70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy umyliście już okna dla Jezusa?

Opozycja pomiędzy brudem a czystością była w Holandii porównywalna do różnicy między potępieniem i zbawieniem, złem i dobrem, występkiem i cnotą. Stanowiła ważny element narodowej tożsamości i dumy z bycia Holendrem.

Długo szukałem tematu na habilitację. Byłem wówczas rebelianckim, otwarcie kontestującym wszelkie społeczne i akademickie hierarchie oraz imprezującym ponad miarę młodym doktorkiem, noszącym dziurawe dżinsy, dresową bluzę z kapturem i popalającym ze studentami szlugi na podwórku Gołębnika. To miał być projekt prowokacja. Gdyby się tylko powiódł, na pytanie: „A z czego się habilitowałeś?”, mógłbym sobie nonszalancko odpowiadać: „A ze sprzątania”. Planowałem raz-dwa napisać krótką rozprawę na stopień, a tymczasem zajęło mi to niemal 10 lat studiów, prawie 800 stron (Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji) i zupełnie przewartościowało rozmaite życiowe kwestie. Po tej książce byłem już kimś zupełnie innym. Nie wspomnę o spontanicznym przekwalifikowaniu się na kulturoznawcę i historyka sztuki, tudzież o zdradzie literatury – na to zanosiło się od dawna.

Jednak właściwy powód, dla którego zająłem się obsesyjnym holenderskim sprzątaniem, musiał być chyba inny: chciałem zrozumieć samego siebie. Odkąd pamiętam, zawsze byłem przesadnie pedantyczny. Wciąż zdarza mi się zbudzić nad ranem i biec do kuchni, żeby sprawdzić, czy deseczka do krojenia leży idealnie równolegle do krawędzi blatu. Koszule sortuję od linijki, według typów i kolorów, a ziarnko piasku na szirazie w przedpokoju wystawia mnie na ryzyko zawału. Nie muszę pewnie tłumaczyć, że gruntownie sprzątam przynajmniej raz dziennie, a moim najlepszym przyjacielem jest odkurzacz. W oczach ludzi uchodzę rzekomo za zimnego perfekcjonistę i mistrza organizacji. Gdyby ktoś jednak spojrzał w moje anankastyczne wiry, neurotyczne jary i mroczne odmęty, mógłby się zapewne trochę przerazić. Nieład to chaos i zagrożenie. Punktualność i porządek to z kolei bezpieczny (bo kontrolowany) świat. Potrzebuję tej zewnętrznej życiowej struktury wyłącznie po to, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni.

Jednak to, co sam wyprawiam ze szmatą, jest niczym w porównaniu z tym, co wyczyniali dawni Holendrzy, a zwłaszcza Holenderki. W niegdysiejszych relacjach zachowały się tysiące opisów, w których przerażeni podróżni donosili o krowach z ogonami podwiązanymi tak, by nie zabrudziły nimi śnieżnych ścian obór, służbie przenoszącej na plecach dostojnych gości w zabrudzonych butach na specjalne maty w sieni, gdzie już czekały na nich pantofle, czy o szorowaniu mydlinami kilka razy dziennie chodników przed domem. Gdy goście jedli, uważnie ich obserwowano, patrzono, czy nie spadnie im na obrus jakiś okruszek lub kropla sosu, a gdy tak się działo, natychmiast wzywano na pomoc służącą. Holenderskie ulice czystością przewyższały rzekomo podłogi angielskich i francuskich rezydencji.

W każdą sobotę rozgrywał się wielki spektakl, w czasie którego od świtu do zmroku sprzątano domy od piwnic po strychy, polewano fasady wodą i szorowano je specjalnymi szczotkami na kijach, trzepano dywany, polerowano rondle oraz wynoszono na zewnątrz sprzęty, by za pomocą ręcznych pomp zmywać z nich nawet najmniejszy brud.

Dwa razy w roku odbywały się porządki gruntowniejsze, zwane wielkimi. Trwały one około miesiąca; zajmowano się wówczas wyłącznie doprowadzeniem domostw do blasku i chwały. Miano nawet zdejmować partiami dachówki, by dokładnie wypucować je do czysta. Podróżnicy donosili też o istnieniu dwóch kuchni: tej na pokaz, utrzymywanej w nienagannym porządku („czułem się tam onieśmielony niczym w Luwrze” – pisał pewien Francuz), i tej służącej do przygotowywania posiłków; choć nierzadko gotowano też na paleniskach zbudowanych na podwórku, żeby nie pobrudzić sobie ścian sadzą i kopciem. Na podwórza wyganiano na posiłki dzieci, wszak wiadomo, co ci mali zwyrodnialcy potrafią zrobić przy jedzeniu. Do najpiękniejszych pokoi nie wchodzono prawie nigdy, aby nie narazić ich na skalanie. Wszystko to tyczy się jednak wyłącznie domów warstw średnich i wyższych, wykwalifikowanych rzemieślników i kupców, przedsiębiorców, patrycjuszy i regentów. Plebs żył w nędzy, a do brudnych slumsów i przeludnionych, śmierdzących nor biedaków cudzoziemscy podróżni prawie nigdy nie zaglądali.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter