70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bieda na Niepodległości. O przegranych transformacji

„Kiedyś tu było życie…” to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zobaczyć III Rzeczpospolitą oczyma pracujących ubogich, przejść się szarymi nie tylko o zmroku ulicami poprzemysłowych miast, przyjrzeć się niebezpiecznej dla zdrowia i życia byłych górników plątaninie biedaszybów, zajrzeć do lichych stróżówek ochroniarzy za grosze pilnujących przez lata miejsc, gdzie budował się kapitalizm i powstały fortuny, z jakich dla pracujących ubogich skapywała przede wszystkim obojętność i pogarda tych, którym powiodło się lepiej.

Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji to jedna z najbardziej gorzkich książek o ludziach, którzy zostali na marginesie przemian ustrojowych po 1989 r. Tytuł został wzięty z muru – wielkiego, smutnego napisu przy ul. Niepodległości w wałbrzyskiej dzielnicy Podgórze. Wałbrzych to miasto biedaszybów, spauperyzowane po więcej niż kontrowersyjnym zamknięciu tamtejszych kopalń w latach 90. XX w.

*

Katarzyna Duda jest absolwentką prawa i politologii na Uniwersytecie Opolskim i doktorantką w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Kilka lat temu medialny rozgłos zdobyły jej raporty poświęcone fatalnym na ogół warunkom zatrudnienia sprzątaczek i ochroniarzy, związanym często ze stosowaniem outsourcingu usług pomocniczych przez instytucje publiczne.

A warto przypomnieć – co ma znaczenie także w kontekście recenzowanej książki – że przed ustaleniem na początku 2017 r. przez rząd Beaty Szydło minimalnej stawki godzinowej na 13 zł brutto, sprzątaczki i ochroniarze dostawali pięć albo i mniej złotych na rękę za godzinę pracy.

Powodowało to nie tylko szybką degradację tych zawodów, ale liczne problemy osobiste, zdrowotne, finansowe osób skazanych na ten sposób zarobkowania. Przez wiele lat ta kwestia, systemowy wyzysk ufundowany w znacznej mierze na ideologii taniego państwa, nie budziła żadnego oddźwięku społecznego. Nieźle to pokazywało, w jak różnych kierunkach rozjechała się Polska zamożniejszych i uboższych. I jak bardzo interesy ekonomicznie słabszych grup społecznych przestały się w pewnym momencie liczyć dla mainstreamowych mediów, nadających ton debacie publicznej. W zakończeniu książki autorka opowiada o losach PGR-u Kietrz, jedynego, który przetrwał transformację i dziś jako Kombinat Rolny Sp. z o. o. należy do strategicznych spółek Skarbu Państwa – to jej rodzinne strony.

Kim są bohaterowie i bohaterki książki Katarzyny Dudy? To górnicy i hutnicy z Wałbrzycha i Katowic, robotnice dolnośląskich fabryk, stoczniowcy z Gdyni i Gdańska, byli robotnicy z warszawskiego Ursusa i z fabryki produkującej aparaturę elektryczną w Przasnyszu, pracownicy fabryki produkującej części samochodowe w Opolu, pracownicy cegielni w Suchaczu (okolice Elbląga), kucharki zakładu odzieżowego w Gorzowie Wielkopolskim, robotnice z fabryki zabawek w Siedlcach i fabryki materiałów magnetycznych w Warszawie, dziewiarki w fabryce odzieżowej w Siedlcach.

Tyle że ci ludzie nie pracują już w swoich zawodach i fachach – głęboka dezindustrializacja, likwidacja całych fabryk lub znaczne ograniczenie przez nie zatrudnienia, wypychanie części personelu z etatów w firmach, uśmieciowienie pracy przez właścicieli prywatnych firm ochrony i sprzątania oraz głodowe wręcz zarobki sprawiły, że wszyscy oni zasilili grono pracujących ubogich. To grupa społeczna charakterystyczna dla państw, których gospodarka opiera się na najbardziej nieprzyjaznym dla mniej zamożnych ultraliberalnym i antypracowniczym modelu kapitalizmu.

*

Książka najmocniejsza jest tam, gdzie Duda oddaje głos swoim rozmówcom i rozmówczyniom. Zarówno ich opowieści, jak i narracja autorki nie skupiają się jedynie na teraźniejszości. Zaglądamy do domów, czytamy biografie ludzi, którzy swoje życie zawodowe zaczynali jeszcze w Polsce Ludowej albo na początku transformacji. Zwykle ich doświadczeniom związanym z przełomem lat 80. i 90. XX w. towarzyszy mocny, bolesny dysonans, głęboko uderzający w ich życie.

Oto absolwenci szkół zawodowych i technicznych, ludzie przekonani, że fach w ręku i powszechnie szanowany, nieźle, dobrze lub bardzo dobrze płatny zawód, którego się wyuczyli, da im pewne i stabilne zatrudnienie na dekady, na własnej skórze najboleśniej doświadczali negatywów transformacji. Lepsza, niepodległa Polska dla nich akurat okazuje się krajem nieprzyjaznym i niesprawiedliwym. Doznają szybszego lub wolniejszego osuwania się w ubóstwo – ponieważ warunki pracy i płacy zmieniały się wszędzie na gorsze, a mury dwucyfrowego często bezrobocia powodowały, że imali się nawet najgorszych prac i godzili na pogarszanie się warunków.

Cechą charakterystyczną ich życia jest niestabilność zawodowa – dość częste zmiany pracy, które w modnych czasopismach dla „ludzi sukcesu” przedstawia się jako najbardziej wartościowy model kariery. Ale dla byłej klasy robotniczej, nisko opłacanych fizycznych pracowników najemnych z reguły wiąże się on z poczuciem braku stabilizacji i życiowego bezpieczeństwa oraz strachem przed utratą gruntu pod nogami. Ale to nie musi obchodzić ludzi, których stać na bardzo drogie zegarki reklamowane w lajfstajlowych i opiniotwórczych pismach.

Książka pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego ludzie się nie buntowali. Albo dlaczego nie wszyscy wyjechali za chlebem za granicę. Spadanie szczebel po szczebelku na dół drabiny społecznej często dokonywało się powoli, pośród złudzeń, że może będzie lepiej, w poczuciu, że domu rodzinnego nie powinno się opuszczać, że trzeba żyć u siebie, wśród swoich. Nadzieję na lepsze jutro zastępowała determinacja, by w ogóle jakoś żyć, piękne plany na przyszłość zamieniały się w smutny grafik trwających nawet dobę ochroniarskich dyżurów, wiecznej nieobecności w domu, oswajaniem się z myślą, że do śmierci przyjdzie pracować za grosze, żalem, że relacje w pracy – właśnie między najsłabszymi – są często niedobre, pełne rywalizacji, wzajemnej nieufności i podgryzania się – w walce o i tak marny grosz.

O czynniku ludzkim zwykle nie myślą ultraliberalni eksperci od makroekonomii, zarówno ci z profesorskimi tytułami, jak i ci z dużym dorobkiem na Facebooku: koszta społeczne nie istnieją w ich rachunkach zysków i strat. Co więcej, mimo swojego panekonomizmu dziwnie chętnie przeoczają fakt, że rozpanoszenie się biedy wśród mniej zamożnych również gospodarczo szkodzi całym regionom. Niemożność wyrwania się ze strukturalnej sieci biedy i marnego zatrudnienia albo życia pod presją bezrobocia również dobrze widać w książce Katarzyny Dudy – jej bohaterowie mówią o tym językiem swojej codzienności, w której liczy się każdy grosz, sen zabiera wolny czas, rozrywki są najprostsze, a nostalgia za lepszymi, dawnymi czasami zamienia się w to, z czego tak często drwi lepiej sytuowana Polska: idealizacją PRL i socjalnego bezpieczeństwa tamtych czasów. Kiedyś tu było życie… nie jest rozgrzeszeniem tamtych czasów z ich zła – pozwala jednak dobrze zrozumieć, skąd się wzięła popularność także politycznego usprawiedliwienia dla PRL nie tylko wśród byłej wysokiej nomenklatury Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i siłowych resortów zabezpieczających jej interesy.

Przyjrzyjmy się bliżej życiu jednej z bohaterek reportażu. Pani Krystyna zatrudniła się w 1967 r. w siedleckim „Misiu” – Spółdzielni Pracy Wyrobów Zabawkarskich. Uczyła się w przyzakładowej szkole zawodowej (zawód wyuczony: zabawkarz-rękodzielnik), charakterystycznej dla poprzedniego ustroju placówce edukacyjnej, zatrudnienie znalazła zaraz po zakończeniu edukacji. W tym zakładzie pracy, mówiąc staroświeckim językiem, przepracowała ponad 20 lat. Zwolniono ją w 1989 r. – gdy „Miś” wpadł w kłopoty finansowe. Tak zaczęła się jej wędrówka przez kapitalizm po polsku: trzy lata pracowała w po-PRL-owskim zakładzie dziewiarskim „Karo”, ale i on wpadł w kłopoty, więc zaczęły się zwolnienia. Później urodziła syna, była na urlopie wychowawczym, gdy dziecko skończyło trzy lata, poszła do pracy. W prywatnej firmie produkcyjnej przepracowała pięć lat. Urodziła kolejne dziecko, poszła na urlop wychowawczy, szef nie przedłużył jej umowy (z danych zawartych w książce wynika, że były to późne ciąże). Poszła po zasiłek: „natułałam się w poszukiwaniu pracy, i to z dzieckiem na ręku, bo nie miałam go z kim zostawić pod opieką”.

Po jakimś czasie pani Krystyna znalazła pracę w szpitalu jako sprzątaczka. Najpierw zatrudniał ją szpital – ale później usługi sprzątania wraz z pracownicami przejęła prywatna firma zewnętrzna. Szybko zmniejszono personel, wynagrodzenia zaczęły przychodzić z miesięcznym i dwumiesięcznym opóźnieniem. Gdy skończył się okres ochronny, w którym firma nie mogła zmieniać warunków pracy i płacy, zaczęło się szybkie zjeżdżanie w dół: zabrano dodatki, zniknęły premie półroczne. A później zaczęto wzywać sprzątaczki do biura i tłumaczyć, że firmy nie stać na etaty.

Pani Krystyna wspomina: „dali wybór: albo zlecenie, albo zwolnienie. Ja wybrałam zlecenie. (…) Przeżyłam załamanie nerwowe. Chodziłam do psychiatry, wspomagałam się też tabletkami. Na zwolnienie nie szłam, bo bałam się, że nie będę miała już do czego wracać.

A poza tym, gdybym nie poszła do pracy, to nie miałabym z czego żyć. Na zleceniu nie było płatnego chorobowego. Czułam się jak śmieć, ale uczyłam się z tym żyć. (…) Dają nam do zrozumienia, że dzisiaj jesteśmy, a jutro już może nas tu nie być. Kiedyś tak nie było – miałam coś do powiedzenia, mogłam udać się do kierownika na skargę. A proszę mi powiedzieć, bo naprawdę nie wiem, komu ja mam się w tej chwili poskarżyć?”.

Kobieta dostaje miesięcznie 1550 zł „za 166 godzin ciężkiej, fizycznej pracy”. Przed wprowadzeniem godzinowej stawki minimalnej dostawała 950 zł na rękę. Ale pieniądze to nie jedyny problem. Ważnym, choć często w skali kraju brakującym elementem układanki jest transport publiczny lub prywatny. Raz jeszcze pani Krystyna: „Jestem z wioski pod Siedlcami. Radzę sobie z dojazdami, bo mam prawo jazdy i samochód. Muszę się nieraz z mężem o auto kłócić, ale pomińmy to. Ja sobie radzę, ale są osoby, które nie mają powrotnych do domu, bo PKS w Siedlcach pada. Busy puszczają tylko na tych trasach, na których im się to opłaci, a jak im się nie opłaci, to zawieszają. I znam osoby, które mają poważny problem”.

To zapętlenie przeróżnych problemów jest również charakterystyczne dla opowieści zawartych w książce; ubóstwo jednych deprawuje, innym zabiera zdrowie.

Ludzie biedni nie mają żadnego z liczących się w III RP atutów, ratujących w sytuacjach kryzysowych: ani możnych znajomych, ani wystarczających pieniędzy, żeby kupić sobie usługi niedostępne albo trudno dostępne w Polsce. Mowa o takich newralgicznych obszarach jak zdrowie i rekreacja, nieco lepsza edukacja, transport i komunikacja, ale także pomoc prawna, psychologiczna. Znacznym problemem dla wielu z pracujących ubogich jest również poczucie bezpieczeństwa: nie tylko tego psychicznego, związanego z możliwością racjonalnego planowania choćby domowych wydatków. W książce Katarzyny Dudy są też historie zastraszanych przez złodziei ochroniarzy, którzy za psie pieniądze muszą narażać zdrowie i życie. I wreszcie pracujący ubodzy nie mają możliwości dotarcia ze swoim przekazem i problemami do liczących się opiniotwórczych mediów.

Ktoś powie: na szczęście nie jest to cała prawda o transformacji i kapitalizmie po polsku. Sęk w tym, że nie rozwiązuje to problemów ludzi, którzy realnie przegrali na transformacji. I którzy, przykładowo, słów „dobra zmiana”, dotyczących ostatnich czterech lat w Polsce, nie wymawiają z przekąsem, ponieważ choćby dzięki wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej zaczęli więcej zarabiać. Nie, nie stali się krezusami, ale dla mało zamożnych nawet kilkaset złotych więcej w portfelu to naprawdę bardzo dużo. To pieniądze, które wpływają na ich los, na psychiczną kondycję i zdrowie.

Niestety, mankamentem książki jest słaba redakcja i edycja. Większość zdjęć jest stanowczo zbyt małych, są czarno-białe i nierzadko niezbyt wyraźne. Przypominają aż nadto realia lat 90. – tyle że kiepską jakością w druku. Książka jest reportażem, ale sporo w niej też z typowych raportów, zarówno pod względem stylu wypowiedzi, jakby i nawyków dotyczących edycji: liczby zbyt często podawane w formie cyfr, np. „Pan Bogdan pracuje w ochronie od 6 lat”. Część informacji – zawsze z podaniem źródła – zaczerpniętych jest ze stron internetowych – na czym traci narracja i zapisy rozmów. W przypadku informacji podawanych mniejszym drukiem zapomniano niekiedy nawet o spacjach („lista wstydu” dotycząca stawek minimalnych w ministerstwach, s. 64). Szkoda, bo lepsza redakcja, szersze wyjście poza opisy zaczerpnięte z sieci i dobre zdjęcia wzmocniłyby popularność tej tak potrzebnej książki.

*

Polska stoi dziś przy ul. Niepodległości. Ale dla zbyt wielu kraj realnego liberalizmu ma zbyt gorzki smak. Stąd nie da się Kiedyś tu było życie… czytać bez emocji. Z całą pewnością jej lektura nie jest zmarnowanym czasem. Tym bardziej szkoda, że rzecz sprawia wrażenie oddanej do druku bez rzetelnej redakcji.

_

Katarzyna Duda

Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji

Książka i Prasa, Warszawa 2019, s. 222


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter