70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kościół ślepców. Dzieci i potwory

Kościół, który zaprzecza sam sobie i staje się antyewangeliczny, jest straszną instytucją. A jego ludzie, schlebiając najróżniejszym namiętnościom, stają się wilkami w owczej skórze i sprawcami latami zatajanych potworności.

Jak pokazuje historia kościelnych afer pedofilskich w wielu krajach, strategia zata­jania i zacierania śladów popełnionego zła często przychodzi duchownym łatwo ze względu na znaczny autorytet Kościoła w lokalnych społecznościach / społeczeństwach i wysoką pozycję instytucji kościelnych w życiu wielu państw. Księża, którzy seksualnie wykorzystują dzieci, są mistrzami manipulacji. Dobro, któremu ponoć służą, staje się dla nich kamuflażem, za którym skrywa się zło przenika­jące ich rzeczywisty sposób życia. Kapłaństwo, które wedle nauczania Kościoła ma służyć zbawieniu ludz­kiemu, budowaniu życia na łasce i wzrostowi ducho­wemu, staje się choćby narzędziem niszczenia naj­słabszych wśród słabych – ubogich dzieci. Za fasadą sutanny / koloratki kryje się głęboki upadek osobisty złoczyńców w duchownych szatach.

 

Zło w strukturach

Wiele mówi o tym książka Wyspa ślepców pióra dziennikarza prasowego i telewizyjnego Piotra Kry­siaka. Jest ona reporterskim opisem skandalu pedofil­skiego na Dominikanie, którego głównymi antyboha­terami byli polscy duchowni – ks. Wojciech G. (padre Alberto) ze Zgromadzenia Świętego Michała Anioła i nuncjusz apostolski abp Józef Wesołowski (temu ostatniemu poświęcono jednak niewiele miejsca). Autor, jedyny dziennikarz, któremu zaufał padre Alberto, gdy już pojawiły się wobec niego zarzuty, odpo­wiedzialnie i rzeczowo mierzy się z trudnym tematem. Dostrzega choćby instytucjonalną odpowiedzialność Kościoła, ale nie ma w tym ani cienia antyklerykalnych uogólnień. To nie jest paszkwil na katolicyzm, lecz pisany stonowanym językiem opis konkretnego skan­dalu pedofilskiego. To również próba zrozumienia tego, co się stało – choć zło i w tym przypadku wydaje się umykać pełnemu pojmowaniu.

Walorem książki jest to, że przedstawia realia ubogich rejonów Dominikany, co zmusza do pytania o miejsce i rolę Kościoła w postkolonialnych rejonach świata oraz wynikające stąd możliwości nadużyć ze strony pojedynczych duchownych i całych katolickich instytucji. Reportaż Krysiaka znakomicie pokazuje dwuznaczność funkcjonowania katolickich struktur w post- i neokolonialnych społeczeństwach. Z jednej strony Kościół wzmacnia kapitał kulturowy i społeczny w rejonach dotkniętych skrajnym ubóstwem, pełnych przemocy struktur polityczno-społeczno-gospodar­czych, wnosi w ich życie realne dobro. Z drugiej zaś strony zdemoralizowani duchowni czują się w takich miejscach jak uboga dominikańska górska wieś Jun­calito niczym ryba w wodzie: mają tam swój fałszywy raj, który jest piekłem ich ofiar. Bo przecież – dobrze to rozumieli teologowie wyzwolenia – instytucje kościelne, ludzie Kościoła uwikłani w sprawy tego świata, wewnętrznie moralnie spustoszeni łatwo mogą stać się jeszcze jednym elementem struktur grzechu względem biednych i słabych społeczności. Jest coś przygnębiają­cego w fakcie, że debata o uwikłaniu Kościoła w kolonializm przychodzi do Polski taką drogą. I raczej nie zostanie prędko podjęta na szerszą skalę.

A jednak Wyspa ślepców pozostawia spory nie­dosyt. Przystępując do lektury, miałem nadzieję, że przyjrzę się dzięki niej bliżej mechanizmom powol­nego wrastania zła w struktury Kościoła, przemilczania równoznacznego z przyzwoleniem. Liczyłem na to, że autor zajrzy pod podszewkę społecznych, kulturowych, politycznych relacji, które sprawiają, że ludzie pokroju abp. Józefa Wesołowskiego czy ks. Wojciecha G. mogli latami / dekadami czuć się bezkarni. Tym bardziej że do przeczytania Wyspy ślepców zachęcają zdecydo­wanie brzmiące słowa na obwolucie – zapewnienie, że autor „cały czas szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego nikt nie słuchał i nie ochronił dzieci, choć pomoc ofiarom wymagała jedynie dobrej woli”. Otóż, jak się wydaje, znaczna część książki to raczej opowieść o samej pracy dziennikarza / reportera – czyli mija się ze składaną czytelniczkom i czytelnikom obietnicą. Momentami narracja jest przegadana. Całe stronice opowiadają nie tyle o aferze pedofilskiej w Kościele, ile o tym, jak wygląda praca dziennikarzy i redakcji opi­sujących to zjawisko. Tego typu strategia uczynienia reportażu obszerniejszym dotyczy również opisu tła. Gdy w dwóch różnych miejscach lektury czytam niemal identyczne opisy, że presidente to ulubione piwo miesz­kańców Dominikany, to zastanawiam się, czy zabrakło solidniejszej redakcji czy materiału do rozbudowy opowieści.

 

Znaczące braki

Chyba nie do końca przemyślany, niezbyt czytelny, a wręcz krzywdzący dla społeczności Dominikany jest sam tytuł. Wyspiarze nazwani zostają ślepcami. A prze­cież Krysiak pokazuje, jak długo ślepy na zło, na róż­norakie występki kapłanów był sam Kościół. To ludzie Kościoła nie widzieli albo udawali, że nie widzą urą­gającego zwykłej ludzkiej przyzwoitości stylu życia wysokiego urzędnika Watykanu, czyli abp. Wesołow­skiego. To przełożeni i współbracia ks. Wojciecha G. nie widzieli lub udawali, że nie widzą, iż w jego życiu dzieją się rzeczy bardzo złe, że nie tylko jego kapłańska posługa uległa monstrualnej deformacji, ale że nie radzi on sobie z własnym człowieczeństwem. I czerpie z tego przyjemność. Z lektury książki wynika przecież jasno, że instytucje publiczne na Dominikanie zareagowały na problem bardzo szybko, gdy zostały im prze­ kazane informacje o molestowaniu dzieci. Ofiary pedo­fila nie tylko zostały przesłuchane, uzyskały również pomoc psycholożek i psychologów.

Oczywiście można postawić mocną tezę, że ślep­cami byli mieszkańcy Juncalito, skoro przez sześć lat nie zauważyli, że proboszcz ich parafii molestuje dzieci. Ale sprawa nie jest tak oczywista – Krysiak wprost pokazuje, jak znaczne zaufanie zdobył ks. Wojciech G. w powierzonej mu wspólnocie parafialnej. W dużym stopniu dlatego, że był niezłym organizatorem, że – dziś wiemy, jak straszliwą ceną było to okupione – chciał pokazać swoim parafianom szeroki świat. To znamienne: Wojciech G., korzystając z osobistych i instytucjonalnych możliwości, jakie daje w Polsce „bycie księdzem”, mógł np. przekonać TOPR-owców i krakowskich strażaków, by podjęli się szkolenia grupy górskich ratowników z Juncalito. Biały człowiek, przed­stawiciel instytucji, która trzyma rząd dusz na znacz­nych połaciach świata, szafarz sakramentów – zdecy­dowanie tak duża władza czyniła padre Alberto przez lata właściwie bezkarnym.

Inna rzecz, że obraz ks. G. w parafii nie był aż tak nieskazitelny – wielu mieszkańcom wsi przeszkadzał jego styl bycia, nieledwie ostentacyjne nadużywanie alkoholu. Ponoć popijał whisky nawet w trakcie odpra­wiania Eucharystii, a zwyczajową przyczyną solidnie zakrapianych imprez były wizyty świeckich i duchow­nych gości z Polski. Uwielbiał się także nosić z bronią palną. Później okazało się, że pistolet służył mu nie­kiedy do zastraszania nieletnich ofiar. Ale nie zawsze potrzebował broni, metody zastraszania były naprawdę przeróżne: jednej ze swoich ofiar ksiądz G. „powiedział, że jeśli kiedykolwiek puści parę z ust, rzuci klątwę na jego rodzinę i wszyscy po kolei umrą”.

 

Kto nie widzi?

Wróćmy do tego, czy mieszkańców / mieszkanki dominikańskiej wioski można uznać za ślepców. W maju 2013 r. Celenia Familia, nauczycielka przyrody, na spotkaniu grupy parafialnej Jedność, Siła i Bezpie­czeństwo opowiedziała historię Carla, jednego z molestowanych przez proboszcza chłopców. Kilkunastooso­bowa grupa w ciągu kilku dni intensywnych dyskusji podjęła decyzję, że sprawę należy zgłosić do prokuratury w Santiago. Rzecz nie była prosta, tak skandaliczne infor­macje, które na długo zburzyły spokój lokalnej wspól­noty, musiały wzbudzić kontrowersje: dlatego wcześniej zdecydowano się porozmawiać zarówno z Carlem, jak i z innymi ministrantami: „choć wszyscy byli w szoku, dzieci jedno po drugim przyznawały, że padre Alberto robił im obrzydliwe rzeczy”. Ks. Wojciech G. przebywał wówczas w Polsce i nigdy już na Dominikanę nie wrócił. Widać wyraźnie, że zachowanie grupy parafialnej – jak wynika z reportażowej rekonstrukcji wydarzeń – było szybkie i odpowiedzialne.

Powyższe uwagi nie mają na celu deprecjacji książki Krysiaka. Jest ona bardzo potrzebna i świetnie, że się ukazała. Kłopot tkwi w czym innym: sądzę, że sama struktura i treść Wyspy ślepców (poza niezbyt szczęśliwym tytułem) wskazują, z jak olbrzymim pro­blemem mamy do czynienia. Warto sobie uzmysłowić znacznie szerszą kwestię: czytelnik / czytelniczka reportażu nie zawsze zdaje sobie sprawę, jak trudna to dyscyplina dziennikarstwa. Reportażyści i reportażystki, jeśli nie są hochsztaplerami, jeśli chcą uniknąć karygod­nego pójścia na łatwiznę i zmyśleń, muszą naprawdę mocno się napracować, żeby zdobyć solidny materiał reportażowy. Książka, ostateczny efekt ich pracy, to zaledwie czubek góry lodowej. Przyjmijmy za pewnik umiejętności warsztatowe i talent. Ale poza tym na reportaż trzeba czasu i pieniędzy. I jeszcze raz: czasu i pieniędzy. Widać to także na kartach Wyspy ślepców, kwestia funduszy pojawia się tam i w przypadku dziennikarskich wypraw i śledztw, i w przypadku… postępo­wania sądowego oraz działań instytucji publicznych, zarówno w Polsce, jak i na Dominikanie.

Na tym nie koniec. Katolicyzm ze swoimi żyją­cymi własnym życiem instytucjami tworzy mnóstwo stref zamkniętych dla postronnych. Plebanie i pałace biskupie, zgromadzenia żeńskie i męskie są niedo­stępne dla osób obcych. Głęboka hierarchiczność katolicyzmu jest dobrze widoczna w tym względzie. Z jednej strony wytyczenie granic, oddzielenie strefy sacrum i profanum jest czymś najbardziej oczywistym (temu służą klauzura i furty zakonne), głęboko wiąże się nie tylko z instytucjonalnym, ale wprost duchowym wymiarem także tej religii. Od ojców pustyni, przez średniowieczne reguły monastyczne, po głęboką ciszę domów rekolekcyjnych odosobnienie sprzyja świę­tości. Ale możliwa jest również sytuacja odwrotna, gdy zamknięta przestrzeń katolickich instytucji służy złym sprawom – ułatwia zmowę milczenia, chroni złoczyńców, tworzy fałszywą solidarność w obrębie wspólnot, w jakich doszło do zgorszenia, zapewnia (nie)święty spokój i bezkarność tym, którzy za swoje występki powinni odpowiedzieć przed społeczeństwem.

*

Dobrze widać w Wyspie ślepców, że Krysiak zatrzymał się przed wieloma drzwiami i murami kato­lickich instytucji. Albo udzielono mu dość zdawkowych odpowiedzi, albo odmówiono jakichkolwiek sensow­nych informacji. Przynajmniej tak wynika z reportażu. To chyba najbardziej wymowne, a przecież nieliczne fragmenty tej książki, gdy autor stara się rozmawiać z urzędnikami kościelnymi. Znamienny cytat: „księża ze Zgromadzenia Świętego Michała Anioła powiedzieli mi, że nic im nie wiadomo, by Wojciech G. nie wypłacił poszkodowanym zadośćuczynienia. Po pytaniu, czy zrobią to za niego, zapadła cisza”. Równie mało poznawczo satysfakcjonująca jest relacja z rozmowy z byłym kierownikiem prowadzonego niegdyś przez michalitów Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowaw­czego pod Warszawą ks. Dariuszem K. W ośrodku tym, na kartach Wyspy ślepców przedstawionym w wyjąt­kowo złym świetle, na początku XXI w. jako młody duchowny pracował Wojciech G. Krótki fragment tele­fonicznej rozmowy między Krysiakiem a Dariuszem K. oddaje atmosferę tego miejsca. Reportażysta: „jeden z byłych wychowanków opowiedział mi, że ksiądz pobił go w internacie. Uderzał go ksiądz w głowę pękiem metalowych kluczy. Tę informację potwierdziła też jego matka”. Duchowny: „Proszę dzwonić do zgro­madzenia. Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia”.

W dyskusji o społecznym złu, które jest udziałem Kościoła, trzeba mądrości i spokoju. Część wiernych i duchownych obawia się tego tematu nie ze złej woli, ale dlatego że traktuje Kościół jako oblężoną twierdzę. Ma to również swoje popeerelowskie uzasadnienia. Podziały ideowo-społeczne, także te, które dotyczą środowisk katolickich, też nie ułatwiają sprawy: nie­rzadko odmierzamy dobro i zło inną miarą dla swoich i obcych. Wyspa ślepców, niezależnie od swoich ograni­czeń, wyzwala najprostszy odruch współczucia wobec ofiar księży pedofili. Jeśli Kościół w Polsce dziś przeoczy ten głos, prędzej czy później zapłaci za to naprawdę słoną cenę.

_

Piotr Krysiak

Wyspa ślepców

Wydawnictwo Deadline, Warszawa 2017, s. 256

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata