Pamiętam, że największym dręczącym mnie problemem podczas studiów filologicznych było dojmujące poczucie martwoty języka, jakim przemawiała większość omawianych tekstów. I wtedy – w 2010 r. – trafiłam na rewelacyjne eseje Zadie Smith Jak zmieniałam zdanie. Od tamtej pory autorka stała się dla mnie tchnieniem języka absolutnie żywego. Języka wiosny i dobrze pojętej rewolucji, języka eseju otwierającego niemal nieskończoną przestrzeń do myślenia.
Czytaj także
Zapamiętywanie ciała
Najnowsza książka Smith pt. Żywa i martwa to również zbiór esejów. Łączy je jeden najważniejszy cel pisarki: poruszyć czytelnika, wybić go z rytmu, pokazać mu coś z innej perspektywy. Przez to tematyczny skład tekstów, o różnej wielkości i napisanych na różne okazje (w tym z powodu czyjejś śmierci), to wielobarwna mozaika.
Jest ukochana przez autorkę sztuka (świetny esej o brytyjskiej malarce Celii Paul), są literatura i film (znakomita interpretacja filmu Tár), polityka oraz to, co wszystkim dziś spędza sen z powiek: sztuczna inteligencja i kwestie algorytmów rozpracowujących dniem i nocą nasze dusze.
Smith jest tu, jak zawsze, dokładna. Nawet w rzeczach małych widzi szanse na wyłom, portale na inny świat. Kiedy np. relacjonuje wystawę Miroir du Monde (Lustro świata) w paryskim Musée du Luxembourg, drobnym drukiem, w przypisie u dołu strony, Smith (już wtedy matka dwójki dzieci) odnotuje rzecz nieoczywistą, która skłania do zatrzymania się i zastanowienia nad nią. „Ciekawe, ile dzieł sztuki (…) wyszło spod ręki kobiet. Nie zgadnę: ani jedno? Ta jedna rzecz łączyła Stary i Nowy Świat: kobiece ręce były zajęte małymi dziećmi”.
Żywa i martwa, tłum. Justyn Hunia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026, s. 368

