fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Anna Arno marzec 2022

O Adamie Zagajewskim: już nikt nas nie wyręczy

Jest za wcześnie, by wspominać Adama Zagajewskiego. Mam wrażenie, że wyszedł na spacer, ogląda książki w witrynie księgarni, w kawiarni czeka na spotkanie.

Artykuł z numeru

Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei

Czytaj także

Andrzej Franaszek

Czułość

Sprawia wrażenie kogoś, o kim już napisałeś wspomnienie – pisał w 2002 r. Derek Walcott w szkicu Elegista – twarz, która już została wyryta na niedużym owalnym frontyspisie historii literatury polskiej, z małymi zaciśniętymi ustami i oczami czarnymi jak węgiel – oczami świadka grozy XX wieku, z krótko przystrzyżonymi włosami, albo mocno przerzedzonymi, a może wręcz z głową ogoloną jak więzień gułagu. Ktoś, kto, jak sam napisał, mógł być żydem, żydem z małej litery”. Z przejęciem czytam dziś te zdania, rok od niespodziewanego odejścia Adama Zagajewskiego. Walcott podkreślił ważny rys autora Jechać do Lwowa:

tkwił w czasie, na gruzach historii:

w półmroku gęstego gaju kryją się może

cienie tych, co żyli krótko, w lęku i bez nadziei, cienie

naszych braci, naszych sióstr, cienie Kołymy i Ravensbrück,

biedne anioły czarnego zbawienia, i chciwie na nas patrzą

„Czasami odnosi się wrażenie, że Zagajewski pisze dymem, że wiersz unosi się w przestrzeni, jego wersy stają się żarzącymi końcami gałązek lub papierosów, albo świeczek wotywnych – pisał Walcott. – No tak, i dusza – więc istnieje coś takiego?” Zagajewski wierzył w istnienie duszy, prowadził z nią rozmowę. Ta dusza dziedziczy wiele z chrześcijańskich wyobrażeń: budzi się w pustym kościele w Burgundii i milknie w katedrze w Chartres, a ożywa także przy głosie Elli Fitzgerald i trąbce Clifforda Browna. To także dusza zmarłego, któremu zapala się świece: płomień przywołuje obecność. Zagajewski pisał tak, by budzić dusze, by ich nie urazić. Pewnego razu zainspirowało go hasło „Mistyka dla początkujących”– tytuł książki, którą czytał nieznajomy.

Od razu zrozumiałem, że jaskółki,

które, przenikliwie gwiżdżąc,

patrolowały ulice Montepulciano,

i ściszone rozmowy onieśmielonych wędrowców

z Europy Wschodniej zwanej Środkową (…),

i podróże, wszystkie podróże,

to była tylko mistyka dla początkujących,

wstępny kurs, prolegomena

do egzaminu, który odłożony został

na później.

O wyższych regionach ducha Zagajewski marzył powściągliwie gotowy zatrzymać się w przedsionku. Jego głos był przyciszony, unikał patosu. Poeta spisuje raport ze swojego wewnętrznego świata, stanów własnej duszy. To ona podsuwa obrazy, dyktuje metafory. Oczywiście dusza to nie rozedrgane emocje, intymne zwierzenia. Zagajewski, który kochał Amerykę i jej poetów, nie należał do dziedziców Roberta Lowella. Nie przepisałby nigdy i nie ułożył w strofy listów zrozpaczonej kobiety. „Sztuka nie jest tyle warta” – powtórzyłby raczej za Elizabeth Bishop. „Poezja jest poszukiwaniem blasku” – stwierdzał. Jest czymś więcej niż skarga, krzyk czy wyznanie rozbitej duszyczki. Także dlatego Zagajewski był „elegistą”. Mówił w pierwszej osobie, ale w imieniu wielu, szły za nim cienie.

W ostatnich latach poeta nie raz żegnał przyjaciół po piórze. W  jednym z  ostatnich wierszy wspominał wieczór autorski sprzed lat: czytali razem z C.K. Williamsem, wprowadził ich wspólny przyjaciel Tzvetan Todorov:

Milczeliśmy długo, zerkając na zegarek;

każdy z nas przebywał jakby w innym mieście,

w innym dzieciństwie, w innej rodzinie.

(…)

Teraz jest styczeń, pada mokry śnieg

Głuszy dźwięki i kolory

Zakrywa niedoskonałość

Innego już miasta, zakrywa podłość –

Was obu od dawna nie ma na ziemi

 

Zagajewski wspominał tę chwilę jako „moment braterstwa / Milczącego braterstwa, które trwa / Pomimo wszystko (…)”.

Nagradzany i lekceważony

Jest za wcześnie, by wspominać Adama Zagajewskiego. Był najmłodszy w plejadzie polskich poetów, nosił – otrzymane od nich niegdyś w prezencie – marynarkę Brodskiego i krawaty Zbigniewa Herberta. Mam wrażenie, że wyszedł na spacer, ogląda książki w witrynie księgarni, w kawiarni czeka na spotkanie. Zgłaszali się do niego młodzi poeci o spoconych dłoniach, tłumacze, humaniści, obcokrajowcy, którzy nauczyli się polskiego, aby czytać wiersze. Podziwiali go, jednak nie był łasy na komplementy. Słuchał ich opowieści, czytał próbki tekstów. Cieszył się, kiedy wyławiał talent: rekomendował do stypendium, podsuwał manuskrypty wydawcom, pisał noty na okładkę debiutanckiego tomu. A przede wszystkim nie odmawiał rozmowy. Wzruszała go żarliwość ludzi z pasją, zaczytanych, nieraz naiwnie krytycznych i zbuntowanych. Przede wszystkim lubił „bardzo młodych, genialnych ludzi”, jacy „gardzą takimi jak ja pisarzami, pisarzami, którzy już napisali kilka książek, którzy już zdradzili, kim są”.

Dziwiło mnie, kiedy zarzucano mu oderwanie od rzeczywistości. Ci, którzy znali go tylko z mediów, podejrzewali go o wyniosłość. Nie znali jego ciętego poczucia humoru. Podejrzliwie patrzyli na „światowca”, który 20 lat przeżył w Paryżu i wykładał na amerykańskich uniwersytetach. Nieżyczliwi nie pamiętali, że mieszkał raczej na paryskich przedmieściach, tłumaczył książki dla chleba i latami ledwo wiązał koniec z końcem. „Nagradzany za granicą, w kraju był przez niektóre środowiska lekceważony – wspomina jego przyjaciel poeta Jerzy Kronhold. – Nigdy nie otrzymał znaczącej polskiej nagrody – ani Nike, ani Silesiusa. Pomijano go celowo, złośliwie”. Podobnie uważa Ryszard Krynicki: „Żadna z jego wspaniałych książek poetyckich wydanych w  ostatnich latach właściwie nie została w należny im sposób doceniona. A bywało, że Adama zwalczano…”. I tylko na wpół żartem Jarosław Klejnocki wymieniał Dziesięć powodów, dla których inni polscy poeci nienawidzą Adama Zagajewskiego.

Swobodnie mówił w  trzech obcych językach, które nazywał swoimi „peryskopami na świat”. Susan Sontag i Josifa Brodskiego zaliczał do grona swoich przyjaciół. Publikował w „The New Yorkerze” i „The New York Review of Books”. Bywał na światowych literackich salonach – gdziekolwiek one były – co budziło zazdrość, a nieraz krzywe uśmieszki współczesnych. Miał charakterystyczny sposób mówienia, lekko zwolniony, jakby specjalnie ważył słowa. Nie było w nim zadęcia, megalomanii, pozy. Raczej skłonność do ironii. Sądzę, że była bronią przeciwko złośliwości czy małostkowości. Przeciwko tym, którzy latami z lubością zrywali kartkę w kalendarzu: kolejny rok, w którym Nobla nie dostał Zagajewski. Dostał za to niemal wszystkie inne liczące się w świecie nagrody: amerykańską Neustadt, niemiecką imienia Heinricha Manna, hiszpańską Księżniczki Asturii.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Nie miał wyższości arystokraty, który oddycha rozrzedzonym powietrzem i boi się zbrukać tym, co przyziemne. Był arystokratą ducha. Żył poezją – to brzmi wzniośle – w każdym razie o kilka tonów wyżej niż większość z nas. Czytał Dzienniki Harry’ego Kesslera i Józefa Czapskiego, czytał listy Rilkego oraz wiersze Leopardiego. Przeżywał je głęboko, wewnętrznie. Ale czytał też „Gazetę Wyborczą”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i „The New York Timesa”. Wychodził na ulicę protestować w obronie wolnych sądów i konstytucji. Solidarny i samotny.

Najpierw na półce z poezją w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zabrzu znalazłam List: wydany w samizdacie tomik, w okładce burej jak papier pakowy. Kartki były prawie przezroczyste i nawoskowane, czcionki perforowały na nich ślad.

Zapamiętałam tytułowy wiersz:

Pisze, że wszystko dobrze

dni są coraz dłuższe

w domach dojrzewa spokój,

tylko sny, jak wściekłe lisy

gryzą nasze łydki.

 

Te wersy potraktowałam jako list adresowany do mnie. Jak wezwanie. To były słowa młodego poety: żarliwego i niepogodzonego. Jednak w tym samym tomiku znalazłam wiersz W cudzym pięknie, który po latach powrócił jako tytuł zbioru esejów.

Tylko w cudzym pięknie

jest pocieszenie, w cudzej

muzyce i w obcych wierszach.

Tylko u innych jest zbawienie

choćby samotność smakowała jak

opium

 

Polemizując ze słynnym zdaniem Sartre’a, Zagajewski odwołuje się do korzeni: jest poetą kultury, cudzych melodii i rymów. Parafrazując Czapskiego, mógł powiedzieć, że „pisze się procent od kontemplacji”. Z dumą przyznawał się również do „założonego” przez Czesława Miłosza „gospodarstwa polskiej poezji”.

Lwów jest wszędzie

„Urodzony w 1945 roku we Lwowie” – to brzmi jak początek legendy. Zagajewski opuścił Lwów jako czteromiesięczne niemowlę, nie miał związanych z nim wspomnień. Czy rzeczywiście? W szkicu Dwa miasta opisywał miejsca dzieciństwa, w których kształtowała się jego wyobraźnia. Wychowywał się we Lwowie widmowym, utraconym, który z bólem fantomowym przenieśli na Śląsk jego bliscy. „Mój ojciec, dla którego Lwów był przez wiele lat jedynym miejscem i jedynym obrazem świata – tam się urodził i tam spędził młodość – systematycznie odmawia wyjazdu do tego miasta – opowiadał poeta. – Gdy jednak zaraz po powrocie z Ukrainy ja, który we Lwowie co prawda urodziłem się, ale nigdy nie zdążyłem go dobrze zobaczyć, pokazałem ojcu świeżo wywołane fotografie, natychmiast rozpoznał i nazwał każdą ulicę, każdy zaułek, nieomal każdą kamienicę – po 56 latach nieobecności!” Zagajewski wychował się wśród opowieści karmiony legendą. Oto ciotka, która opuszczając lwowskie mieszkanie przed I  wojną światową, zostawiła na stole słoik konfitury z moreli w nadziei, że zajęci nią najeźdźcy nie splądrują mieszkania. „Ciotki, wynurzające się z kuchni, ginące w ogrodzie, wieczorem pochylone nad maszyną do szycia, w okularach, w których odbijały się pomarańczowe abażury lamp. Moje ciotki, Parki”. W 2001 r., po krótkiej wizycie we Lwowie, napisał szkic Czy należy odwiedzać miejsca święte? „Miałem przed sobą miasto zupełnie obce i najbardziej znane, zapomniane, pożegnane, opuszczone, opłakane, rozstrzelane, a jednak prawdziwie istniejące, oświetlone teraz najjaskrawiej i najrealniej, plastyczne i żywe, miasto, w którym natychmiast umiałem rozpoznać najważniejsze kościoły, którego generalna topografia nie miała dla mnie tajemnic, rozciągające się w dole, schowane między wzgórzami, spokojne, majestatyczne. Nie powinno się jeździć do miejsc mitycznych, nie ma sposobu na to, żeby je ujrzeć, zobaczyć, uchwycić. Rozpoznać je łatwo, ale co potem? Co robić?”. W wierszu konstatował smutno: „Przechodzisz tu jak obcy, / a to jest twój rodzinny dom”.

Jechać do Lwowa to hymn dla miasta, w którym (nie) wychował się Adam Zagajewski – opowiedzianego, unicestwionego, jednak obecnego z tak narzucającą się intensywnością, że „za dużo było Lwowa”. To jeden z tych wierszy, których nie należy cytować, trzeba czytać w całości, a najlepiej słuchać, kiedy czyta go sam autor, z charakterystycznym zaśpiewem, powoli, a jednak głos się rozpędza, kaskada obrazów miasta, zaginionej Atlantydy, wzbiera, dąży do kulminacji, która byłaby wzniosła, gdyby nie to, że jest cicha i zdecydowana. „Lwów jest wszędzie”. Ten wiersz zapisuje się w historii, ale także zapisuje historię. W antologii ośmieliłabym się go postawić obok Przesłania Pana Cogito Herberta i Fugi śmierci Celana.

O Lwowie wyobrażonym Zagajewski pisał również prozą, w szkicu Dwa miasta. Przejmująco wspominał emigrantów, którzy wygnani ze swoich domów, zajęli na Śląsku cudze, poniemieckie. Niektórzy nie przyjmowali do wiadomości nowych, zgrzebnych dekoracji: „przekupki, ubrane w zimie w kaftany, swetry, kożuchy i włóczkowe rękawiczki, z których wynurzały się czerwone zmarznięte palce, mówiły ze śpiewnym wschodnim akcentem. Niektórych klientów witały ze specjalną grzecznością. Panie doktorze, zwracały się do staruszka w wytartym, przedwojennym futrze, panie mecenasie, mówiły do wysokiego starca, którego prowadziła pod rękę córka w średnim wieku”.

Zagajewski wychował się wśród przesiedleńców, którzy żyli jak w obcym kraju, nie dopuszczając do świadomości Śląska i Ślązaków, a nawet gardząc ich gwarą, górniczymi tradycjami, jakże odmienną od kresowej kuchnią. Ale także w  Gliwicach dostrzegał piękno: „Na horyzoncie czerniała grzywa lasu. Mgły wędrowały nad łąkami. Wyciągi szybów kopalnianych stojące wśród sadów i  ogrodów wyglądały jak menhiry”. Trzeba wyobraźni poety, by w ten sposób opisywać górnośląski krajobraz. Pamiętam, jak z mojej wypowiedzi wyłowił rzucone półżartem „a co ja mogę za to?”. Wychowałam się w Zabrzu. Zagajewski z wyraźną przyjemnością wytknął mi kalkę z niemieckiego, „was kann ich dafür?”.

Przypominam sobie wieczór autorski w Gliwicach, na początku XXI w. Kiedy poeta podpisywał książki, u jego boku stał starszy pan z laską, w doskonale skrojonym, jasnym garniturze. „Ach, to pan jest ojcem?”– zapytał ktoś z czytelników. To był profesor Tadeusz Zagajewski, jeden z założycieli Politechniki Śląskiej, pionier polskiej elektroniki. To on uczył nastoletniego syna składać radioodbiorniki. Do poezji odnosił się nieufnie. Jego słowa widnieją w tytule tomu esejów Lekka przesada: „Wreszcie mój ojciec powiedział, zapewne lekko zachrypniętym głosem, jak zawsze, kiedy był zakłopotany: to jest lekka przesada. Lekka przesada. Kiedy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem, tak bardzo, tak doskonale wyrażało to jego poglądy na poezję, ba, na cały ten dziwny świat, w którym zniknął jego syn. Lekka przesada. Tak inżynierowie myślą o poezji”.

I tak wszystkiego nie opowiem” – to przekorne zdanie otwiera Lekką przesadę. Powściągliwość poeta odziedziczył zapewne po ojcu. Przyznawał, że lubi czytać biografie. Swoją własną także opowiadał, rozproszoną, rozłożoną na obrazy. Lubił fantazjować o skoligaconym z jego rodziną paryskim marszandzie Leopoldzie Zborowskim. Wspominał dziadka, surowego germanistę, profesora lwowskiego uniwersytetu:

Moja rodzina

rozproszona po całej ziemi, pod ziemią,

w różnych krajach, wierszach, obrazach.

 

Rodzina „typowo inteligencka”– mówił z dumą i dodawał: „ale nie intelektualna”. Pokolenia przy biurku. Była to zarazem rodzina milcząca. „Chciałem nauczyć się mówić, ale wiedziałem, że nauka potrwa wiele lat”. Portrety rodziców nakreślił wiele lat po śmierci matki, w późnej starości ojca. Ojciec traci pamięć, a syn przywołuje obrazy dzieciństwa, które przywołują do życia i do wieczności. Wiersze poświęcone matce są ostrożniejsze, dotkliwe, pełne sprzecznych uczuć:

jak ja jej niemądrze dokuczałem – tak jak wtedy, kiedy ona

porównała siebie do Beethovena głuchnącego,

a ja powiedziałem okrutnie – Ale wiesz, on miał talent…

 

Żyłem w komunizmie

„Moja rodzina była dobrą rodziną, nie musiałem uciekać od rodziców. A jednak musiałem – wspominał Zagajewski decyzję o wyjeździe z Gliwic – poczułem, że żeby zrobić coś własnego, muszę wyjechać, ponieważ dusiła mnie prowincjonalność tego miasta”. Młodzieńcze pragnienie opromieniło miasto „lekkie jak renesans i ciężkie jak ołów”. Kraków stał się miastem wiecznie upragnionym, tym, w którego wysokie progi z rzadka bywał zapraszany. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiował psychologię i filozofię – kierunki wybrane nieco lekkomyślnie: byle humanistyczne, ale niefilologiczne, aby uniknąć akademickiego skrzywienia. Już wówczas wybrał poezję. Zapełniał zeszyty notatkami, a:

Za oknem rósł ciemnobrązowy buk.

W jego liściach kryło się inne posłanie,

Czytaj także

Czułość

Inny szept. Inny uniwersytet.

 

„Półtorej godziny z Herbertem lśnią w mojej pamięci”– wspominał Zagajewski spotkanie autorskie w gliwickim liceum w 1963 r. Autor świeżo wydanego Barbarzyńcy w ogrodzie opowiadał o Akropolu. Obecny na sali Julian Kornhauser wspominał spotkanie jako nudnawe. Obaj absolwenci gliwickiego liceum spotkają się dopiero jako studenci w Krakowie. „Jego zawsze ciągnęła awangarda, dreszcz nowości” – tłumaczył Zagajewski. To Kornhauser był autorem poświęconego Herbertowi rozdziału w ich wspólnej książce Świat nie przedstawiony. „Rzeczywistość Herberta jest zastygłym światem świątyń, obrazów, książek i mitów i drugorzędną absolutnie sprawą jest to, czy świątynie są w tym świecie zburzone, czy też rozlega się w ich wnętrzach śpiew ofiarny”. Niespełna 30-letni autorzy ze sporą dezynwolturą krytykowali starszych kolegów za pięknoduchostwo, uciekanie w  mitologię i maskaradę. Domagali się opisania wiernego, bez ornamentu metafor, prawdziwych doświadczeń żywych ludzi. Jak precyzował Zagajewski, chodzi o  „rzeczywistość ludzi, rzeczy i  świadomości, zebrań i  kolonii dziecięcych, rzeczywistość podwójnej wiary, zakłamania i  nadziei, rzeczywistość zebrań partyjnych i meczów piłkarskich. Wyścigu Pokoju i dowcipów politycznych, szpitali i transparentów, śmierci i nowych inwestycji, emerytów i personalnych, domów kultury i bójek na wiejskich weselach, piosenek młodzieżowych i  młodych naukowców, bibliotek i budek z piwem”. W czasach cenzury i propagandy młodzi autorzy domagali się w gruncie rzeczy frapującego reportażu, rzetelnej literatury faktu. Paradoksalnie o oderwanie od rzeczywistości oskarżali zaś poetów. Kontrowersyjny Świat nie przedstawiony został wyróżniony Nagrodą Kościelskich. Wygrane pieniądze Zagajewski (również nieco paradoksalnie) przeznaczył na pierwszą podróż do Włoch. „Pisałem wiersze i opowiadania, po jakimś czasie zacząłem wydawać książki i niecierpliwie czekałem na recenzje z nich, sam też pisywałem recenzje z cudzych książek – pisał w autobiograficznym eseju – młodzi pisarze zachowują się jak prokuratorzy, mianowani naprędce przez rewolucyjną władzę i dobierający się do skóry szanowanym powszechnie autorom starszego pokolenia, znajdują u nich karygodne pomyłki i wypaczenia; wszystko po to, aby przetrwać – a łatwiej przeżyć trudny okres młodości literackiej w todze prokuratora czy w loży obrońcy”.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer