Małgorzata Rejmer
fot. Katarzyna Lasoń, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons
Małgorzata Rejmer czerwiec 2026

Pozłacana tektura

Stany Zjednoczone sypią się na naszych oczach. Gdziekolwiek spojrzeć, na horyzoncie unosi się dym

Artykuł z numeru

O czym śni Ameryka?

O czym śni Ameryka?

Czytaj także

Karol Kleczka

Karol Kleczka

Jak łzy w deszczu

Za pierwsze pieniądze, jakie zarobiłam, pracując jako studentka w telewizji głupszej niż inne, poleciałam na miesiąc do Stanów Zjednoczonych. Tak, drogie dziatki, takie to były czasy. Młody człowiek myślał, że prawdziwego życia można zasmakować tylko w Ameryce, najlepszym ze światów. Wszyscy byliśmy odurzeni mitem Stanów, kraju wielkoskalowego, monumentalnego i ekscytującego, kraju wolności i porządku, gdzie nawet pucybut może zostać milionerem, jeśli tylko wypruje sobie i innym dość żył, żeby mocno krwawić, ale przeżyć.

Błąkałam się w towarzystwie różnych postaci między Bostonem, Nowym Jorkiem a prowincją stanu Massachusetts, gdzie już w 2007 r. widać było problemy, które teraz wraz z Ameryką przeżywa cały świat. Porażający kontrast między życiem bogatych a biednych, problemy psychiczne, uzależnienia, narkotyki i leki, niechęć białych do ludzi o innym kolorze skóry, upadający przemysł, dystopijne krajobrazy. „Oprócz notorycznych, szpetnych i smutnych sajdingowych domów występują plackowo krajobrazy po nuklearnej bitwie, w których panoszą się odrosty zielsk i wychudłe, skulone baraki” – pisałam po powrocie w reportażu Manikura i tektura.

Jedną z moich przewodniczek po Stanach Zjednoczonych była wówczas Joy, Polka, która zabrała mnie w tour po szemranych barach Springfield, tych straszliwych, jarmarcznych spelunach, gdzie półnagie dziewczyny ujeżdżają mechaniczne byki, kobiety na oczach rozochoconej gawiedzi walą drewnianymi pałkami mężczyzn w gołe tyłki, a pod sufitem wiszą porzucone staniki we wszystkich kolorach tęczy.

Pamiętam lawirowanie między spoconymi, pełnymi ekscytacji postaciami o oczach lśniących w półmroku; co rusz ktoś łapał mnie za ramię, żeby mnie zatrzymać i coś mi opowiedzieć albo wykrzyczeć do ucha propozycję matrymonialną.

Joy, moja przewodniczka, mówiła dużo o tym, że kobiety powinny znać swoją wartość i że zawsze trafia na partnerów, którzy oczekują od niej seksu analnego. Może nie miała szczęścia w miłości, ale na pozór wydawała się uosobieniem amerykańskiego sukcesu: własny dom, praca i wygodny samochód; do tego, po prawdzie, butelka wina przed snem, Xanax w portmonetce i znikający kochankowie. Minęło niemal 20 lat, a ja co jakiś czas słyszę o jej problemach – zdiagnozowana choroba psychiczna, wypisy ze szpitala i powroty, pobojowisko w domu, system, który nie potrafi albo nie chce jej pomóc.

Kiedy poznałam Joy, zobaczyłam pierwsze symptomy jej osobistej katastrofy. Gdy przyleciałam do Stanów, zobaczyłam piękne fasady ukrywające konstrukcje z tektury. Ale w 2007, na rok przed wielkim kryzysem ekonomicznym, nikt jeszcze nie przypuszczał, że upadek mitu Ameryki będzie spektaklem grozy i skretynienia.

Czasem wracam myślami do tego czasu, gdy studiowałam i wydawało mi się, że życie będzie dla mnie hojne, a ja będę ciężko pracować i wykorzystam wszystkie możliwości, jakie mi da. Przeżyć życie, jakby to był amerykański sen. Minęło 20 lat, Stany Zjednoczone sypią się na naszych oczach. Gdziekolwiek spojrzeć, na horyzoncie unosi się dym.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się