Piotr Kosiewski wrzesień 2020

O Internecie, czyli o Polsce

Wydanie książki Szymona Rogińskiego Internety zbiegło się z 30-leciem przemian zapoczątkowanych w 1989 r. Być może to zbieg okoliczności, ale ta fotograficzna publikacja mówi wiele o Polsce. Pokazuje też problemy z opowiadaniem o rzeczywistości, w której przyszło nam żyć.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

Piotr Kosiewski

Inny obraz sztuki

Szymon Rogiński jest dziś jednym z najciekawszych polskich fotografów. Ma bardzo różnorodne doświadczenia: zajmował się fotografią modową, pracował w Dziale Fotografii Muzeum Narodowego w Gdańsku oraz studiu fotograficznym „Gazety Wyborczej”. Jednak przede wszystkim jest uznawany – obok Mikołaja Grospierre’a, Zuzanny Krajewskiej, Rafała Milacha i Wojciecha Wilczyka – za jednego z najważniejszych przedstawicieli nurtu „nowych dokumentalistów”, zaprezentowanych przed laty na głośniej wystawie Nowi dokumentaliści przygotowanej przez Adama Mazura w Zamku Ujazdowskim. Tym jednym mianem określono wtedy bardzo odmiennych artystów, których jednak, jak podkreślał współpracujący przy powstaniu tej ekspozycji Marek Grygiel, łączy „nowe widzenie”, czyli „dostrzeganie i uwznioślenie tego wszystkiego, co będąc marginesem codziennego życia, staje się w ich interpretacji głównym punktem odniesienia naszej egzystencji”.

Termin „nowi dokumentaliści” nawiązywał do nurtu dokumentalnego polskiej tradycji powojennej fotografii. Do twórczości autorów skupionych w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia wokół takich pism sjak „Polska” czy „Świat”. Jednak Rogiński sięgnął też do znacznie starszej tradycji: do „fotografii ojczystej” Jana Bułhaka, czyli do idei opowiadania o Polsce za pomocą zdjęć, jej dokumentowania, ale też kreowania wyobrażenia o własnym kraju. Wreszcie do zapoczątkowanej przez Bułhaka w okresie międzywojennym, a kontynuowanej przez kolejne pokolenia tradycji publikowania książek fotograficznych starannie edytowanych i pokazujących polski krajobraz w jego bardzo różnych odsłonach.

W przypadku Rogińskiego istnieje jeszcze jedno źródło inspiracji: amerykańska fotografia, ale też szerzej: tamtejsza sztuka (nieprzypadkowo doszukiwano się m.in. podobieństw między pracami polskiego artysty a obrazami Edwarda Hoppera). Rogiński wielokrotnie mówił o swej fascynacji Ameryką. Jednak, jak podkreś lał w rozmowie z Marcinem Grabowieckim opublikowanej na łamach „Digital Camera Polska”, musiał się „zderzyć z faktem, że Ameryka miała i ma wielu genialnych fotografów, którzy już od ponad stu lat skutecznie i wspaniale uwieczniają ten kraj. Obrazy z filmów amerykańskich uzupełniają resztę”. I dodawał: „Wszystko, cokolwiek się tam sfotografuje, jest w pewnym sensie wtórne. Jadąc przez Stany, non stop miałem wrażenie napotykania rzeczy, które znam. (…) Po powrocie zrozumiałem, że wokół mnie jest świetny kraj, którego widoki są na świecie nieznane”.

Polska prowincjonalna

W 2003 r. zaczął powstawać cykl Polska. Rogiński fotografował nocą. Z jego zdjęć wyłania się, jak pisał Adam Mazur, kraj „mroczny, niepokojący, czasem groteskowy. Niektóre kadry przypominają klatki z filmów grozy, thrillerów, ale także nawiązują do halucynacyjnej estetyki gier komputerowych”. Równolegle zaczyna powstawać drugi cykl Jasność, do którego zdjęcia są robione o świcie, w porze przejścia między nocą a dniem.

Fotograf nieustannie szuka ujęć, które są pomiędzy. Które ujawniają to, co nie jest dostrzegane. To, co tajemnicze i groźne. W najgłośniejszej jak dotąd serii UFO z 2007 r. Rogiński fotografował miejsca, które były łączone z pozaziemskimi przybyszami, miejsca odludne, naznaczone obecnością Obcych. Niby zwykłe krajobrazy: drogi, pola, leśne ostępy. A jednak kadrowanie czy sposób oświetlenia sprawiają, że wydają się niepokojące, skrywające tajemnice.

Niesamowitość, wydobywanie tajemniczości z najbardziej banalnych widoków – wszystko to stało się niemalże znakiem rozpoznawczym fotografii Rogińskiego, niezależnie od tego, czy fotografował Warszawę, czy dalekowschodnią metropolię. Jednak wśród wszystkich jego zdjęć te zamieszczone w książce Internety wydają się najmniej tajemnicze, a nawet zwyczajne. „Mogą być podziwiane i lubiane przez każdą i każdego: hipstera z planu Zbawiciela w Warszawie, nauczycielkę spod Radomia i przedstawiciela śląskiej klasy robotniczej” – podkreśla Monika Kostera w tekście zamieszczonym obok fotografii.

Ponownie oglądamy Polskę nocą. Zdjęcia przedstawiają zaułki miast, zwykłe targowiska, małe sklepiki umieszczone w odrapanych pawilonach, budach z blachy falistej czy starych kamienicach. Na tych fotografiach są zarówno XIX­wieczna zabudowa, typowe budynki z czasów PRL­u, jak i postmodernistyczna architektura doby polskiej transformacji. Wszystkie ujęcia łączy przedstawianie bezludnych, jakby wypranych z życia krajobrazów. Powracają też szyldy czy reklamy związane z Internetem, niektóre wyszukane, inne wręcz banalne: „Telefony komórkowe. Skup­sprzedaż. Sim­lock”, „COMP DATA”, „Komputery”, „Centrum komputerowe Alister”, „Serwis komputerowy DARTEK.PL”. Uderza zwyczajność, ale też nieatrakcyjność tych zdjęć.

Sfotografowane przez Rogińskiego miejsca wydają się anonimowe. Jakby zostały wykonane „gdzieś w Polsce”. Czasami tylko napis na szyldzie ujawnia nazwę miejscowości. Można sądzić, że z wszystkich zdjęć układa się portret Polski prowincjonalnej, małomiasteczkowej czy wiejskiej. Czy tak jest rzeczywiście? Ostatnia z fotografii przedstawia pawilon Cepelii w samym centrum Warszawy, przy skrzyżowaniu ul. Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich. Powstały według projektu Zygmunta Stępińskiego i uznawany za jedno z czołowych dzieł późnego modernizmu. W III RP pomalowano go na pomarańczowo, oszpecono przybudówkami, oblepiono reklamami, a na dachu zamieszczono elektroniczny wyświetlacz kursów walut oraz słynny licznik długu wymyślony przez Leszka Balcerowicza. Po wszystkich przekształceniach stał się najbardziej karykaturalnym symbolem przemian po 1989 r.

Zdjęcie pawilonu Cepelii zaburza przekonanie, że gdzieś daleko jest ta Polska przaśnych reklam, odrapanych, a czasami kiczowatych budynków. Ona jest równie blisko jak ta zmodernizowana, estetyczna, pyszniąca się swą nowoczesnością. „Sprzedaż usług internetowych czy komputerów nie wymaga reprezentacyjnych miejsc – podkreśla Rogiński. – Większość sfotografowanych przeze mnie obiektów mieści się w kategorii tzw. architektury cienia: to budki, baraki, stare budynki”.

Internetach udało się Rogińskiemu uniknąć fascynacji malowniczością nijakości czy brzydoty. Dostrzegania w ruderach ukrytego piękna – a to częsta pokusa, czego przykładem jest wstęp do tej publikacji autorstwa wybitnego architekta Bolesława Stelmacha, zatytułowany właśnie Piękno brzydoty.

Spacer po Internecie

Fotograf zastawił jednak więcej pułapek. Jedną z nich jest projekt graficzny książki przygotowany przez Noviki Post Studio. Czytelnik ma mieć poczucie, jakby chodził po sieci: karty publikacji przypominają kolejne odsłony internetowych stron. Są też komentarze. Przy niektórych zdjęciach podano nawet propozycje tagów, którymi należy opatrzyć poszczególne fotografie (i to od ich odpowiedniego użycia, a nie samej fotografii zależy jej popularność). Zamieszczono nawet komunikaty pojawiające się w sieci: „To zdjęcie nie jest dostępne w Twoim kraju” czy: „Wszystkie niezapisane zdjęcia zostaną utracone”. Cyfrowy świat został w Internetach przepisany na analogowy. Tę zmianę zaakcentowano również samym sposobem wydania tomu: grubością użytego papieru czy twardą oprawą obleczoną płótnem.

Fizyczny, namacalny wymiar Internetów jest znaczący w świecie, w którym większość zdjęć pozostaje jedynie w wersji cyfrowych obrazów. To jeszcze dobitniej podkreśla złożone relacje między światem realnym a wirtualnym, wymóg nieustannego poruszania się w obu przestrzeniach. Owa hybrydowość naszego istnienia przyjmuje zresztą bardzo różne postaci, o czym pisze Edwin Bendyk w tekście towarzyszącym zdjęciom. Wskazuje on m.in. na wymiar społeczny i polityczny sieci: jej znaczenie dla samoorganizacji, budowania poparcia, mobilizacji, organizacji manifestacji. To właśnie sieć pozwalała np. współuczestniczyć tysiącom Ukraińców i Ukrainek w wydarzeniach na kijowskim Majdanie w 2014 r.

Czas pandemii jeszcze bardziej uwypuklił egalitarny wymiar sieci. W przymusowej izolacji to jej istnienie umożliwiło wielu osobom dalszą pracę, ale też stawało się, znacznie częściej niż dotychczas, narzędziem budowania relacji, także międzypokoleniowych. Izolacja pokazała również niesamowitą zdolność do przejmowania czy wykorzystywania rozmaitych narzędzi, jakie daje Internet, czego przykładem może być chociażby nagła popularność w Polsce mobilnej aplikacji internetowej TikTok, do niedawna używanej przede wszystkim przez nastolatków. To istotny kontekst, jaki upływ czasu dodał książce Rogińskiego.

Doświadczenie wiosennych miesięcy 2020 r. jeszcze wyraźniej wydobyło też problematyczność tytułu publikacji. „The Internets [spolszczone na potrzeby publikacji jako Internety – przyp. P.K.] to popularne, żartobliwe określenie używane, by zasugerować, że dana osoba nie umie korzystać z Internetu, nie zna nowych technologii bądź ma do nich zaściankowe podejście”. Ta definicja – zaczerpnięta z angielskiej wersji Wikipedii – znalazła się na okładce książki Rogińskiego, w znacznej mierze determinując odbiór publikacji, budując dystans między odbiorcą a światem w niej przedstawionym.

Czy jednak w użyciu tego słowa nie kryje się ironiczny podtekst? Przecież sfotografowane miejsca przyczyniły się do upowszechnienia Internetu, oswojenia się z nim. Na jednym ze zdjęć siedziba naprawy komputerów Sellkom sąsiaduje z delikatesami rybnymi „Gadus. Fishing & Processing” i reklamą TAXI ECHO, na innym punkt komputerowy PC Power ulokował się tuż obok kebab baru Abdallah. Fotografie Rogińskiego uderzają w mainstreamowe wyobrażenia o tym, jakie podejście do Internetu jest pożądane. Wymuszają, jak zauważył sam autor, dostrzeżenie rozbieżności między wirtualnymi obrazami a rzeczywistością.

Czytaj także

Inny obraz sztuki

Szymon Rogiński

Internety

Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, Warszawa 2019, s. 64

Kup numer