Za co można ją kochać? Za epicką, ale przejrzystą i pozornie prostą prozę, mocny publicystyczny głos na temat reprezentacji różnorodnych perspektyw literatury, żarliwe zaangażowanie w walkę o prawa kobiet, niebanalny styl, ponadprzeciętne poczucie humoru, błyskotliwość, witalność i werwę. Jednak sporo można jej też zarzucić – transfobiczne komentarze, branżowy spryt balansujący na pograniczu populizmu, kapitalizowanie spraw, o które toczy się realna polityczna walka.
W 2003 r. w rozmowie dla jednego z magazynów literackich Adichie powiedziała: „Po prostu piszę. Muszę pisać. Lubię mówić, że to nie ja wybrałam pisanie, ale pisanie wybrało mnie. To może brzmieć odrobinę baśniowo, lecz czasem wydaje mi się, że moje pisanie jest czymś większym niż ja sama” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu własnym, o ile nie zaznaczono inaczej). Ten cytat błądzi po sieci głównie w kontekście siły pisarskiego imperatywu. Ale dla samej autorki okazał się proroctwem. Jej pisarstwo jest już nie tyle kultowe, ile wiralowe, a ona sama zamieniła się w świetnie prosperującą luksusową markę. W Lagos jest równie rozpoznawalna jak prezydent, jej powieści są zaś w Nigerii obok Biblii najczęściej piraconymi książkami. W 2014 r. fragment z jej przemówienia Wszyscy powinniśmy być feministami Beyoncé umieściła w kanonicznym już przeboju Flawless. W 2016 r. Adichie została twarzą linii kosmetyków Boots No7. Rok później Dior umieścił w kolekcji koszulki z wprost zaczerpniętym od niej hasłem: „We Should All Be Feminists”. Mimo bajońskiej ceny 710 USD za sztukę model wyprzedał się po kilku dniach. Kilka lat później została twarzą kampanii reinterpretacji kultowego modelu torebki Lady Dior. Wiosną 2026 r. ekskluzywna marka biżuterii Bvlgari wybrała ją na swoją ambasadorkę.
To wszystko powinno wystarczyć, żeby bez nadmiernej złośliwości nazywać Adichie nie tylko pisarką, lecz również celebrytką. Można też wyłapać w jej komercyjnej choreografii rodzaj perwersji – bo czy ktoś, kto mieni się medium głosów marginalizowanych, może nieustannie epatować swoim przywilejem?
Dyktat jednej historii
Adichie urodziła się w Enugu, w Nigerii, w 1977 r., jako piąte z sześcior–ga dzieci. Jej ojciec James był pierwszym w Nigerii profesorem statystyki, a matka Grace absolwentką socjologii, która jako prekursorka wśród tamtejszych kobiet objęła stanowisko głównego urzędnika administracyjnego Uniwersytetu Nigerii w Nsukka. Dorastała w zżytej i kochającej się rodzinie. Jednocześnie tuż za progiem jej domu zaczynał się chaos. Na ulicach buzowało – panowały represyjne rządy wojskowe, które przejęły władzę po zamachu stanu w 1983 r. i które pogłębiły gospodarcze spustoszenie kraju, przy okazji dewaluując edukację, przez co rodzice Adichie – pracownicy naukowi – czasami nie otrzymywali pensji. Z jej stołu kolejno znikały dżem, margaryna, chleb, a nad domem zawisła atmosfera politycznego strachu. Bywało, że matka wracała z pracy i mówiła: „Dzieci, nauczcie się hymnu narodowego, bo słyszałam, że żołnierze przyjdą na uniwersytet i jeśli nie będziecie umieli śpiewać hymnu, to was pobiją”. Przesycone niepokojem nigeryjskie powietrze nie zatruło jednak szczęśliwego dzieciństwa Adichie. Chimamanda grała w piłkę nożną i badmintona z rodzeństwem. Była pilna, świetnie radziła sobie w szkole, towarzyszyła jej zgraja przyjaciół, a koleżanki walczyły o jej sympatię, oddając jej obiady (wszystkie zjadała). Dość szybko zaczęła czytać wszystko, cokolwiek wpadło jej w ręce: Enid Blyton, Agathę Christie, Camarę Laye’a, Chinuę Achebego, Florę Nwapę i wielotomową historię Kościoła katolickiego, ponieważ ta akurat stała na regale jej ojca.

