70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wspólnota zbawienia czy wykluczenia?

W przypadku ex-zakonnic uderza ich samotność. Nie zawsze jest to samotność życia po zamknięciu za sobą na dobre furty wspólnoty zakonnej. Ex-zakonnice też wchodzą w związki: sakramentalne, formalne, nieformalne, hetero- i homoseksualne. Ale zdecydowanie dotyka je samotność kobiet, które rzadko kiedy publicznie mówią o tym, czego doznały.

Gdybyśmy w obecności teologów, filozofów religii, psychologów i socjologów zadali pytanie, czym jest doświadczenie religijne, otrzymalibyśmy szereg mniej lub bardziej dopełniających się bądź sprzecznych odpowiedzi, wskazujących na bogactwo humanistycznego ujęcia osoby ludzkiej i tego, co jest jej udziałem. Każde z tych ujęć byłoby niezbędne dla jak najszerszego zrozumienia kwestii. Możemy też spojrzeć na doświadczenie religijne jako intymne i społeczne przeżycie ściśle określonej grupy ludzi. Niekiedy będzie się to wiązało z przekroczeniem wielu funkcjonujących w danym społeczeństwie tabu, z koniecznością odniesienia się do zagadnień przemilczanych i traktowanych jako wstydliwe. A gdy światło padnie w ciemne miejsca, wtedy albo można odwrócić wzrok (czy ten gest nie stoi często również za kościelnym triumfalizmem?), albo pozostaje nam namysł nad tym, co dostrzeżone – nie tylko ściśle rozumowy, ale również etyczny.

To wszystko może zdarzyć się czytelniczkom i czytelnikom podczas lektury Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz. Autorka opisuje świat kobiet, które zdecydowały się ślubować wierność Chrystusowi, Kościołowi i własnym zgromadzeniom zakonnym – jednak ostatecznie z przeróżnych przyczyn po krótszym lub dłuższym czasie nie udźwignęły tego wyzwania. Ta książka nie jest potępieniem, jest świecką próbą opisania fenomenu żeńskiego życia zakonnego. Więcej: ta praca to pytanie o miejsce kobiet w polskiej rzeczywistości, wciąż nasyconej religijnością, która niekiedy nie wyzwala ze zła indywidualnego i społecznego, ale legitymizuje struktury opresji i tworzy koncepcyjne zaplecze dla wyobrażeń społecznych przyzwalających na krzywdę kobiet w świecie, gdzie mężczyźni i tak mają na ogół wyższe stanowiska zawodowe, więcej zarabiają i w ogóle więcej mogą.

Dla jednych to pewnie książka skandal, rzecz zdecydowanie niechciana. Autorka wchodzi w przestrzeń, którą Kościół w Polsce trzymał dotąd z dala od osób postronnych – mówiąc, że to jego „wewnętrzna sprawa”. A dla kobiet, których rzecz dotyczyła, poza milczeniem nie było zbawienia. Dla drugich ta pozycja to jeszcze jedno narzędzie do upewnienia siebie i innych w niechęci do wspólnoty katolickiej i jej patriarchalnej hierarchii duchownej i administracyjnej.

Moim zdaniem ta lektura to kolejna szansa na poznanie i próba zrozumienia fragmentu świata nieprzedstawionego. Kościołowi, jak każdej innej instytucji, należy się krytyczny osąd. Nigdy do końca nie ufam swoim przewodnikom, choćby autorkom i autorom książek. Tak jest i w tym przypadku. Niemniej mam świadomość, że potrzeba tego typu zdecydowanie laickiego, nieuwikłanego w złe ani dobre lojalności względem Kościoła opisu świata ex-zakonnic. I to z przyczyn niebagatelnych, bo czysto poznawczych. Przecież odkrywanie prawdy wprost wiąże się z przyzwoleniem na cudzy, nieraz zdecydowanie odmienny w pewnych / wielu punktach od naszego, ogląd rzeczywistości. Szczególnie że mówimy o poznaniu drugiego człowieka w jego relacjach społecznych, uwarunkowaniach psychologicznych, charakterologicznych, seksualnych. Wreszcie myślimy o sferze duchowej, czy jak kto woli: najgłębiej intymnej, w której pojawiają się pytanie o sens życia, o przerażenie śmiercią, nadzieje wieczności, rozumienie dobra i zła jako tajemnicy człowieczeństwa i zbawienia, a nie tylko jako etycznego savoir-vivre.

Jeszcze jedna sprawa, bodaj najistotniejsza. Otóż takie książki jak Abramowicz – odnoszące się do Kościoła i do kwestii doświadczenia (nie)wiary – wymagają pokazania najbardziej newralgicznego punktu odniesienia. Jest on prosty do zapisania: „(…) który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał”. Równocześnie te właśnie słowa, które jako katolicy uznajemy za odsłonę rzeczywistości zarówno historycznej, jak metafizycznej, są nieprzetłumaczalne na wszystkie języki niewiary: może to najbardziej przejmujące lost in translation, które okazuje się dla wierzących coraz bardziej codziennym doświadczeniem, jeśli tylko nie zamykamy się w okołokościelnych instytucjach dających bezpieczeństwo wspólnego języka i wspólnych sensów. To fakt, który należy zrozumieć. (Czy przydarza się coś bardziej uwłaczającego wierze apostołów niż katolicyzm zamknięty w sobie z obawy przed światem?) Tę „nieprzetłumaczalność” trzeba przyjąć, nawet jeśli wewnętrznym pragnieniem wierzących jest to, by czyjaś niewiara stała się wiarą żywszą od naszej własnej.

 

*

Temat, który podjęła Abramowicz, w pewien sposób wydaje się nieobcy doświadczeniu Polek i Polaków. Przecież od wielu lat wystąpienia mężczyzn ze stanu kapłańskiego i / lub wspólnot zakonnych stanowią wręcz element medialnego show. Owszem, tego typu wystąpienia „głośnych nazwisk” budzą kontrowersje, nieraz skrajne emocje, bywają okazją do refleksji nad kondycją katolickiej wspólnoty, często są pytaniami o tożsamość Kościoła w świecie współczesnym i jego ratio jako sakramentu zbawienia. Gdy postawić przed nami byłego księdza: krytykujemy, sympatyzujemy, tokujemy, odnosimy się. Ex-księża i ex-zakonnicy mogą czasem uważać się za wyklętych czy wprost są wyklinani od czci – ale głośno o nich. A to w pewien elementarny sposób oznacza uznanie ich nowych ról społecznych, nawet ról ex-kapłanów celebrytów. To wszystko oswaja z nimi i ich sytuacją społeczną opinię publiczną. To powoduje, że bycie ex-duchownym (i zdolność ekspresji tego faktu) z reguły jest społecznie akceptowane, a niekiedy wręcz chciane.

Ex-ksiądz, który staje wobec Kościoła i bezpardonowo krytykuje go – to dla niektórych mediów i niemałej części opinii publicznej całkiem ładny obrazek. Oczywiście wielu byłych duchownych powie nie bez racji, że doznało krzywd, że wciąż nie są rozumiani w Kościele, że szukają dla siebie wsparcia we wspólnotach byłych księży i zakonników. Ale rzecz właśnie w tym, że nie są niemi. Tworzą pewną akceptowalną społecznie sieć oddziaływania. Więcej: najbardziej rozpoznawalni i opiniotwórczy wśród nich (a może dodam w ramach małego coming out: niektórzy wśród nas) budują swoistą „łagodną konspirację”, lobbują za naszym prawem do bycia w Kościele i w społeczeństwie.

W przypadku ex-zakonnic uderza ich samotność. Nie zawsze jest to samotność życia po zamknięciu za sobą na dobre furty wspólnoty zakonnej. Ex-zakonnice też wchodzą w związki: sakramentalne, formalne, nieformalne, hetero- i homoseksualne. Ale zdecydowanie dotyka je samotność kobiet, które rzadko kiedy publicznie mówią o tym, czego doznały. Ich odejścia są prywatne. Nie pozostaje to bez znaczenia: wbrew potocznemu mniemaniu słowo „prywatny” etymologicznie nie ma najlepszych konotacji. Jego łaciński źródłosłów privatus oznacza tego, który jest oddzielony od reszty, pozbawiony czegoś, niepełny. Augustyński termin etyczny privatio boni opiera się z kolei na rozumieniu zła jako „uszczerbku w dobru”.

Spójrzmy na zjawisko szerzej. Skazanie na prywatność jest w gruncie rzeczy wykluczeniem i odmówieniem pewnego dobra. Każdy, kto interesuje się kwestiami społecznymi w Polsce, wie, że zagrożenie ubóstwem, problemy psychofizyczne, jakie generują przemoc psychiczna i fizyczna oraz gwałty, trudności z egzekwowaniem elementarnych praw przez żony, konkubiny i kochanki na komendzie policji i w sądzie, problemy związane z niską ściągalnością alimentów, z szacunkiem dla płciowości, struktura zarobków działająca na niekorzyść Polek, feminizacja ubóstwa świetnie opisana przez socjolożki i socjologów biedy, rechot, że „zawsze się trochę gwałci”, wreszcie często wątpliwe uszanowanie pracodawców dla potencjalnego macierzyństwa, bodaj żadne systemowe wsparcie dla kobiet po menopauzie, fatalna sytuacja kobiet 50+ na rynku pracy, pułapki wtórnej feminizacji zawodów, gorzkie żale (nie tylko w ściśle męskim gronie!), że „fanatyczne feministki” domagają się równoprawnego udziału kobiet i mężczyzn w debatach publicznych – we wszystkim tym jak refren brzmią słowa: „wykluczenie, wykluczenie”. Powtórzę: trzymanie wielu zjawisk „pod kluczem”, czyli w sferze prywatnej, wprost wiąże się z wykluczeniem.

Pewne kwestie, pozornie odległe, tworzą nieformalną, lecz zintegrowaną sieć społecznych oddziaływań i stratyfikacji. Stąd proste pytanie: wyobrażacie sobie państwo ex-zakonnicę, która drukuje na łamach wysokonakładowej prasy tekst o odejściu ze zgromadzenia zakonnego? I tłumaczy sobie i światu, dlaczego tak się stało, czego zabrakło, czego było aż nadto, wyjaśnia swoje motywy, pokazuje Kościół swoimi oczyma – a rzesze czytelników, także spośród wielkomiejskiej elity, z zainteresowaniem szeroko rozpościerają płachty poczytnych gazet? Owszem, są rzeczy na niebie i na ziemi, o których publicystom się nie śniło – teoretycznie jest to możliwe. Ale w praktyce?

Jeśli spojrzymy na powołanie sióstr zakonnych z wnętrza katolickiego nauczania, w zgodzie z licznymi szkołami duchowości, zawsze odnajdziemy ten sam motyw: służebności.

Chrystus jest Oblubieńcem, zakonnice są jak Maria i Marta. A ściślej: częściej są jak krzątająca się Marta. A jeszcze ściślej: czasem są jak zaharowana, poddana licznym rytuałom wspólnego życia Marta.

Chrystus to obietnica, na co dzień jest zgromadzenie, siostra przełożona, do ugotowania obiad dla zakonników, biskupia łazienka i toaleta do posprzątania, lekcje religii, zimny kościół od wczesnego rana, pościel kleryków do wyprania.

Część z zakonnic to także sekretarki, redaktorki, autorki tekstów – siostro-zakonna inteligencja. Ale i one nierzadko są ugrzecznione wobec mężczyzn: braci w wierze, braci większych, którzy mogą sobie pozwolić wobec nich na protekcjonalny ton – ponieważ pewne obyczaje nie zmieniają się od dekad. Jeśli wiele niekorzystnych dla kobiet wzorców społecznych trwa na dobre w świeckim świecie, to tym mocniej zakorzenione są we wspólnotach, które przenoszą swoją obyczajowość przez dekady. I kurczowo się ich trzymają, choć wciąż ubywa powołań, a obyczaje tych wspólnot wzmagają albo wprost powodują psychiczne problemy u kobiet, które założyły, a później zdjęły zakonne stroje.

 

*

Jeśli wrócić do problemu wyjściowego, czyli różnicy perspektyw wiary i niewiary, można stwierdzić oczywiście: skoro jest powołanie i zgoda na to powołanie, to jest i miłość służebna. Siostry zakonne przyjmują właśnie to, co ma dać im zbawienie. Ich podrzędność w eklezjalnej strukturze miałaby je zatem uświęcać. Tylko że w takim opisie – a książka Abramowicz przez swój programowy, choć stonowany dystans do katolickiego myślenia o katolicyzmie mocno to uwyraźnia – można pójść na łatwiznę. Można np. zgubić pytanie o to, czy wszelkie katolickie tradycje duchowe, związane z uświęceniem poprzez służbę, nie stają się znakomitym pretekstem do wyzysku. Po lekturze Zakonnic… chciałbym dyskusji na ten temat – jednak nie wiem, czy możliwa jest w tej sprawie jakakolwiek rozmowa ponad podziałami. I to z udziałem bezpośrednio zainteresowanych kobiet.

W Kościele, którego doświadczamy w doczesności, logikę „jeden drugich brzemiona noście” nie tak trudno zastąpić ideologią pokropionej kropidłem uległości. Wszyscy to znamy: najświętsze słowa naszego życia zaczynają brzmieć zimno i trącą fałszem, gdy okazuje się, że jedni zachęcają do noszenia krzyża, ale dźwigać mają go inni. Niestety, wielkie struktury mają to do siebie, że zbyt wielu jest w nich chętnych do uczenia się sensu cierpienia czy wyrzeczenia – byle na cudzym grzbiecie. Żeby było jasne: nie opisuję wyłącznie relacji duchowni–wierni, ponieważ bezduszność, brak zwykłego współczucia między ludźmi, którzy nazywają się braćmi i siostrami w wierze, zdarza się we wszelkich możliwych konfiguracjach.

Książka Abramowicz jest pytaniem o społeczny sens i konsekwencje wiary katolickiej, o dobro i zło, jakie współcześnie wnosi nasza wspólnota do życia polskiego na początku XXI w. Ex-zakonnice nie są „pustym miejscem”, na którym leży zarzucony na wieszaku habit. To czyjeś córki, siostry, żony / partnerki, matki, krewne, przyjaciółki, współpracownice. Poświęcona im praca nie nastraja optymistycznie, co z pewnością nie ułatwi recepcji w środowiskach „mniej oczywistych”. Kłopot i w tym, że lektura zaczyna się nadto sensacyjnie – po pierwszych kartkach obawiałem się wariacji na temat lesbijskiego soft-porno w okołokościelnych dekoracjach (czy to manifest autorki, czy nadzieje wydawcy na lepszą sprzedaż?). Szczęśliwie, pierwsze nie najlepsze wrażenie szybko pierzchło.

Czy Kościół jest wspólnotą zbawienia czy wykluczenia? Katechizmowa odpowiedź zderza się z ludzkimi doświadczeniami. Ale to nieuchronne. I sądzę, że na dłuższą metę pożyteczne także dla Kościoła w świecie doczesnym.

_

Marta Abramowicz

Zakonnice odchodzą po cichu

Wydawnictwo Krytyki Politycznej,

Warszawa 2016, s. 224

 

 

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter