70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rozmowy w szkole o seksualności (nie)kontrolowane?

Podsumowanie ankiety Jak uczyć o seksualności? mogłoby się ograniczyć do jednego wniosku: nie ma w tej sprawie kompromisu. Warto zastanowić się jednak, jakie można wyróżnić stanowiska, jakie są między nimi podobieństwa i różnice. I wreszcie, odpowiedzieć na pytanie: dlaczego brak konsensu?

Jaka nazwa przedmiotu?

Spór o lekcje z wiedzy o seksualności dla niektórych sprowadza się do samej nazwy. Nie ma dla nich znaczenia, czy w szkolnym dzienniku zapiszemy edukacja seksualna czy wychowanie do życia w rodzinie. Ważne, by ten przedmiot w szkole w ogóle był. Podobnego zdania jest Marek Babik, który zauważa, że nawet w literaturze przedmiotu stosuje się te określenia zamiennie. Za ich kategorycznym rozróżnieniem jest Szymon Grzelak. I jako że użyliśmy w naszej ankiecie pierwszego terminu, dla autora jest jasne, że opowiadamy się po jednej ze stron, przemycając w ten sposób ukrytą w pytaniu tezę. Termin ten nie jest, jak pisze Grzelak, obojętny. Czy nazwa przedmiotu determinuje zatem jego tematykę i czy któraś z dwóch kategorii jest neutralna?

Wypada zgodzić się z Szymonem Grzelakiem, że język, jak dawno temu zauważyli Edward Sapir i Benjamin L. Whorf, oddziałuje na nasze myślenie. Dwie wymienione nazwy odwołują się do różnych pól znaczeniowych. Edukacja seksualna z jednej strony kojarzy nam się z wiedzą przekazywaną w szkołach, która z założenia powinna być obiektywna, rzetelna i bezpieczna. Z drugiej strony, zastosowany tu przymiotnik może kierować myśli ku ars amandi, wypaczając w ten sposób cele i złożoną tematykę nauczania. Z wychowaniem do życia w rodzinie mamy inny problem. Nazwa budzi skojarzenie z długim procesem socjalizacji, podczas którego dzieci dowiadują się tego, co jest dobre, a co złe, co jest uważane za normalne, a co takie nie jest. Tradycyjnie, to rodzice zajmują się wychowaniem i robią to tak, jak sami uważają za słuszne. Ponadto jest to sfera intymności, do której mają dostęp tylko najbliżsi (o ile nikomu w domu nie dzieje się krzywda). Przeniesienie zatem wychowania na grunt szkolny u wielu budzi opór. Drugi człon – do życia w rodzinie – choć pozwala uniknąć jednoznacznych skojarzeń z przymiotnikiem występującym w pierwszej nazwie, jest równocześnie wykluczający – nie obejmuje tych, którzy rodziny nie posiadają i nie planują jej założyć. Marek Babik pisze w swojej ankiecie: „Każdy z nas jest seksualny, ale nie każdy musi żyć w rodzinie”.

Oba określenia nie są zatem wolne od ukrytych znaczeń. Babik używa w swojej ankiecie wyrażenia „wychowanie seksualne”, które znajduje się pośrodku dwóch spornych stanowisk.

Jest czy go nie ma?

Czytając ankiety, można dostrzec prawidłowość – posługiwanie się określoną kategorią wychowanie do życia w rodzinie lub edukacja seksualna warunkuje odpowiedź na pytanie, czy wiedza o seksualności jest dziś w szkole przekazywana. Obecnie w systemie szkolnictwa przedmiot nazywa się „wychowanie do życia w rodzinie”. Według Marka Grzelaka ma on „mądrą i szeroką podstawę programową, która obejmuje całościowo zagadnienia miłości i seksualności”. Nie zgadzają się z tym zwolennicy drugiej nazwy, którzy mówią raczej o brakach w nauczaniu tego przedmiotu niż o wyczerpaniu jego tematyki. Paulina Wawrzyńczak z Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton” sugeruje nawet, że podręczniki nie są oparte na naukowej wiedzy i są nieaktualne. Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy takiego tytułowania zajęć są zgodni w jednym – wiedza o seksualności powinna znaleźć się na szkolnym świadectwie i być poważniej traktowana, niż ma to teraz miejsce.

Podobne podejścia?

Ankiety pokazały również, jak mało uczestnicy dyskusji wiedzą zarówno o sobie nawzajem, jak i o innych wizjach przedmiotu niż ich własna. Szymon Grzelak i Hanna Malska patrzą na edukację seksualną w opozycji do wychowania do życia w rodzinie i widzą w niej promocję antykoncepcji, aborcji na żądanie i rozwiązłości. Grzelak pisze o liberalnej obyczajowo edukacji, gdzie: „bliskość seksualna nie musi być związana ani z małżeństwem, ani z trwałością związku, zaś odpowiedzialność nastolatków za własną seksualność oznacza w większym stopniu stosowanie antykoncepcji oraz aborcji (…) niż wstrzemięźliwość seksualną i wierność”. Spojrzenie to może mieć związek z tym, że niektóre organizacje obok postulatu wprowadzenia do szkół tego przedmiotu, dodają te dotyczące zwiększenia dostępności środków antykoncepcyjnych i liberalizacji prawa do przerywania ciąży. Tak było np. w przypadku inicjatywy „Tak dla kobiet. Masz prawo do decyzji!” (miała ona na celu wprowadzenie pod obrady sejmu ustawy o świadomym rodzicielstwie i innych prawach reprodukcyjnych). Trudno jednak przypuszczać, że intencją osób popierających takie zajęcia w szkole – czyli w jednej z podstawowych instytucji legitymizujących porządek nie tylko symboliczny, ale również prawny – była możliwość agitowania do zmiany prawa w Polsce. Te lekcje są okazją, żeby o prawie do aborcji czy antykoncepcji porozmawiać w kontekście istniejących uregulowań prawnych. Jest też wiele środowisk, organizacji, czy osób fizycznych, które skupiają swoje wysiłki głównie na upowszechnieniu tej wiedzy w szkołach (np. sygnatariusze Porozumienia na rzecz upowszechniania edukacji seksualnej dzieci i młodzieży w polskiej szkole z lipca 2009 r.). Napotykamy też trudności w zdefiniowaniu samego słowa „promocja” – czy będziemy nazywać tak podjęcie tematów o aborcji, środkach antykoncepcyjnych i homoseksualizmie czy może uwzględnimy częstotliwość, z jaką wymienia się te słowa podczas zajęć, towarzyszące im przymiotniki, przykłady.

Gdy czytamy ankiety zwolenniczek edukacji seksualnej, jedynie Katarzyna Stamatel z Fundacji „Po prostu” wyraźnie zaznacza, że jednym z tematów podejmowanych na tego typu zajęciach powinna być antykoncepcja. Autorka wymienia ją w jednym szeregu z innymi i zaznacza, że nie można ich oddzielać od kontekstu relacji międzyludzkich. Agnieszka Pawłowska z Kid Protect uważa, że „głównym celem, kluczowym dla powodzenia procesu nauczania o seksualności, jest uświadomienie wyższości sfery uczuciowej, emocjonalnej nad sferą cielesną” i że „fundamentem wiedzy o seksualności jest nauczanie szacunku do siebie i innych osób, do własnego i czyjegoś ciała oraz odpowiedzialności i umiejętności przewidywania konsekwencji podejmowanych zachowań seksualnych”. Podobnie – ale nie tak samo – definiują cele zwolennicy wychowania do życia w rodzinie. Szymon Grzelak uważa, że przedmiot ten „pokazuje piękno miłości i seksualności oraz drogę rozwoju do budowania relacji i związków opartych na szacunku i wieloaspektowej więzi (emocjonalnej, intelektualnej, duchowej i fizycznej)”. Hanna Malska zaznacza, że misją nauczyciela jest ukazanie dzieciom i młodym ludziom „świata wartości opartego na godności ludzkiej, na szacunku dla drugiej osoby, miłości i odpowiedzialności”. Na tym jednak podobieństwa się kończą.

Najważniejsze różnice

Paulina Wawrzyńczyk z „Pontonu” nie zastanawia się nad tym, ile emocjonalności w stosunku do fizyczności powinno się znaleźć w nauczaniu przedmiotu i akcent kładzie gdzie indziej. To co najważniejsze dla uczniów, to przede wszystkim „zdobywanie wiedzy umożliwiającej dokonywanie samodzielnych wyborów, co sprzyja zwiększaniu poczucia odpowiedzialności za własne życie (…)”. Mocno zarysowuje w ten sposób perspektywę indywidualną – to młodzi ludzie dzięki otrzymanym informacjom, powinni móc podejmować samodzielnie decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Autorka, w przeciwieństwie do Agnieszki Pawłowskiej z Kid Protect, nie wspomina nic o rodzicach, co rodzi pytanie, na ile dzieci i niepełnoletni mogą być niezależni od ich opiekunów. Ankieta Wawrzyńczyk jest też jedynym głosem w sprawie przeciwdziałania stereotypom dotyczącym płci czy orientacji seksualnej oraz przemocy wobec kobiet i dziewcząt.

Zasadniczą różnicą jest to, czy rozmawiamy o miłości fizycznej w małżeństwie, czy poza nim. Dla Szymona Grzelaka oczywiste jest, że „liczne tematy z zakresu fizjologii rozrodczej, psychologii rozwojowej i seksuologii – rozłożone na wieloletni proces edukacyjny – wpisane są w kontekst małżeństwa (rozumianego jako związek kobiety i mężczyzny) i rodziny”. Poza małżeństwem, jak zauważa Hanna Malska, młodzi ludzie potrzebują „wychowania do czystości”. Jest to czarno-biały obraz z dwoma skrajnościami – z jednej strony stosunek płciowy, a z drugiej, wstrzemięźliwość. Marek Babik nie pisze o małżeństwie, ale jest przekonany, że człowiek nie może przeżywać swojej seksualności w pełni – bez miłości i że najistotniejsze „jest jednak odkrycie i uwierzenie w to, że sferę seksualną można optymalnie wykorzystać tylko w miłosnej relacji do osoby płci przeciwnej”. Rodzice, według Szymona Grzelaka, od szkoły oczekują dokładnie takiego tradycyjnego podejścia. Musi ona respektować ich system wartości.

Autorki, reprezentujące organizacje pozarządowe, nie zawężają w swoich wypowiedziach sfery seksualności do małżeństwa i piszą o związkach. Poza Katarzyną Stamatel, nie wspominają o miłości. Wśród celów edukacji nie wymieniają propagowania abstynencji w kontaktach intymnych, chociaż Agnieszka Pawłowska z Kid Protect pisze o zapobieganiu „przedwczesnej inicjacji seksualnej”, nie wyjaśnia jednak, co ma dokładnie na myśli. Zaznaczają, że w tak istotnym przedsięwzięciu edukacyjnym powinni brać udział rodzice. Skierowane do nich warsztaty i wykłady mogłyby pomóc im w trudnym zadaniu, jakim jest rozmawianie z dziećmi o seksualności. Dopuszczają sytuację, w której opiekunowie mogą czuć się zagubieni. Rzeczywistość bardzo się zmieniła, od czasu kiedy oni sami dorastali.

Jakiej chcemy edukacji?

Pisząc o różnicach w podejściu do przedmiotu, należałoby zacząć od pytań, kim są ich odbiorcy – uczniowie i ich rodzice – i jakimi wartościami się kierują? Wiąże się to z szerszym pytaniem o to, jaki porządek symboliczny ma reprodukować edukacja w Polsce – dominujący czy uwzględniający wzrastającą różnorodność grup społecznych? W drugim przypadku stoimy przed kolejnym pytaniem: jak uczyć, uwzględniwszy różnice światopoglądowe uczniów w jednej klasie? Wracając do przedstawionych w ankietach wizji informowania o seksualności w szkołach – żadna nie próbuje zmierzyć się z tą kwestią. Zwolennicy wychowania do życia w rodzinie, którzy odpowiedzieli na nasze pytania, zwracają się ze swoim programem do rodzin katolickich. Czy dziś w Polsce można zakładać, że w szkolnej klasie wszyscy będą wierzący, a ponadto – jednego wyznania? Z drugiej strony autorki piszące o edukacji seksualnej nie wskazały, w jaki sposób proponowane przez nie rozwiązania, nie będą wykluczały dzieci wychowywanych podług tradycyjnych wartości. Czy słuszne jest założenie, że wszyscy powinniśmy być tacy sami?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata