Joseph Mitchell
Joseph Mitchell fot. Jack Manning / „The New York Times” / East News
Anna Arno lipiec-sierpień 2022

Rzeczy przeciwko rozpaczy

Joseph Mitchell, słynny redaktor „The New Yorkera”, kolekcjonował tak, jak pisał. Uwielbiał nazwy, kategorie, odcienie pozornie podobnych rzeczy. Przyjemność sprawiało mu już samo łapczywe gromadzenie, tworzenie list, wymienianie.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

25 października 1929 r., po całonocnej podróży, Joe Mitchell wysiadł na Penn Station. Miał 21 lat i niedawno opublikował artykuł w „New York Herald Tribune”. Potraktował go jako przepustkę: z Fairmont w Karolinie Północnej przyjechał do Nowego Jorku z nadzieją na karierę dziennikarza. „Nie masz co robić, tylko wściubiać nos w nie swoje sprawy?” – tak ostro plany Mitchella skomentował ojciec. Walizka, którą chłopak przytaszczył z Południa, była ciężka: od goryczy zawiedzionych oczekiwań, rodzicielskich wyrzutów, podniecenia i nadziei. Czy w tym bagażu miał już notes i ołówek? W Nowym Jorku nie rozstaje się już z narzędziami pisarskiego rzemiosła: nie nosi ich w torbie, lecz bliżej serca, w kieszeni marynarki. Nie mógł wiedzieć, że na Manhattanie wylądował w fatalnym momencie, zaledwie kilka godzin po krachu na nowojorskiej giełdzie. Bagaż zostawił w przechowalni i ruszył do redakcji.

Historie z trzewi miasta

Być może Mitchell został pisarzem dlatego, że nie umiał liczyć. Pojętny, dociekliwy i wciąż zaczytany Joe nie radził sobie z najprostszymi rachunkami. Zapewne cierpiał na dyskalkulię, w czasach gdy takiej choroby jeszcze nie diagnozowano. Obsesyjnie zaczął notować sumy: napiwki, ceny biletów do kina, ile dał za taksówkę lub czyszczenie garnituru. Nie ze skąpstwa, lecz w nadziei, że nad zapisanymi liczbami jakimś cudem zdoła zapanować. W dzieciństwie ojciec uczył go szacować ceny bawełnianych bali. Najstarszy syn nie mógł jednak przejąć rodzinnego interesu. Wstępnie planował pójść na medycynę, jednak zrozumiał, że bez matematyki nie ma szans nawet na licencjat. Dlatego w college’u studiował zachłannie i szeroko filozofię i literaturę, socjologię i historię. Z wypiekami na twarzy czytał Ulissesa – pokątnie wypożyczony egzemplarz wówczas jeszcze zakazanej powieści.

Wbrew nazwie, rodzinne Fairmont nie było „pięknym wzgórzem”. Bezkresne, płaskie pola obsiewano na przemian soją, kukurydzą i pszenicą ozimą. Były jeszcze bagniska, gdzie rosły balsamiczne ambrowce, sosny i dęby. Mały Joe wspinał się na najwyższe gałęzie i ukryty w gąszczu liści, obserwował ludzi pracujących przy uprawach bawełny i tytoniu. „Oczywiście nie mieli pojęcia, że są podglądani… Czułem się jak bóg na Olimpie, ale jednocześnie dziwnie samotny, obcy, zakłopotany i odcięty od reszty ludzkości, jak szpieg albo podglądacz”.

Przyjeżdżając do Nowego Jorku, Mitchell marzył, że zmierzy się z wielką polityką. Tymczasem w „Herald Tribune” posadzono go w zapchlonym fotelu, z widokiem na posterunek policji. Całymi nocami czekał na doniesienia o morderstwach. Patrolował nielegalne spelunki, relacjonował pijackie burdy, zaglądał do kasyn i burdeli. Pierwszy szef (nomen omen, Stanley Walker) pouczył go, że swoje historie musi „wydeptać”: spenetrować mroczne zaułki, poznać okolicznych dziwaków. Mitchell dyżur kończył o trzeciej nad ranem, a potem chodził dalej upojony nocną metropolią. „Nowojorskie szczury są bystrzejsze od tych wiejskich i potrafią wykiwać każdego, kto nie przestudiował ich obyczajów” – po latach przestrzegał czytelników. Został „szczurem miejskim”. Również za radą Walkera kupił garnitur Brooks Brothers – najstarszej marki ubraniowej w Stanach – i odtąd do końca życia, od stóp po kapelusz, ubierał się w tej szacownej nowojorskiej firmie.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Pierwszą stałą posadę dostał w „The New York World-Telegram” – gazecie, którą A.J. Liebling (wkrótce zostanie jego najbliższym przyjacielem w redakcji „The New Yorkera”) nazwał organem „nowojorskich dipisów”, „przesiedlonych” z głębszych rejonów Ameryki. Teraz Mitchell penetrował peryferie miasta: Staten Island, Bronx i Queens, „egzotyczne” dzielnice, o mile świetlne oddalone od Manhattanu. Tak opisał swój typowy dzień pracy: „przyszedłem na dziewiątą i polecono mi znaleźć murarza, podobnego do Księcia Walii i przeprowadzić z nim wywiad, ponieważ właśnie ktoś mu zaproponował rolę w Hollywood. Zlokalizowałem go w piwnicach piekarni wyrabiającej macę na East Side, gdzie akurat naprawiał piec. Pobiłem się z kierownikiem piekarni, który wziął mnie za inspektora sanepidu. W końcu dotarłem do murarza, a on nie chciał opowiadać o sobie, tylko powtarzał: »Boję się, że mnie pozwą«. Wróciłem do redakcji, napisałem artykuł, a potem kazali mi przeprowadzić wywiad z bokserką, która mieszkała w hotelu St. Moritz. Sprzęt bokserski trzymała w pokoju. Pachniało tam potem i mokrymi wyrobami skórzanymi, co przypominało mi szatnię w sali gimnastycznej Jacka O’Briena w Filadelfii. Powiedziała mi, że jest nie tylko bokserką, ale również hrabianką. Potem założyła rękawice, żeby mi pokazać, jak się boksuje, i gdybym nie schował się pod łóżkiem, niechybnie by mnie znokautowała. »Jestem ognistym pociskiem« – wrzasnęła. Wróciłem do biurka i napisałem również ten artykuł. Potem kazano mi porozmawiać z Samuelem J. Burgerem, który zadzwonił do mnie do redakcji, mówiąc, że sprzedaje karaluchy wyścigowe ludziom z wyższych sfer po siedemdziesiąt pięć centów za parę. Pan Burger jest agentem teatralnym (…). Zastałem go w delikatesach na Broadwayu, gdzie kupował kanapki z szynką i serem dla dwóch striptizerek. Wyciągnął czek na swoje nazwisko, który był dowodem, że dostarczył zamówione karaluchy pewnej matronie z towarzystwa, która pragnęła, by te urocze maleństwa zostały gwoźdźmi planowanej przez nią imprezy. Pan Burger powiedział, że założył przedsiębiorstwo pod nazwą Ballyhoo Associates, za pośrednictwem którego wynajmował ludziom zwierzęta. »Jest wzięcie na małpy« – powiedział. – »Ludzie są samotni i dzwonią, żebym im przysłał małpkę do towarzystwa. W końcu to są ssaki, jak my«. Napisałem również ten artykuł i poszedłem do domu. Kolejny dzień, jeszcze jeden dolar w sakiewce”.

Jako początkujący dziennikarz Mitchell uzależnił się od chodzenia, nauczył się pisać na zadany temat, terminowo, z pazurem. Przeprowadzał wywiady z Einsteinem i Eleonorą Roosevelt, drążył, wydobywał opowieści. „Przeważnie najlepszym chwytem na rozpoczęcie wywiadu ze znaną osobą jest przypomnieć sobie najgorszą rzecz, jaką się o niej słyszało, i zapytać, czy to prawda”. A jednak nie czuł się najlepiej w towarzystwie gwiazd, w blasku cudzej sławy. W swej pracy młody Mitchell przypominał raczej holenderskich „małych mistrzów”: Davida Teniersa i Adriaena Brouwera, którzy malowali podchmielonych chłopów, ich rubaszne zabawy, zaniedbane gospody i hałaśliwe bójki. Był cierpliwy i ciekawski, lubił słuchać cudzego bajania. Odkrył, że osoby pozornie skrojone na pierwsze strony gazet bywają najnudniejsze: bo pozują i stroją miny. Z przymrużeniem oka zastrzegał, że unika dam z towarzystwa, wielkich przedsiębiorców, podróżników, uznanych autorów, aktorek poniżej trzydziestego piątego roku życia… Wolał tzw. zwykłych ludzi, a właściwie niezwykłych: ułomnych i ekscentrycznych, marzycieli, niespełnionych artystów, odgrywających swoje sztuczki przed przypadkową widownią. Poznawał robotników i włóczęgów, romskich nomadów, przekupniów i ulicznych kaznodziejów. Rozmawiał z dyrektorką biura matrymonialnego, producentem wachlarzy, honorowym dawcą krwi i dyrektorką domu pogrzebowego. Takie tematy w dziennikarskim żargonie lekceważąco określano jako low life (niskie, pospolite życie). Po latach, kiedy redagował Up in the Old Hotel – antologię swoich tekstów i opus magnum – postanowił nie włączać szkiców z tego wczesnego tomu: „to inny rodzaj pisania”.

Zbieracz ludzkich dusz

W 1938 r. Mitchell dołączył do redakcji „The New Yorkera”. Tutaj nie musiał zbierać „rozmaitości”, tropić skandali ani pisać o osobach ze świecznika. Nie zmuszano go do pracy na akord. Bohaterów mógł oswajać miesiącami. Dlatego chętnie powracał do osób, które kiedyś przelotnie spotkał i migawkowo opisał: po to, by przyjrzeć im się uważniej. Od dawna kusiła go fikcja, pisywał nawet krótkie opowiadania. Ale „The New Yorker” nie wymagał zachowania „czystości gatunku”. Przeciwnie: od lat 20. promował gatunek znany jako „profil”: esej biograficzny, którego bohater zostaje przedstawiony przez opisy, anegdoty i rozmowy. Mitchell nie był już „małym” mistrzem, lecz – podobnie jak Frans Hals czy Rembrandt – zbieraczem ludzkich dusz. Artykuł poświęcony Mazie – kasjerce w tanim kinie, która litowała się nad nowojorskimi włóczęgami – na łamach codziennej gazety był jaskrawy, nakreślony kilkoma pociągnięciami. Jej „profil” w „The New Yorkerze” jest pełny, ludzki, życzliwy. To postać charakterystyczna, a Mitchell przedstawia ją przez akumulację szczegółów. Jego opisy przypominają torby kompulsywnego zbieracza, który troszczy się, by niczego nie uronić: „Usadowiona majestatycznie w swoim kantorku jak królowa półświatka Mazie prezentuje jeden z nielicznych przyjemnych widoków na Bowery. Jest to niska, piersiasta czterdziestoparolatka. Zdaniem niektórych trochę przypomina Mae West. Włosy koloru siarki, twarz trupio blada, a na każdym policzku czerwona plama rozmiaru srebrnej jednodolarówki. Oczy ma senne, z obwisającymi powiekami. W pracy często są pomalowane zielonym celuloidowym cieniem. Z kącika jej ust prawie zawsze zwisa papieros i dlatego wydaje się wyniosła. Jak krupierzy w filmach, potrafi wypalić szluga do samego końca, ani razu nie wyjmując go z ust, nawet wtedy, kiedy mówi. Ma zaawansowany kaszel palacza; wypala trzy i pół paczki dziennie i mówi, że papierosy wpędzają ją do grobu. Na prawej dłoni nosi trzy pierścionki z brylantami. Lubi jaskrawe kolory, nosi imponujące sukienki; pochodzą ze sklepów przy Division Street”.

Mitchell zbiera szczegóły, które są jak dodatkowe kreski wydobywające kształt twarzy, smuga różu na policzku. Jego bohaterowie dryfują na marginesach miejskiego życia. Niezrównoważeni albo fizycznie zdeformowani, żyją we własnych intensywnych światach. Jednak dziennikarz nie jest zbieraczem osobliwości, nigdy nie odnosimy wrażenia, że eksploatuje dziwactwa swoich bohaterów albo ich wyśmiewa. Pozwala im konstruować własne życie – jako solidny reporter sprawdza fakty, ale bohater ma prawo kręcić i kłamać.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer