, które kojarzyły się ze światem po 1989 r. – pojawiła się choćby próba wdrożenia zmywarki. Wykupiono licencję z Włoch, a jedna z polskich fabryk zaczęła produkować taki sprzęt. Pomysł nie przyjął się na szerszą skalę – ciasne polskie mieszkania nie były jeszcze na to gotowe i dopiero w nowym milenium zmywarki zagościły w nich na dobre. Ale to nie jest tak, że nie było ich u nas wcześniej, jak przyjęło się uważać.

Bardzo mi się spodobało to, co pisze Pani w swoich książkach o kiczu – ujmuje go Pani nie w aspekcie przedmiotu estetyki, lecz raczej jako narzędzie etycznej opresji.

Kicz został ostatnio odzyskany na rzecz zabawy, w której wszystko jest dozwolone, ale mnie wciąż jest bliskie podejście Andrzeja Banacha, krytyka sztuki – kicz to twórczość powstająca z wyrachowania, działanie pseudoartystyczne polegające na wykorzystywaniu tanich chwytów.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer