70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Rijksmuseum Amsterdam

Rendez-vous z pisarzem

Dlaczego w dawnym malarstwie holenderskim aż tyle osób pisze i czyta? Odpowiedź jest prosta: gdy Jan Ekels namalował „Pisarza”, w Holandii pisać potrafiło ok. 68% kobiet oraz 84% mężczyzn. W tym samym czasie, czyli w II poł. XVIII w., w Rzeczypospolitej litery znało zaledwie 10% jej mieszkańców.

Mężczyzna jest jak scyzoryk, którym jeśli
się pióra temperuje, chleba nim krajać
nie można, i odwrotnie… Mąż to nóż do
chleba… kochanek… temperuje pióra.

Józef Ignacy Kraszewski, Dziennik Serafiny

 

To była miłość od pierwszego wejrzenia, nagła i nieomal bezgraniczna, a choć podobnym uczuciom pisany jest zwykle krótki żywot, ta jedna okazała się akurat zaskakująco trwała. Było to kilka lat temu, gdy podczas mych corocznych pobytów w Amsterdamie zwolniłem się w końcu z obowiązku nieustannego chodzenia w Rijksmuseum na zatłoczony wiek XVII  („Wiek Złoty”) i nonszalancko przerzuciłem na prawie puste sale pierwszego piętra, gdzie stoją i wiszą rokoko oraz klasycyzm. Turystów tam nie uświadczysz – wszelakie oświecenie trudno bowiem sprzedać i zareklamować z zyskiem, zwłaszcza zaś holenderskie, o którym nie słyszał prawie nikt na świecie. Zresztą i dla samych Holendrów wiek XVIII to epoka raczej mało znana, przyćmiona wielkimi mitami i nazwiskami poprzedniego stulecia. Johan Huizinga pisał wręcz o „czasach upadku, które przykryły dla nas żałobnym kirem wiek Rembrandta”, okresie odrętwienia, marnowania narodowej energii, kulturowej zapaści i intelektualnym lenistwie ospałych rentierów (nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił).

Włóczyłem się po pustych salach, przyglądałem cudacznym, zupełnie fantastycznym meblom (żarłocznej szafie, która zaraz pęknie z przejedzenia, szafie w wytwornym przebraniu świątyni greckiej, kredensowi-konfesjonałowi czy zegarowi udającemu Chińczyka). I wtedy Go zobaczyłem. Był w stosownym wieku, wyjątkowo wdzięczny i zgrabny, malutki, wielkości mniej więcej kartki formatu A4 (a dokładniej: 27,5 × 23,5 cm). Olej na desce w proporcjonalnej złoconej ramce, datowany na 1784 r. i zatytułowany Pisarz, który ostrzy swe pióro (Een schrijver die zijn pen versnijdt). Obraz, a raczej obrazek, namalował Jan Ekels młodszy. Starego Ekelsa znałem dosyć dobrze, nawet coś o nim kiedyś napisałem, ale młodszy zupełnie nic mi nie mówił (dopiero potem skojarzyłem go z Alegorią słuchu, która wisiała w eleganckim kanarkowym salonie mojego kolegi Charlesa w Hadze).

Stałem wówczas przed Pisarzem przez prawie godzinę, do czasu, aż zatroskała się o me samopoczucie czujna pani z ochrony. Gdy wychodziłem, byłem absolutnie pewien: gdyby się kiedyś paliło całe „Rijks”, to właśnie Jego natychmiast bym ratował!

Każdemu mojemu pierwszemu dniu w Amsterdamie towarzyszy od lat szereg niezmiennych, symbolicznych wręcz gestów, zaś pamięć o nich nieomal trzyma mnie potem przy życiu przez kolejny rok. Kupić wegetariańskie indonezyjskie bułeczki bapao w sklepie tuż za rogiem, zaprzyjaźnić się z nowymi brązowymi myszami w mieszkaniu na Tweede Helmersstraat, sprawdzić, czy „mój” domek przy Kanale Lejdejskim (Leidsegracht 102) wciąż jest na sprzedaż (owszem, jest, ale ja nadal nie mam 2 mln €), uściskać przyjaciół: Pietera i Jacoba, Leona i Marię. Zorientować się w księgarni naukowej na Het Spui, co też ważnego wyszło przez ostatni rok, odwiedzić zaprzyjaźnionych antykwariuszy przy Kanale Łosia oraz braci Kramerów (tych od kobaltowych fajansów) przy Nieuwe Spiegelstraat. Od tego czasu doszedł kolejny ważny rytuał: muszę zaraz przywitać się z Pisarzem.

Przez ułamek sekundy pomyślałem sobie wtedy, że to dzieło jakiegoś XVII-wiecznego „małego mistrza”, które na pierwsze piętro trafiło zapewne jako dziwaczny kuratorski kontekst. Ale nie, sposób malowania i kolorystyka były typowe dla II poł. wieku XVIII, tak samo jak widoczne na obrazie meble, ubranie i fryzura mężczyzny. Obraz był poniekąd epigoński, zbudowany z ogranych już cytatów, a przy tym paradoksalnie stanowił byt świeży i niezależny. Było na nim padające z lewej strony światło Vermeera, wspomnienie piszących postaci Gabriëla Metsu, pamięć wnętrz Gerarda ter Borcha i nieuchwytny spokój scen Pietera de Hoocha. Ale również klasycystyczne wytworność i prostota. A do tego jakaś intrygująca szczypta nowoczesności (no dobrze, wyjaśniam: dla faceta nieustannie zajmującego się wiekiem XVII nowoczesna jest już rewolucja francuska).

To wszystko wytłumaczyła potem trochę biografia Jana Ekelsa młodszego. Urodził się on w 1759 r. w Amsterdamie jako syn znanego malarza wedut o tym samym imieniu oraz Sibilli Angenent. Rodzice byli katolikami, a że katolicyzm był wówczas w republice wyznaniem zakazanym, chłopca ochrzczono w półoficjalnym tajnym kościele. Młody Ekels kształcił się artystycznie w amsterdamskiej Akademii Rysunku, a potem wyjechał na studia do Paryża, gdzie stał się gorliwym adeptem sztuki klasycyzmu. Pozostał przy tym artystą na wskroś holenderskim, zapatrzonym w rodzimych twórców rodzajowych minionego wieku. Po powrocie z Francji Ekelsa uznano za obiecującego i modnego portrecistę oraz twórcę postaci ludzkich we wnętrzach. Po rychłej śmierci rodziców odziedziczył on jednak spory majątek, nie musiał dalej pracować i postanowił malować jedynie „dla przyjemności” – czyli de facto pożegnał się ze sztalugami. Niedługo jednak cieszył się dostatnim życiem rentiera – zmarł nagle na zawał w wieku ledwie 33 lat. Do dziś zidentyfikowano ok. 20 jego prac.

Patrząc na obraz, stajemy się podglądaczami sytuacji wyjątkowo prywatnej i intymnej. Mężczyzna przyszedł przed chwilą do domu i rozebrał się. Na krzesło niedbale rzucił tabaczkowy płaszcz typu justaucorps (a może to już nowocześniejszy frak?), dla wygody podciągnął w górę i poluzował obcisłe, krótkie spodnie sięgające kolan (culotte) – w rozcięciu na bokach prześwituje nagie udo. Spuścił białe pończochy – wciąż trzymają się one jednak na podwiązkach, obnażając przy tym kolana. Trzewiki zamienił na domowe pantofle, zdjął też czerwoną muślinową chustkę z szyi i chyba przez pomyłkę na niej usiadł; zapewne wcześniej musiał pozbyć się kamizelki. Rozpiął również kilka guzików koszuli. Nie przejmuje się zupełnie, że jego modna fryzura typu catogan (krótki koński ogon związany czarną wstążką) nie jest w należytym porządku, a nad uszami uwidoczniły się niesforne kosmyki włosów. Jest mu już wygodnie, zasiadł tyłem do nas i wreszcie może zacząć pisać. Na stole czekają kartka papieru, kałamarz, pojemnik z piaskiem do osuszania atramentu i kubeczek z dwoma gęsimi piórami. Trzecie pióro pisarz zaostrza właśnie scyzorykiem. Wiemy o tym, ponieważ na wprost niego na ścianie wisi lustro w czarnej ramie, w którym odbijają się zaróżowiona twarz i ręce.

Przedstawianie postaci odwróconych tyłem było w dawnej sztuce częstym zabiegiem kompozycyjnym, dzięki któremu uwaga widza automatycznie skupiała się na głębi obrazu. U Ekelsa poza ta wprowadza jednak szereg dodatkowych skojarzeń. Mężczyzna prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest obserwowany, wystawiony na spojrzenia innych, a zatem wchodzi niejako w rolę męskiego odpowiednika podglądanej przez starców Zuzanny.

A może mamy do czynienia z czymś na kształt zmysłowej prowokacji? Pisarz-Narcyz czuje, że ktoś na niego patrzy, i przybiera wdzięczną pozę – pewien narcystyczny rys mogłoby tu zresztą potwierdzać widoczne w lustrze odbicie.

Prócz tego w pokoju gruba, zaciągnięta zasłona okienna oraz kwadratowa plansza do gry na ścianie – na niej zawieszona sakiewka z przedmiotami potrzebnymi graczom. Nie da się dziś stwierdzić, o jaką akurat grę chodzi.

Historycy sztuki do tej pory nie są pewni, czy w Holandii pod koniec XVIII w. wciąż zdawano sobie sprawę z tradycji niegdysiejszych symbolicznych znaczeń i ikonograficznych kontekstów. Innymi słowy, czy Jan Ekels młodszy tylko automatycznie naśladował swych ulubionych XVII-wiecznych mistrzów pod względem formalnym, czy też świadomie odwoływał się do określonej symboliki. W tym ostatnim przypadku pisanie oznaczałoby prawie na pewno pisanie li tylko listu miłosnego; w dawnej sztuce holenderskiej temat aż tak powszechny, że wręcz nudny. Ale tropów jest więcej. Niewykluczone bowiem, że mężczyzna jest artystą, powieściopisarzem albo poetą, a na białej kartce pojawią się za chwilę pierwsze wersy poematu lub sonetu. Skąd to przypuszczenie? Zaledwie rok wcześniej Ekels wyjechał z dwojgiem przyjaciół do Niemiec, gdzie zafascynował go rodzący się właśnie romantyzm. Jest przecież w tym obrazie także pewien wybitnie romantyczny, indywidualistyczny rys, skupienie na sobie samym i własnej twórczości, ostentacyjne odwrócenie się od reszty świata – niedługo postaci zwrócone tyłem do widza będzie malował Caspar David Friedrich. Kto pozował? Niewykluczone, że Ekels sportretował siebie samego, tak przynajmniej uważa część badaczy, podkreślając, że ten sam mężczyzna prawdopodobnie pojawia się też na dwóch innych jego obrazach. Hipoteza wielce kusząca, choć malarz mógł też oczywiście korzystać z usług jednego modela.

Pisarz, który ostrzy swe pióro ma dobrego kolegę, a raczej brata. To większy od niego Czytający list ze zbiorów City Art Gallery w Manchesterze, tak samo datowany i przedstawiający najprawdopodobniej tegoż samego mężczyznę, który tym razem zasiadł na krześle i bez reszty zatopił się w lekturze. Ubiór prawie kompletny – tyle że nogawki spodenek znów podciągnięte w górę, znów nagie kolana. Na stole nakrytym zielonym obrusem resztki posiłku, nad stołem zawieszona fajansowa misa balwierska z Delft, pejzaż w złotej ramie i znana nam już plansza do gry z sakiewką. Tuż przy podłodze położono pojedynczy rządek holenderskich fliz (mają uchronić ścianę przed przypadkowym zabrudzeniem podczas sprzątania). Mężczyzna tak bardzo niecierpliwił się, by przeczytać list, że papier, w który go zawinięto i zapieczętowano, niedbale rzucił na ziemię. Gdy się dobrze przyjrzeć, zamiast adresata znajdziemy na nim sygnaturę malarza i datę – tak często podpisywał się przecież Gabriël Metsu.

Akt pisania, akt czytania. Dlaczego w dawnym malarstwie holenderskim aż tyle osób pisze i czyta? Odpowiedź jest prosta: ponieważ od wieku XVII edukacja w republice stała się niemal powszechna. W kraju, który właśnie rozkwitał gospodarczo, umiejętność czytania, pisania, znajomość kilku języków obcych oraz księgowości były absolutnie niezbędne. Wyspecjalizowani rzemieślnicy korzystali z wielojęzycznych fachowych prac i poradników, protestanci brali Biblię do ręki przynajmniej raz dziennie, wszyscy zaś łakomie pochłaniali pierwsze gazety, wyznaniowe pamflety i polityczne ulotki. Ok. 1650 r. w Holandii państwową szkołę elementarną miała prawie każda wieś, a chłopskie dzieci, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta, mogły liczyć na kilkuletnią bezpłatną naukę. W miastach działały także prywatne szkoły wyznaniowe przeznaczone dla katolików lub luteranów, żydowskie chedery i jesziwy oraz szkoły francuskie (głównie dla dziewcząt) i łacińskie, będące odpowiednikiem dzisiejszych liceów (te znajdowały się nawet w większych wioskach). W poł. XVII w. w Amsterdamie potrafiło się podpisać ponad 50% kobiet i 65% mężczyzn. Nie byli to bynajmniej przedstawiciele elit; całkiem zgrabne i wyrobione podpisy składali bowiem służące, praczki, handlarki śledziami, tragarze, woźnice i śmieciarze. Czytanie opanowywało jeszcze więcej osób, gdyż jego nauka była łatwiejsza i nie wymagała kosztownych materiałów, takich jak papier, atrament, pióra, ostrzałki, suszki czy tabliczki. W ostatnich dekadach XVIII w., czyli gdy Jan Ekels namalował Pisarza, piśmienność Holendrów wzrosła znacząco i obejmowała ok. 68% kobiet oraz 84% mężczyzn w całym społeczeństwie republiki, zarówno w miastach, jak i na wsiach.

Dla porównania, szacuje się, że w tym samym czasie, czyli w II poł. XVIII w., u progu rozbiorów, w Rzeczypospolitej litery znało zaledwie jakieś 10% jej mieszkańców. Jeszcze w 1921 r. aż jedna trzecia (sic!) polskich obywateli nadal głęboko tkwiła w analfabetyzmie, podczas gdy w Holandii zjawisko to już dawno nie istniało, a pisać i czytać nie umieli jedynie ludzie zupełnie wykluczeni społecznie. Według raportu Biblioteki Narodowej w 2016 r. jakąkolwiek (czyli niekoniecznie mądrą…) książkę wzięło do ręki jedynie 37% Polek i Polaków. W Holandii odpowiednio 83%. Warto o tym chyba pamiętać, gdy na rosnącej wciąż fali „narodowej” megalomani (czytaj: pychy i głupoty) śni się sny o rzekomej wielkości, planuje odbudowy średniowiecznych zamków, rozpamiętuje odsiecz wiedeńską, fetyszyzuje nieliczne wygrane bitwy i liczne przegrane powstania, a zapomina o pewnej ustawie z 7 lipca 1949 r. (obowiązkowa i bezpłatna nauka dla analfabetów w Polsce Ludowej).

PS W 2016 r. ukazała się we Wrocławiu świetna książka polskiego niderlandysty Jana Urbaniaka pt. Batalia o człowieka Oświecenia. XVIII-wieczne czasopiśmiennictwo holenderskie jako zwierciadło epoki. Na jej okładce zamieszczono reprodukcję obrazu Jana Ekelsa młodszego pt. Mężczyzna piszący przy pulpicie.  


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter