|

Temat miesiąca
               Uniwersytet
Latajacy Znaku (2)
         
Biblia między mitem a historią
Anna Świderkówna
Obowiązujący kiedyś w Kościele katolickim podział znajdował w
Biblii tylko trzy gatunki literackie. Były to księgi historyczne,
dydaktyczne i prorockie. Podział ten nie był najszczęśliwszy, bo
to on na przykład spowodował zaliczenie do ksiąg dydaktycznych Psałterza,
będącego przecież śpiewnikiem - zbiorem pieśni i hymnów; niektóre
z nich mają wprawdzie charakter mądrościowy, ale w żadnym wypadku
nie można traktować tego zbioru jako lektury dydaktycznej. Podobnie
między księgi prorockie trafiła Księga Jonasza, która tu jednak
nie należy, a nie jest również opowiadaniem historycznym. Wreszcie
za historyczne uznano księgi: Estery, Judyty i Tobiasza, mające
z historią mniej więcej tyle wspólnego, ile nasze powieści historyczne,
zwłaszcza te pisane na przełomie XIX i XX wieku. A nawet dwie Księgi
Kronik nie są kronikami w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Należy przede wszystkim wyraźnie rozróżnić historię rozumianą jako
ciąg wydarzeń historycznych, czyli coś, co działo się naprawdę,
i historię - jako opowiadanie o tych wydarzeniach. To są dwie zupełnie
różne rzeczy. My tymczasem ciągle jeszcze myślimy, że może i powinna
istnieć historia obiektywna. Takiej historii (oczywiście myślę o
historii pisanej) nie ma. Abp Stanisław Gądecki, pisząc o księgach
historycznych Starego Testamentu, stwierdza, że historia obiektywna
jest legendą stworzoną przez XIX-wieczny racjonalizm. Historię zawsze
pisze człowiek, a gdyby nawet pisał ją komputer, to i tak zostanie
on zaprogramowany ludzką ręką.
Podam jeden przykład: przed I wojną światową (i jeszcze jakiś czas
po niej) historycy angielscy postrzegali Aleksandra Macedońskiego
jako wielkiego męża, który niósł światło kultury ciemnym, barbarzyńskim
ludom. Widzieli w nim pozytywny prawzór angielskiej kolonizacji.
Natomiast po II wojnie światowej niektórym badaczom tenże Aleksander
jawił się jako starożytny Hitler. Wiele zależy zatem od punktu widzenia.
Historyk powinien, oczywiście, o tym pamiętać i w miarę możliwości
wystrzegać się subiektywizmu, lecz w pełni nigdy mu się to nie uda.
Pisze on bowiem zawsze w oparciu o teksty, które powstały wcześniej,
korzysta więc ze źródeł, które też nie są obiektywne. Teoretycznie
wiemy, że obiektywizm historyczny to złudzenie, ale wiele osób nadal
jeszcze myli prawdziwość tekstu historycznego z dokładnością w przedstawieniu
wszelkich szczegółów. A przecież historia może być w znacznej mierze
obiektywna nawet wtedy, gdy pewne szczegóły lekceważy. Dzieje się
tak choćby dlatego, że każdy z naocznych świadków widzi trochę inaczej.
Kiedy żyła moja matka, mimo że byłyśmy sobie bardzo bliskie, wiele
wydarzeń z naszego wspólnego życia przyjmowało w naszych wspomnieniach
kształt odmienny - każda z nas patrzyła na nie od trochę innej strony.
Historia w gruncie rzeczy powinna zawsze łączyć opowiadanie o przeszłości
z próbą zrozumienia każdorazowego teraz, jak również z otwarciem
się na przyszłość. Nasze miejsce w historii zależy od przeszłości,
z której wyrośliśmy, i niejako przygotowuje nas do przyszłości,
ku której idziemy. Taka jest też typowa koncepcja historii w Biblii
- tam, gdzie mamy rzeczywiście do czynienia z tekstami historycznymi.
Żeby przekonać się, że Biblia nie jest jedynie "świętą historią"
(a zatem: w całości, w ścisłym sensie, tekstem historycznym), warto
przeanalizować Księgę Wyjścia - nasze jedyne źródło wiedzy o wyjściu
z Egiptu. Dawniej uważano, że zapisem historycznym, który o tym
wydarzeniu opowiada, są rozdziały od 12 do 15 włącznie. Tymczasem
w ich obrębie występują aż trzy gatunki literackie. Rozdziały 12
i 13 (do wiersza 16) to teksty liturgiczne opisujące, jak należy
obchodzić Paschę. Dalszy ciąg rozdziału 13 i cały rozdział 14 to
proza epicka, która, nieco wyolbrzymiając, opowiada to, co się wydarzyło.
"Wyolbrzymiać" nie oznacza jednak "fałszować". Izraelitom rzeczywiście
groziła zagłada, a Bóg uratował ich w ostatniej chwili. Rozdział
15 natomiast jest hymnem przypisywanym Mojżeszowi, choć na pewno
nie cały od niego pochodzi. Wielu z tych wierszy Mojżesz nie mógł
ułożyć. Za jego czasów nie było jeszcze filistyńskiej ziemi (w.
14), ani świątyni Jahwe "na górze Bożego dziedzictwa" (w. 17). Sam
hymn jest mimo wszystko bardzo stary, na co wskazuje choćby nazwanie
Boga "wojownikiem", określenie, które już w Septuagincie (przekład
na język grecki z III w. przed Chr.) zostało zamienione na "niszczący
wojny".
Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć, jak wygląda biblijny tekst historyczny,
odesłałabym go do Drugiej Księgi Samuela. Można zacząć tę lekturę
od rozdziału 5, ale lepiej przeczytać rozdziały: 9-20. Jest to opowieść
o tzw. sukcesji po Dawidzie - krwawym sporze o następstwo tronu.
Potem pojawiają się "uzupełnienia" (cztery rozdziały: 21-24), w
których znów mowa jest o samym Dawidzie. Całość wieńczą dwa rozdziały
(1-2) Pierwszej Księgi Królewskiej. Dowiadujemy się z nich, jak
Salomon, najmłodszy syn Dawida, został ostatecznie jego następcą.
Jest to opowiadanie historyczne, noszące jeszcze ślady epoki, w
jakiej powstawało. Jego pierwotnym autorem był zapewne ktoś, kto
albo sam przeżywał opisywane wydarzenia, albo przynajmniej rozmawiał
z ludźmi, będącymi ich uczestnikami. To, co znajdujemy w Biblii,
jest późniejszą redakcją tej opowieści. Księgi Jozuego, Sędziów,
dwie Księgi Samuela i dwie Królewskie powstały bowiem nie wcześniej
niż w VI wieku, w czasie wygnania, jednak ich autorzy i redaktorzy
korzystali niewątpliwie ze źródeł wcześniejszych.
Także w pierwszych jedenastu rozdziałach Księgi Rodzaju nie należy
szukać tekstów historycznych. Brak ich wśród różnych występujących
tutaj gatunków literackich. Owszem, tak w Biblii, jak i na przykład
w literaturze greckiej, można mówić o najwcześniejszych początkach
historiografii tam, gdzie pojawiają się genealogie, co nie znaczy
jednak wcale, że te, które w tych rozdziałach znajdujemy, odpowiadają
dokładnie rzeczywistości. Niemniej wskazują one na przygotowanie
Izraela do spotkania z Bogiem.
Czym jest zatem te jedenaście rozdziałów Księgi Rodzaju? To po
prostu pewnego rodzaju wstęp do historii Izraela, a tym samym i
do historii ludzkości. Dzisiaj napisalibyśmy taki wstęp językiem
teologiczno-filozoficznym, ale wtedy takiego języka jeszcze nie
było. Wobec tego "pisało się obrazami".
Celowo zajmuję się tu początkiem Księgi Rodzaju, ponieważ mamy
mówić o micie. Zwróćmy uwagę na rzecz bardzo ciekawą: w pierwszym
rozdziale Księgi Rodzaju historia staje się teofanią - objawieniem
się Boga, który daje się poznać ludziom przez to, co czyni, i przez
to, co stwarza. To jest myśl całkiem nowa, ale wyrażona starym językiem
(zwłaszcza w drugim i trzecim rozdziale). Dawne gatunki literackie,
znane światu pogańskiemu, są tutaj przejęte i potraktowane w zadziwiający
sposób. W tych tekstach znajdujemy fragmenty zarówno legend, jak
i czegoś, co można nazwać mitami. Czym różni się jedno od drugiego
i czym w ogóle są te gatunki? Legenda to upamiętnienie jakichś wydarzeń
i faktów historycznych. Zostają one na ogół upiększone, wyolbrzymione,
korzeniami jednak tkwią w historii. Natomiast mit to coś zupełnie
innego.
Mówiąc o micie, mamy jeszcze większe obciążenia niż wówczas, gdy
mówimy o historii. Mit pozostaje dla nas tym, czym uczynił go skrajny
racjonalizm XIX wieku, to jest tym wszystkim, co nie mieści się
w ramach rzeczywistości, co przeciwne jest faktom historycznym.
Władysław Kopaliński w Słowniku wyrazów obcych zaskakująco utożsamia
mit z baśnią lub legendą i określa go jako "podanie bajeczne
o powstaniu świata, bogach albo legendarnych bohaterach". Jeżeli
pytanie, czym jest naprawdę mit, postawimy człowiekowi wykształconemu
(ale nie historykowi i nie religioznawcy), usłyszymy prawdopodobnie
jakąś definicję, która będzie odwoływać się do mitologii greckiej.
To naturalne, bo jeżeli nasz rozmówca coś wie o jakiejś mitologii,
to właśnie o greckiej. Słowo "mit" wywodzi się zresztą
z greki, a tam mythos oznacza słowo, mowę, rozmowę, jak również
opowieść (nieraz fantastyczną lub legendarną) i bajkę (krótkie opowiadanie
prozaiczne lub wiersz, w którym występują zwierzęta lub rośliny
mówiące ludzkim językiem; pointą jest najczęściej zamykający całość
morał). W 9 rozdziale Księgi Sędziów spotykamy jedyną, o ile mi
wiadomo, występującą w Biblii bajkę. Drzewa rozprawiają tam ze sobą,
bo postanowiły wybrać króla i nie wiedzą, które z nich ma nim zostać.
Co ciekawe, chociaż opowieść ta znalazła się w Piśmie Świętym, nikt
nie próbuje dowodzić, że Pismo naucza, iż kiedyś drzewa mówiły i
wybierały króla. Dlaczego? Bo w tym przypadku, nawet nie wiedząc
o tym, umiemy rozpoznać gatunek literacki. Kłopot pojawia się dopiero
tam, gdzie go rozpoznać nie potrafimy.
Wróćmy do mitu greckiego. Mircea Eliade zwrócił uwagę na bardzo
interesujące zjawisko: mit jest żywy, póki łączy się z kultem. W
społeczeństwach, które nim żyją, nazywa się go "historią prawdziwą"
w odróżnieniu od wszelkich legend i baśni, czyli "historii
zmyślonych" - opowiadanych dla zabawy i przyjemności. Opowieści
mityczne są czymś bardzo poważnym, także wówczas, kiedy nie udaje
się nam rozszyfrować ich ostatecznego sensu. Tymczasem mit, z którym
mamy do czynienia już u najstarszych poetów greckich, jest czysto
literacki i często nie ma związku z kultem. To odrębna, specyficzna
forma literacka będącą czymś odmiennym niż przekazywany ustnie mit
pierwotny, który stanowił przedfilozoficzną, symboliczną próbę interpretacji
świata i odpowiedzi na podstawowe pytania - np. o relacje między
światem/człowiekiem a Bogiem. Znana nam mitologia grecka, choć oparta
na tradycyjnych podaniach, ma charakter literacki: była pisana i
tworzona ciągle na nowo, wciąż dopasowywana do nowych gustów, zapatrywań
i kryteriów artystycznych. Poetom i pisarzom greckim nigdy nie przychodziło
do głowy, że ktoś mógłby żądać od nich utrwalenia i przekazywania
dalej nienaruszonej tradycji, toteż zmieniali mit i przekształcali
go zgodnie z własnym poczuciem piękna i potrzebami epoki.
W świecie Izraela wszelkie tradycje - i te ustne, i te spisywane
- również ulegały zmianom, lecz zmiany te były niejako "kontrolowane"
przez przekonanie, że jest to słowo Boże i że trzeba zachować także
takie teksty, które musiały już być niezrozumiałe nawet dla ostatecznych
autorów-redaktorów. Grecy natomiast nie mieli religijnej doktryny,
żadnych prawd wiary ani ksiąg świętych. Dlatego mity przekształcali,
a nawet tworzyli całkiem nowe. W pewien sposób współzawodniczyli
z nimi nawet filozofowie greccy, którzy także pisali piękne mity
filozoficzne, ale jest to już zupełnie co innego niż mit pierwotny.
Izrael, podobnie jak inne ludy starożytnego Wschodu, nie miał właściwego
języka, którym mógłby przekazać swoje refleksje filozoficzne czy
teologiczne, posługiwał się więc czasem obrazowym i symbolicznym
językiem mitów, aby wyrazić najgłębsze prawdy i nawet objawienie
Boże. Można powiedzieć za Burrowsem, że "mit jest gatunkiem
czy formą literacką, która wyraża właściwą człowiekowi potrzebę
poznania bóstwa, nie w drodze abstrakcji i metafizyki, lecz w sposób
konkretny" (to bardzo ważne zastrzeżenie, bo Hebrajczycy byli
niesłychanie konkretni). Warto też zacytować Eliadego: "Mity
odkrywają strukturę rzeczywistości niedostępną empiryczno-racjonalnej
zdolności poznawania (...), mit objawia, głębiej niż to jest możliwe
dla doświadczenia rozumowego, samą strukturę bóstwa, (...) jako
autonomiczny akt ducha - sięga rzeczywistości naprawdę transcendentnej,
a nie jest tylko symbolem procesów wewnętrznych", do czego
chciano go sprowadzić. I jeszcze jedno określenie mitu, definicja
ks. prof. Józefa Kudasiewicza: "Mit jako forma literacka to
sposób symboliczny, obrazowy i popularny opowiadania o rzeczywistości
religijnej".
Warto zaznaczyć, że choć autorzy biblijni korzystają z języka
mitycznego, bardzo starannie oczyszczają "cegiełki" przejęte
ze świata pogańskiego (oczywiście, czasem coś się im wymknie lub
też nie zauważą czegoś, co my dzisiaj możemy dostrzec stosunkowo
łatwo). Przyglądając się temu "oczyszczaniu", ograniczę
się do kilku zaledwie tekstów.
Księgę Rodzaju otwiera kapitalny werset: "Na początku Bóg
stworzył niebo i ziemię". Tak się złożyło w moim życiu, że
choć moja rodzina pozostawała raczej obojętna religijnie, byłam
zawsze pobożną katoliczką. I przyznaję, że pierwszy rozdział Księgi
Rodzaju raczej mnie denerwował. Złościł mnie on tak długo, póki
nie zobaczyłam go na tle mitologii bliskowschodniej, z której przecież
wyrasta. Wtedy dopiero oceniłam podobieństwa i różnice. To, co tam
czytamy, aż do połowy 4 wersetu drugiego rozdziału, ma formę hymnu
liturgicznego na cześć jedynego Stwórcy nieba i ziemi. Wszystko
jest tu stworzone - także to, co gdzie indziej (nie tylko na Bliskim
Wschodzie, ale i w Grecji) było uznawane za bóstwa: ciała niebieskie,
słońce, księżyc, gwiazdy (w tekście biblijnym są to "lampy",
które Bóg wiesza na sklepieniu nieba, żeby pomagały ludziom tworzyć
kalendarz i odróżniać dzień od nocy). Z jednej strony jest wszystko,
z drugiej: tylko Bóg. O Nim nic się nie mówi. Jest On natomiast
Jedynym. który działa, a działanie to jest niesłychanie proste:
rzekł i stało się.
Wszystkie znane mi kosmogonie są zarazem teogoniami, co oznacza,
że powstawanie świata ściśle wiąże się z rodzeniem się bogów - dlatego
że rodzą się coraz to nowi bogowie, powstaje: niebo, ziemia, księżyc,
gwiazdy, morze i wszystko inne. Początek Księgi Rodzaju to jedyny
tekst, w którym mowa jest tylko o kosmogonii. Nie znajdujemy w niej
genealogii Boga, nie słyszymy, żeby miał On żonę (albo żony), nie
dowiadujemy się niczego o Jego dzieciach... I nas to nie zdumiewa,
bo myślimy zawsze w kategoriach monoteizmu (nawet nasi ateiści są
na ogół monoteistami, gdyż odrzucają jedynego Boga raczej niż wielu
bogów). Trzeba zatem uświadomić sobie, że wtedy, kiedy ten tekst
powstał - prawdopodobnie na przełomie VI i V wieku - nigdzie w znanym
mi świecie starożytnym takiego Boga nie było. I to jest naprawdę
zadziwiające!
Zajrzyjmy teraz do "historii rajskiej" (określenie całkiem
nie naukowe, lecz chyba dla wszystkich jasne). To tekst znacznie
starszy niż ten, który otwiera Biblię. Tutaj Bóg jest przedstawiony
antropomorficznie. Na końcu trzeciego rozdziału sporządza odzienie
ze skór dla wygnanej już pary pierwszych ludzi, a w siódmym rozdziale
(na początku potopu) zamyka arkę za Noem, jego rodziną i wszystkim,
co wraz z nimi znalazło tam schronienie. Autorom chodziło o pokazanie,
jak Bóg troszczy się o ludzi nawet grzesznych i jak czuwa nad ich
ocaleniem. Pragnęli wytłumaczyć, że Bóg jest Panem pełnym miłości,
a nie jakąś bezosobową Siłą. A ponieważ nie mieli jeszcze języka
teologicznego ani takich pojęć jak "osoba", musieli posłużyć
się obrazami.
A oto jeszcze jeden przykład: jak mówi drugi rozdział Księgi Rodzaju",Bóg
ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie
życia". W mitach wschodnich, egipskich i mezopotamskich, człowiek
także był lepiony z mułu czy gliny. Muł ten stanowił element ziemski,
ale potrzebny był jeszcze element boski. W Mezopotamii ten dodatek
stanowiła krew złego boga, zabitego przez innych bogów. Człowiek
według mitologii bliskowschodniej już od stworzenia ma w sobie coś
z ziemi i z bóstwa, ale to bóstwo, które w nim tkwi, jest złe. Natomiast
według Biblii człowiek powstaje z prochu ziemi, lecz - aby mógł
żyć - otrzymuje także tchnienie Boga, Boga Mocy i Miłości. Tak więc
tutaj człowiek jest z natury dobry. Zło przyjdzie dopiero przez
zerwanie relacji z Bogiem.
W pewnym starym poemacie, zwanym od imienia jego bohatera Atrahasis,
a pochodzącym zapewne z XVIII w. przed Chrystusem, znajdujemy zabawną
historię o początkach ludzkości. Młodzi bogowie zbuntowali się przeciwko
starym, bo ci obciążali ich jakimiś niezwykle znojnymi pracami -
doszło więc do ostrego starcia. Starzy bogowie zostali oblężeni
na pewnej górze i sytuacja ich nie była łatwa, aż w końcu jeden
powiedział: "Słuchajcie, oni mają rację. Przecież nie można
tych młodych bogów tak bardzo męczyć. Stwórzmy człowieka - jego
obciążymy tą pracą". A jaki jest cel stworzenia człowieka w
Biblii? On także ma pracować (to nieprawda, że w raju panowało lenistwo),
ale ma pracować dla siebie samego. Bóg umieszcza go w posadzonym
przez siebie ogrodzie, żeby pielęgnował drzewa i ich doglądał (to
są słowa, które określają każdą pracę, łącznie z pisaniem książek).
Człowiek z natury swojej potrzebuje pracy (jak wiedzą o tym dobrze
lekarze i psycholodzy), lecz jej owoce są dla niego.
I kolejna istotna różnica: w mitologiach Wschodu nie ma bliskiej
analogii do biblijnego opisu stworzenia kobiety. Tu natomiast pojawia
się coś zdumiewającego: zarówno w pierwszym, jak i drugim rozdziale
Księgi Rodzaju kobieta jest stwarzana jako istota równa mężczyźnie
(zapis ten powstaje w kulturze, w której kobieta jest tak naprawdę
niewolnicą mężczyzny!). W rozdziale drugim Bóg najpierw usypia mężczyznę,
następnie wycina mu żebro, by z tego żebra "zbudować"
kobietę. Moim zdaniem, właściwy klucz do tego tekstu kryje się w
słowach, które mężczyzna wypowiada, widząc znienacka przed sobą
kobietę. Woła on wtedy: "Ta dopiero jest kością z moich kości
i ciałem z mego ciała!" (na widok zwierząt nic takiego nie
przyszło mu do głowy). To hebrajski idiom. Zajrzyjmy teraz do Drugiej
Księgi Samuela: tam, na początku piątego rozdziału, Dawid już jest
królem, ale wciąż jeszcze panuje tylko w Hebronie. I oto przychodzą
do niego przedstawiciele wszystkich dwunastu "pokoleń"
Izraela i mówią mu: "My jesteśmy twoje kości i twoje ciało",
to znaczy: jesteśmy tacy jak ty, jesteśmy twoimi najbliższymi krewnymi.
To właśnie mówi też pierwszy mężczyzna o pierwszej kobiecie: ona
jest taka sama jak ja. Ale nie tak było w czasach autorów, którym
tę "rajską historię" zawdzięczamy. Dlaczego? Bo przyszedł
grzech: kobieta teraz będzie ulegać mężowi, gdyż będzie go pożądała,
a on będzie nad nią panował.
Zobaczmy jeszcze inny przykład okruchów mitologicznych w Piśmie
Świętym. W mitach bliskowschodnich główny bóg, na przykład Marduk
w Babilonii, musiał stoczyć walkę z otchłanią słonych wód niszczących,
która była boginią i nazywała się Tiamat. Tiamat wydała ze swego
łona straszliwe potwory, które zagrażały nie tylko światu, ale i
samym bogom, aż Marduk, zaprowadzając ład powszechny, stoczył z
nimi i z ich groźną macierzą zwycięski bój. W Starym Testamencie
pozostało trochę śladów tej walki: piątego dnia Bóg stwarza zwierzęta
morskie i tymi pierwszymi zwierzętami są potwory morskie. "Potwór"
to po hebrajsku tannin, czasem tłumaczony jako "smok"
(niektóre potwory zachowały nawet swoje imiona indywidualne, na
przykład: Rahab lub Lewiatan). W Księdze Izajasza, w rozdziale 51,
znajdujemy wezwanie do Mocy Bożej: "Przebudź się, przebudź!
Przyoblecz w moc, o ramię Jahwe! (...) Czyżeś nie Ty przebiło tannin
[w polskim przekładzie: "smoka"]? Czyżeś nie Ty osuszyło
morze, wody Wielkiej Otchłani, uczyniło drogę z dna morskiego, aby
przejść mogli wykupieni?". Takich tekstów jest więcej, zwłaszcza
w Psalmach, na przykład: "Ty ujarzmiłeś morze swą potęgą, skruszyłeś
głowy smoków [tanninim] na morzu. Ty zmiażdżyłeś łby Lewiatana"
(Ps 74, 13-14). Jednocześnie na początku Księgi Rodzaju wielkie
potwory morskie, właśnie owe tanninim, otrzymują pierwsze Boże błogosławieństwo.
Bóg błogosławi im, żeby były płodne i żeby się mnożyły. Mało tego.
W Psalmie 104 spotykamy Lewiatana dobrotliwego, który igra w morzu
(nie jest zupełnie pewne, czy to on sam igra w morzu czy też to
Bóg z nim igra). No i wreszcie Psalm 148 - miejsce, które kocham.
To Psalm, który wzywa wszystko w świecie do chwalenia Boga: "Chwalcie
Boga z ziemi, potwory [tanninim] i wszelkie morskie otchłanie"
(to liczba mnoga od tehom - odpowiednika Tiamat, tej strasznej bogini
niszczącej). To już nie jest demitologizacja, to jest odwrócenie
całej sytuacji o 180 stopni. Potwory, które w świecie pozabiblijnym
czy pogańskim walczyły z bogiem, są tutaj wzywane do oddawania Bogu
hołdu. Tak potrafią postępować autorzy biblijni, choć oczywiście
nie zawsze to się im udaje.
Na koniec wspomnijmy o potopie, a ściślej: o ofierze, jaką składa
Bogu Noe (Rdz, rozdział 8). W poemacie Atrahasis również mamy opis
potopu. Tam także bohater składa ofiarę dziękczynną Bogu i wówczas
- jak powiada poemat - bogowie, czując miłą woń "zgromadzili
się, jak muchy wokół ofiarnika". Ten obraz jest dla nas śmieszny.
Autorzy biblijni też uważali, że tak nie można i dlatego napisali
tylko: "Pan poczuł miłą woń". Na tym się jednak nie skończyło:
w wielu Psalmach (i nie tylko tam) pojawia się zdanie, że Bóg, który
przyjmuje ofiarę, czuje miłą woń. O muchach nie ma tu mowy, ale
woń pozostała - oto klasyczny przykład oczyszczania, w tym przypadku
niepełnego, bo jednak zostało coś z mitu. Bóg Noego nie schodzi
na ziemię, nie wącha ofiary i nie ma zamiaru jej jeść, poczuł jednak
jej woń. Ta "miła woń" będzie zawsze wyrazem tego, że
Bogu coś się podoba - że nasza prośba została przyjęta. Nie darmo
przecież również w liturgii zachowaliśmy kadzidło.
Nie bójmy się zatem tego, co mityczne. Nie szukajmy w pismach
sprzed tak wielu wieków naszego rozumienia historii. Nie próbujmy
decydować, jakimi gatunkami literackimi Bóg ma prawo się posługiwać.
Wsłuchajmy się raczej w Jego Słowo, które w swej dobroci Sam zechciał
wcielić w słowo ludzkie.
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |