Małgorzata Rejmer
fot. Katarzyna Lasoń, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons
Małgorzata Rejmer lipiec-sierpień 2022

Opowieści o rzeczach

Kiedy znajoma starsza Ukrainka wreszcie znalazła się w Polsce, w miejscu, które na czas nieokreślony stanie się jej domem, niby-domem, pierwszą rzeczą, o którą poprosiła, były kwiaty doniczkowe. Żeby mieć się czym opiekować.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Czytaj także

Dominika Kozłowska

Porządek rzeczy

Sztućce

Od kilku lat matka już jest na emeryturze, co oznacza, że ma dość czasu, by eksplorować Allegro, OLX i inne zaułki internetu, za sprawą których w domu gromadzą się niewidziane wcześniej sosjerki, dzbany z toskańskiej ceramiki, szkatułki z masy perłowej i kandelabry. Po latach nauczycielskiego biedowania rodzice trochę się odkuli i mogą sobie pożyć; w ich generacji mało kto poważa minimalizm albo dyskutuje o ekologii.

W niedzielę mama pokazuje wielki komplet posrebrzanych sztućców, który właśnie kupiła.

– Przecież trzeba wam będzie coś po sobie zostawić – tłumaczy.

Biorę do ręki nóż, przymierzam, jak by się mieścił w rękawie.

– Jak wybuchnie wojna – mówię – to każdy chwyta, ile tylko sztućców zmieści się w kieszeniach, i w nogi.

Pandemia dogorywa. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że za kilka miesięcy tuż za granicą zacznie się prawdziwa wojna.

Złote kolczyki

„W oddali, w innym kącie, na krześle siedzi staruszek. Trzyma w dłoniach jakieś zwinięte poduszki. Każdy, uciekając, coś ze sobą wlecze, a on najwyraźniej postanowił, że nie ma sensu wyruszać gdzieś bez poduszek. (…) Ktoś śpi na kocu, wprost na podłodze, ktoś obkłada się torbami, żeby żadnej mu nie zwędzili, ktoś przyciągnął walizkę. Ale przeważnie rzeczy w dłoniach mają niewiele. Jasne – śpieszyli się, łapali, co wpadło pod rękę. Przede wszystkim dokumenty i kosztowności. A teraz siedzą i nieufnie rozglądają się wokół – kiedy masz po kieszeniach złote kolczyki, niezbyt chętnie zapoznajesz się z nieznajomymi przy przechowalni bagażu. Pasza chwyta te spojrzenia – spojrzenia ludzi, którym jest co zabrać, jeśliby chcieć, i którzy przez to są wrażliwi i bezbronni” (tłum. M. Petryk).

Czytam Internat Serhija Żadana, siedząc na kocu w ogródku pod kamienicą. I naraz oglądam sobie ten koc, jakbym widziała go po raz pierwszy. Fałszywie miękki, z poliestru udającego welur, na nic by się nie przydał podczas wojny, myślę. Lepiej wziąć ten drugi, trochę zmechacony, ale przynajmniej wełniany.

Ceramika z różnych krajów, którą lubię, nie przeżyłaby drogi. Niemieckie dzbany, rumuńskie donice, greckie karafki i tureckie szklanki obróciłyby się w piękny gruz.

Złotych kolczyków nie mam, ani srebrnych. Mężczyźni nigdy nie dawali mi kosztownych prezentów. Kiedy zaręczyłam się pierwszy raz, zamiast pierścionka dostałam od razu obrączkę, i oddałam ją byłemu, gdy nasze drogi się rozeszły. „Cóż mi po niej – powiedziałam. – Mam nadzieję, że tobie przyniesie szczęście”.

Kiedy zaręczyłam się drugi raz, wybrałam sobie wreszcie wymarzony pierścionek, jednak gdy mój narzeczony miał za niego płacić, powiedziałam, że szmaragdowe oczka za mało się błyszczą. „Poczekajmy na lepszy egzemplarz – poprosiłam. – Ten pierścionek musi być idealny”. Dopiero później przyznałam się przed sobą, że nie chcę wychodzić za mąż.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Gdyby przyszła wojna, kto chciałby kupić ode mnie tę zwróconą obrączkę? Niekupiony pierścionek z matowymi szmaragdami? Ile chleba bym za niego nigdy nie dostała?

Wazon

Przyjeżdżam do rodzinnego domu po dłuższej nieobecności, na stole w kuchni wznosi się wielki klasyczny wazon, w którym stoją hortensje. Cały jest perłowy, bezduszny i solenny. Rości pretensje.

– Matka już mi kupiła urnę – komentuje ojciec. – Teraz tylko czekamy, aż się zawinę.

Pizza

Byliśmy rodziną bez naddatków. Właściwie byliśmy rodziną deficytów. Pod koniec miesiąca budżet zawsze się rodzicom rozjeżdżał. Matka załamywała ręce, ale chyba bardziej opowiadała o tym, że się martwi, niż faktycznie się martwiła. Zawsze jakoś udawało im się prześlizgnąć do pierwszego – tam pożyczyli, tu coś zmonetyzowali.

Był koniec miesiąca, kiedy ojciec zabrał mnie na wspólne sprzedawanie zalegających butelek po piwie, oranżadzie i ptysiach. Dźwignęliśmy, poszliśmy, zrobiliśmy rundę po sklepach. Uzbierało się ze 30 zł. Wróciliśmy do domu i położyliśmy pieniądze przed mamą.

Czytaj także

Porządek rzeczy

– Dobra robota – pochwaliła. – To zamawiamy pizzę.

Jako młoda dziewczyna czasem miałam im za złe ten niefrasobliwy stosunek do pieniędzy. Od młodego byłam przyzwyczajona, że jeśli przyjdzie prawdziwa nędza, to nikt mnie nie poratuje, bo nie będzie miał czym. Mogłam polegać tylko na sobie.

Okresy morderczego oszczędzania przeplatały się z latami beztroski, gdy wszystkie zarobione pieniądze przeznaczałam na podróże. Aż wreszcie przyszedł ten piękny dzień, gdy po latach tułaczki i pokątnego życia kupiłam sobie mieszkanie. I odpuściłam.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer