Karol Kleczka
Ilustracja: Agata Endo-Nowicka
Karol Kleczka luty 2026

Mniej mailowania, więcej gadania

Pracownicy segmentu „prac gówno wartych” dobrze zarabiają, ale nie wiedzą, po co pracują.

Artykuł z numeru

Walczę o życie bez strachu

Walczę o życie bez strachu

Czytaj także

Małgorzata Rejmer

Małgorzata Rejmer

AI, wygeneruj prawdę

Tato jest w gazecie – mówi mój trzyletni syn, gdy widzi podobiznę, która zdobi choćby ten artykuł. Ale wyjaśnienie mu, czym właściwie zajmuję się zawodowo, wcale nie jest takie łatwe. Przecież nie jest tak, że codziennie piszę teksty. Odpisuję na maile? Uczestniczę w spotkaniach na tematy różne? Jak ma to zrozumieć trzylatek? A wyobraźcie sobie, jakie miny pojawiły się wśród zebranych przy stole, gdy w Boże Narodzenie zapytał: „Czy lubicie swoją pracę?”.

Dla niego „świat pracy” to pielęgniarka, policjant, piekarz i nauczycielka, a nie koordynatorzy projektów, inżynierowie baz danych. On rozumie prace opiekuńcze, zawody publiczne tworzące ramę społeczną, bez których erozji uległyby fundamentalne relacje, a mimo to często są słabo wynagradzane. Gdyby nie położne, mój syn mógłby się nawet nie urodzić. Dlaczego zatem przez lata zarabiały tak mało? Dlaczego polityków nie obchodziły protesty nauczycieli?

David Graeber w wykładzie The Revolt of Caring Classes wygłoszonym w 2018 r. w Collège de France wskazuje, że na nasze postrzeganie pojęcia pracy wpływały historycznie trzy elementy. Praca to jednocześnie kara za bunt (jak w historii z Syzyfem) i naśladowanie boskiej potęgi twórczej (jak w przypadku Prometeusza). Wraz z rozwojem etyki protestanckiej dołączył do nich trzeci element, mianowicie samodyscyplina – praca stawała się narzędziem do budowy człowieka moralnego. Te trzy charakterystyki pozostają ze sobą w naturalnym konflikcie.

Praca zarówno zbawia, jak i karze, prowadząc do paradoksu godności – ludzie czerpią poczucie wartości z pracy, ponieważ nie czerpią z niej satysfakcji. Im większe męczeństwo, tym większa zasługa.

W takim kontekście Graeber formułuje swoje prawdopodobnie najpopularniejsze pojęcie, jakim jest fenomen bullshit jobs – prac stosunkowo wysoko opłacanych, związanych ze skomplikowanym systemem menedżerskich zależności, lecz dla rozwoju osoby, poczucia jej podmiotowości zbędnych. Jeśli jesteś łatwo zastępowalny, a twoja praca nie wnosi niczego szczególnie istotnego, to jasny sygnał, że właśnie taką pracę wykonujesz (dziś moglibyśmy powiedzieć: jeśli wyobrażasz sobie, że zastępuje cię algorytm). Jednak segment tych prac kwitnie, bo bez nich zanikałaby złożona hierarchia prestiżu. Pozwalają one na rozparcelowanie zadań, rozłożenie dużej liczby maili do wysłania na więcej osób, które je wyklikają; zajmują czas przez przygotowywanie raportów, których nikt nie czyta, dają robotę w radach nadzorczych itp. Tak konserwują kierat rynku zawodowego, o jakim pisze Jonathan Crary w eseju 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu: prace „po nic” łatwo wy-ciąg­nąć poza ich warsztat, z biura do domu, rozciągając jednocześnie życie zawodowe na każdą sekundę życia. System nieustannej pracy – laptop może leżeć i w biurze, i w łóżku – przechwytuje etyczny postulat „samodoskonalenia” i zamienia go w permanentną optymalizację. Nie rozwijasz się dla siebie, lecz stajesz się zasobem, który musi być dostępny o każdej porze, zamieniając odpoczynek i sen w „zdradę” wobec pseudomoralnego imperatywu.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się