fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl
Piotr Kosiewski marzec 2022

Malarz i Białorusin

Zbiór rozmów Małgorzaty Czyńskiej z Leonem Tarasewiczem to rzadka okazja bezpośredniego spotkania z jednym z najciekawszych współczesnych malarzy, ale też poznania życia białoruskiej mniejszości w Polsce w ostatnich dekadach PRL-u i w III RP.

Artykuł z numeru

Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei

Czytaj także

Piotr Kosiewski

Opowiedzieć o sztuce

Wydawnictwa coraz częściej publikują wywiady rzeki, w których czytelnicy poznają biografie kolejnych osób: od aktorów i celebrytów po polityków i ludzi biznesu. Rzadko jednak ich bohaterami stają się reprezentanci sztuk wizualnych. Nie opuszczam rąk to – obok opublikowanych także przez Wydawnictwo Czarne w 2017 r. rozmów Jakuba Banasiaka z Wilhelmem Sasnalem – jeden z nielicznych wyjątków.

W książce znalazło się kilkanaście rozmów przeprowadzonych przez Małgorzatę Czyńską w latach 2017–2020. Leon Tarasewicz opowiada o swej edukacji artystycznej, malarstwie, wystawach, a także o rodzinie. Mówi o Podlasiu, kulturze i obyczajowości jego mieszkańców oraz o ogrodnictwie i hodowli kur ozdobnych. Ostatnia z tych pasji zaczęła w obiegu publicznym przysłaniać nawet obraz Tarasewicza jako malarza. Biografia przywraca właściwe proporcje w postrzeganiu artysty.

Nie są to jednak rozmowy artysty z krytykiem czy z historykiem sztuki, chociaż Małgorzata Czyńska także jest nim z  wykształcenia. Czytając kolejne wywiady, chciałoby się nawet, by więcej uwagi poświęciła wyborom artystycznym i twórczości Tarasewicza. Jednak ostatecznie rozmaite historie rodzinne czy anegdotki pozwalają lepiej zrozumieć jego malarstwo, ale też – co nie mniej ważne – poznać doświadczenie osób, które przynależą do narodowości białoruskiej zamieszkującej Polskę. Z tego przede wszystkim powodu Nie opuszczam rąk należy do książek obowiązkowych. Rozbija ona bowiem obraz naszego kraju jako monolitu narodowego i religijnego czy państwa szczególnie tolerancyjnego i otwartego.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Nie mam swojego państwa

Dzieciństwo i młodość Tarasewicza to Polska gomułkowska i gierkowska – urodził się w 1957 r. w Waliłach na Podlasiu. „Z językiem białoruskim wiązało się poczucie jakiegoś strachu i wstydu. Nie do pomyślenia było, żebyśmy na ulicy w Białymstoku mówili po naszemu. Ludzie się bali” – opowiada Czyńskiej. We wspomnieniach malarza powtarza się poczucie strachu, ale też demonstrowana przez większość wyższość wobec tego, co białoruskie czy „tamtejsze”. Jednocześnie kolejne rozmowy pokazują budowanie własnej tożsamości, które doprowadziło do tego, że Tarasewicz dziś mówi o sobie: „Jestem Białorusinem, mieszkam w Waliłach. Nie mam swojego państwa, bo Republika Białorusi nie jest przecież żadnym autonomicznym państwem, tylko rosyjską atrapą”.

W rozmowach malarz przypomina także proces tworzenia nowej białoruskiej inteligencji i odrodzenia narodowego w  ostatniej dekadzie PRL-u  i  po przełomie 1989 r. Opowiada m.in. o pisarzu Sokracie Janowiczu i historyku Jerzym Turonku oraz o zarejestrowanym w 1981 r. Białoruskim Zrzeszeniu Studentów (BAS) i piśmie „Sustreczy” (pol. Spotkania). Wszystko to sprawia, że Nie opuszczam rąk jest ważnym przyczynkiem do nadal niedostatecznie opisanej historii formowania współczesnej tożsamości polskich Białorusinów. Procesu, który – podobnie jak odradzanie się i wzmacnianie w tym czasie żydowskiej czy ukraińskiej mniejszości – powinien zostać włączony do ogólnopolskiej pamięci o ostatnim półwieczu.

Przede wszystkim jednak książka poświęcona jest Tarasewiczowi artyście. To zapewne trudny temat do rozmowy. Nieprzypadkowo już na wstępie Tarasewicz uprzedza: „Powiem ci, że najgorzej to próbować rozmawiać z malarzem o jego malarstwie”. Czyńska – szczęśliwie – o malowanie pyta. I z tych rozmów rysuje się obraz twórcy, który bardzo szybko dostrzega własną odrębność, nie tylko narodową czy religijną, ale też dotyczącą statusu społecznego. „Miejskie dzieciaki – wspomina początki swoich studiów na warszawskiej ASP – w sposób naturalny wiedziały i widziały więcej. Mnie tego nie dał ani dom, ani żadna szkoła podstawowa w Gródku czy Stacji Waliły, ani liceum w Supraślu”. Ta kwestia należy do jednej z najciekawszych w książce, bo o aspekcie różnic społecznych w przypadku artystów dko się mówi, jakby świadomość podziałów klasowych nadal w odniesieniu do historii czy krytyki sztuki była czymś co najmniej „niestosownym”.

Znaczenie koloru

Innym ważnym wątkiem są dokonywane przez Tarasewicza wybory artystyczne. Na studiach bierze udział w zajęciach prowadzonych przez Romana Owidzkiego. Trafia też do Tadeusza Dominika, którego pracownia była – jak sam podkreśla – przedłużeniem innej, ważnej przed dekady, a prowadzonej przez Jana Cybisa. Rozmowy pozwalają zrozumieć znaczenie kapizmu i koloryzmu w sztuce polskiej. Tarasewicz zaś okazuje się nieoczywistym kontynuatorem tej tradycji w jej najciekawszym wydaniu. Nieprzypadkowo od lat podkreśla znaczenie koloru. Malarz to nim „buduje swój przekaz”. Jak zapewnia, „tajemnica nie tkwi w kolorach, ale w tym, jak te kolory zestawisz na płaszczyźnie obok siebie”.

Kolor i jego funkcje to jeden z kluczy do zrozumienia twórczości Tarasewicza. Innym jest rola, jaką przywiązuje do natury, oraz osadzenie jego prac w otaczającej malarza rzeczywistości. W rozmowach wielokrotnie podkreśla znaczenie, jakie ma dla niego kulturowa pamięć miejsca urodzenia, wschodnia tożsamość tym ziem. To ta tożsamość sprawia, że jego malarstwo bywa często postrzegane jako dekoracyjne, choć tak naprawdę jest nasycone rozmaitymi treściami. Tarasewicz okazuje się jednym z tych twórców, o których pisał Jerzy Jarzębski w wydanej przed dwoma dekadami książce Apetyt na przemianę. Ich „przestrzenne usytuowanie” nie jest obojętne, wpływa bowiem na społeczną funkcję, jaką pełnią. Są tymi, którzy poszukują „swojego miejsca i »osiadłości« – zawsze jednak czyniącymi ze swego usytuowania w przestrzeni istotny problem”. Ważnym punktem odniesienia dla twórczości Tarasewicza są wreszcie inni artyści, z Jerzym Nowosielskim na czele. To właśnie Nowosielski, jak podkreśla malarz, był jedną z kilku osób, dzięki którym przetrwał, a także „dowodem na istnienie świata duchowego”.

Biografia artystyczna

Nie opuszczam rąk przypomina biografię artystyczną Tarasewicza. Malarz opowiada o swojej głośnej debiutanckiej wystawie w Galerii Foksal w  1984  r., która zwróciła uwagę artystów i krytyków. O kolejnych ekspozycjach w tej legendarnej warszawskiej galerii, ale też o współpracy z ważną dla niego Galerią Białą w Lublinie. O wystawach indywidualnych w Galerie Nordenhake w Sztokholmie i Galleria del Cavallino w Wenecji. Wreszcie o udziale w Aperto podczas weneckiego Biennale w  1988  r. Wszystkie te wystawy w ciągu zaledwie kilku lat uczyniły go powszechnie rozpoznawalnym twórcą. Tarasewicz obszernie mówi też o swych doświadczeniach jako wykładowcy. Zaczął uczyć w 1996 r. – Dominik i Owidzki namówili go, by został profesorem gościnnym na warszawskiej ASP. Po wielu przejściach – przypadek Tarasewicza dobrze pokazuje problemy obecnego systemu nauczania – na stałe trafił na Wydział Sztuki Mediów, gdzie z Pawłem Susidem, a następnie z Sebastianem Krokiem prowadzi Pracownię Przestrzeni Malarskiej, a jego uczniami są m.in. Wojciech Gilewicz, Sławomir Pawszak i Irmina Staś.

Ostatecznie jednak – mimo wielości poruszonych wątków – książka pozostawia pewien niedosyt. Za mało miejsca poświęcono w niej bowiem na omówienie późniejszego okresu twórczości. Być może lata 2000. to temat na kolejne rozmowy. Twórca jest stale obecny w obiegu artystycznym, choć był okres, w którym, jak to określił jeden z krytyków, stał się on „mniej fajny”. Spojrzenie Tarasewicza na zmiany mód, gustów odbiorców i krytyków pozwoliłoby na lepsze zrozumienie najnowszej historii naszego życia artystycznego i mechanizmów nim rządzących oraz poznanie jego wyborów twórczych. Przeanalizowanie zmian zachodzących w jego malarstwie, którego granice potrafił znacząco poszerzyć, wypełniając przestrzenie galeryjne korytarzami i rzędami kolumn, następnie zapełniając je swoimi obrazami. Malując zabarwionym cementem, jak podczas wystawy w 2003 r. w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, pokrywając w 2013 r. różnobarwnymi kwadratami posadzkę kaplicy św. Trójcy na Zamku w Lublinie czy działając światłem, jak na wystawie w 2016 r. w poznańskiej galerii Ego. I do dziś należy do tych twórców, którzy sprawiają, że malarstwo jest czymś żywym i aktualnym.

Małgorzata Czyńska

Nie opuszczam rąk. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 184

Kup numer