Herman Melville
Herman Melville fot. domena publiczna
Kamila Dzika-Jurek lipiec-sierpień 2022

Przerażające doświadczenie bieli

To nie w rozszalałym żywiole, ale w niepojętej ciszy i w stłumionych falach morskich Herman Melville dostrzegał prawdę o losie człowieka. Pierwsze doświadczenie flauty na morzu tak mocno wstrząsnęło pisarzem, że w każdym ze swoich dzieł pozostawił ślad tego niepokoju.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Ów ślad, a właściwie ślady, tropi Adam Lipszyc, znakomity tłumacz i literaturoznawca. W nowej książce pt. Melville. Ostatki tożsamości dostrzega ważkie figury w twórczości tego pisarza i z energią wykładowcy nieformalnego Uniwersytetu Muri im. Franza Kafki uzasadnia ich znaczenie: od debiutanckiej powieści Taipi aż po jego literacki testament, czyli nowelę Billy Budd, opublikowaną w 1924 r. (po ponad 30 latach od jego śmierci). Poza tym znajdziemy tutaj wielopoziomowe odniesienia i nader ciekawą siatkę powiązań w pisarstwie autora Moby Dicka. Dzięki temu po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć pisarza na tle tak uporządkowanej, wręcz można by powiedzieć, skrupulatnie zorganizowanej przestrzeni refleksji. Pisarza, którego Lipszyc sportretuje jako osobę o niezwykłym zacięciu filozoficznym; wilka morskiego medytującego przez całe swoje życie nad zaledwie kilkoma kwestiami.

Nieco dowcipnym paradoksem do wszelkich struktur, sztucznych porządków tego tomu może się wydawać fakt, że autor pisze o podmiotowości „roztrzaskanej” u Melville’a, o nieznośnym, wręcz bolesnym poczuciu rozszczepienia „ja”, które pisarz miewał aż do śmierci. A jednocześnie o jego niechęci czy wręcz nienawiści do wszelkich struktur władzy. I to w wymiarze politycznym, co widział w mikroskali w mocno zhierarchizowanym życiu na fregatach, i ekonomicznym – jak rodzący się w XIX w. kapitalizm, pożerający naturalne środowiska i wyzyskujący ich rdzennych mieszkańców. Ale te kontrasty nadają tylko lekturze żywszego tonu, lokując ją daleko od pospolitej literaturoznawczej analizy. Równocześnie w  ten sposób autor Ostatków tożsamości pieczętuje pakt ze swoim własnym czytelnikiem, którego zaangażowanie w tekst rośnie wraz z coraz mocniejszymi psychoanalitycznymi i filozoficznymi akcentami kolejnych rozdziałów książki. Bo nie tylko, jak sądzę, Melville i jego bardzo uważny czytelnik Lipszyc, ale wszyscy pozostajemy przerażeni widokiem niespodziewanej pustki – nagłej martwoty rozkołysanego wcześniej życia. I nie musi to być wcale obraz morskiej flauty.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Choć to właśnie cisza na morzu widziana po raz pierwszy ponoć tak głęboko poruszyła pisarza, że prawie oszalał. Wzorem tego u wielu bohaterów jego powieści flauta wywoływać będzie panikę, doprowadzać do rozpaczy albo odwrotnie: do stanu całkowitej apatii. Pip, marynarz z Moby Dicka, przerażony ciszą morską i nieznośnym widokiem ogromu morza, wyskoczy w nagłym impulsie za burtę.

Doświadczenie flauty będzie w powieściach, esejach i nowelach Melville’a  momentem zderzenia z  czymś niepojętym, a  zarazem postacie z  wielu jego utworów odnajdą to nieznane dotąd „coś” – Rzecz, jak nazwie to z  pomocą psychoanalitycznego języka Lipszyc – niespodziewanie w sobie. Ta Rzecz z kolei – by wyjaśnić to jak najkrócej – każe bohaterom ścigać obsesyjnie pewne Obiekty. Obiekty przez Rzecz upragnione, pożądane, a jednocześnie wyzwalające agresję. Jak kapitan Ahab z pasją polujący na Moby Dicka. Jego wytrwałość w  ściganiu białego potężnego cielska, jak interpretuje to Lipszyc, jest symbolicznym obrazem człowieka stającego naprzeciw rzeczywistości nieznośnie nierozpoznawalnej i  niedającej się w żaden sposób kontrolować ludzkimi działaniami. Człowiek pozostaje wobec tego bezradny jak przy bezwietrznej pogodzie na morzu. Zostaje czekać i  nie zwariować od patrzenia w wielką przestrzeń. Traci się wtedy wszystko, jak pisze badacz Melville’a, łącznie z wiarą. „Prędzej czy później nadejdzie flauta i uczyni z was chmurnych ateuszy” – napisze pod koniec pierwszego rozdziału.

Biel zrównuje Lipszyc w dziełach amerykańskiego pisarza z ciszą morską. Białe to barwa melancholii, absolutnego przerażenia rzeczywistością, jej bezkształtem, chaosem. Bladzi są Melville’owscy ludzie (biała twarz Benita Cereno), biel pokrywa ciała zwierząt w jego twórczości. Białe „niczym całuny” są ubrania wielu bohaterów. W spotkaniu z „białym” światem Lipszyc dostrzega u Melville’a spotkanie z  metafizyką, choć i  wściekłą odmowę jej istnienia. Biel jest u  niego czymś w  rodzaju mysterium tremendum – przerażającą tajemnicą – o której pisał religioznawca Rudolf Otto, a  zarazem niczym: pustką. Jeśli wzburzone morze wyobraża życie, to morska cisza staje się przerwą w tym życiu, niedającym się znieść stanem zerowym egzystencji. „Podmiot Melville’owski przykuty jest do gęstej, materialnej nicości morza, do przytłaczających mas wody” – pisze Lipszyc. Czy można dać lepszy obraz melancholii ludzkiego losu w jednym zdaniu?

Lévinas, którego profesor literatury wspomina przy tej okazji w swojej książce, określał ten dziwny stan zawieszenia życia specjalnym zwrotem: il y a. Melville robi to poprzez obraz flauty. Co czyni zaś Lipszyc wobec tego? Wywraca tę perspektywę, odnajduje w rzetelnych interpretacjach dzieł autora Mardi życie. Opowiadając o amerykańskim pisarzu, pokazuje nam literaturę jako najpotężniejsze narzędzie do analizy niepojętego, tego bezkształtu, którego się nadzwyczaj boimy.

Bo czym innym byłaby interpretacja, która w literaturze właśnie widzi zagubioną gdzieś część życia? Język w książce Lipszyca jest jedną falą. Dzisiejsi wielorybnicy są w jego wspaniałej, ożywczej refleksji spadkobiercami Szekspira. Dowodem tego jest angielski zwrot „to be gallied”, który w pewnym momencie wspomina Lipszyc. Określa on stan rozproszonej uwagi tych potężnych ssaków, które w czasie polowania z jednej strony starają się uciec w różne kierunki, choć z drugiej strony jednocześnie pozostają w błędnym kręgu. Przyprawiające o dreszcze doświadczenie rozpaczliwego usiłowania odnalezienia punktu zaczepienia w świecie stale rozchwianym jest u Melville’a głęboko ludzkim doświadczeniem stanu „to be gallied”. „To ludzie w podróży, którzy kiedyś wyszli z portu zadanych tożsamości i musieli zmierzyć się z innością – obcych kultur i samego oceanu. Teraz już nie potrafią, ale też i nie bardzo chcą wrócić do domu, a kiedy jednak wracają, nie przestają odczuwać kołysania w swoim wnętrzu. Ci ludzie to awatary i półsobowtóry pisarza, czyli – zgodnie z definicją Melville’a – człowieka dryfującego w samym sobie, eksperymentującego z własną tożsamością i umownym charakterem dotychczasowych identyfikacji” – podsumowuje Melville’owskiego człowieka autor Ostatków tożsamości.


Adam Lipszyc Melville. Ostatki tożsamości Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, s. 320

Kup numer