70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wiem, że wiem mniej

W najnowszej książce s. prof. Barbara Chyrowicz zajęła się tematyką silnie obecną w debatach prywatnych i publicznych – rozterkami związanymi z początkiem i kresem życia, kwestią natury (w tym cielesności) ludzkiej i problemem jej modyfikacji.

Nie odnajdziemy jednak w tej publikacji gorących emocji charakterystycznych dla sporów o in vitro, aborcję, eutanazję czy zmianę płci. Autorka w pracy Bioetyka. Anatomia sporu zaprasza czytelników do tego, żeby na dyskusje rozpalające serca i umysły spojrzeć z chłodnym dystansem, a swoje stanowiska argumentować w sposób racjonalny. I choć z tego powodu trudno powiedzieć, że książkę czyta się jednym tchem – śledzenie przedstawionych w niej wnioskowań wymaga niekiedy nie lada skupienia i zrozumienia bardzo subtelnych niuansów – to niewątpliwie ogromną wartością jest tutaj ważenie słów, dbałość o logikę wywodu i, udana moim zdaniem, próba pokazania racjonalności również w stanowiskach innych niż własne.

To ta uczciwość w przedstawianiu rozumowania oponentów sprawia, że np. zwolennik poglądu mówiącego, iż życie człowieka zaczyna się wraz z chwilą powstania z gamet zygoty, musi zmierzyć się z argumentacją adwersarzy opartą na wiedzy biologicznej o początkowych fazach rozwoju zarodka – bo czy można nazwać człowiekiem zygotę, która ma możliwość podziału i rozwinięcia się w dwa lub więcej oddzielnych organizmów (ciąża mnoga monozygotyczna)? Jeśli tak, co dzieje się z tym indywidualnym człowiekiem, kiedy zygota ulega podziałowi? Umiera? Żyje w jednym z wieloraczków? Bioetyka… zmusza do przyznania, że po różnych stronach sporów bioetycznych znajdziemy przy dobrej woli przekonujące argumenty i logiczne interpretacje faktów biologicznych. To niewątpliwie duży atut tej publikacji – łatwo sobie przecież wyobrazić, że gdyby spierający się byli zawsze przekonani o racjonalności stanowiska oponentów, wzrósłby wzajemny szacunek rozmówców, a debaty musiałyby reprezentować poziom znacznie wyższy niż obecnie.

Kolejnym niezwykle cennym elementem jest pojawiające się wielokrotnie na kartach książki przesłanie o tym, że spory bioetyczne nie powinny być przez żadną ze stron sprowadzane do konfliktu wiary i niewiary. Chyrowicz pisze: „Uznanie ich [sporów bioetycznych] za spory natury światopoglądowej jest dużym uproszczeniem. Jeśli bowiem uznajemy je za takowe, to praktycznie rezygnujemy z trudu poszukiwania rozumowych racji dla przyjmowanych stanowisk bądź lekceważymy stanowisko adwersarza jako wykraczające poza możliwość racjonalnego uzasadnienia. (…) To nie znaczy, że wierzący mają w bioetycznych sporach ukrywać, że prócz racjonalnych argumentów podzielają nadto określone przekonania religijne, winni być jednak świadomi, że odwoływanie się do woli Boga jest dla niewierzących czystą abstrakcją” (s. 210–211). Myślę, że taka perspektywa jest ważna nie tylko w dyskusjach między wierzącymi i niewierzącymi, ale także w debatach samych katolików. Kiedy bowiem zamiast siły argumentu pojawia się argument siły (np. straszenie ekskomuniką), prowadzi to jedynie do powiększania się licznych już szeregów wierzących, którzy nie rozumieją wielu stanowisk swojego Kościoła, a co za tym idzie, nie potrafią i nie chcą ich bronić.

*

Staranność chyrowicz w oddawaniu sprawiedliwości osobom reprezentującym odmienne stanowiska, niestety, nie idzie w parze ze starannością w argumentowaniu własnych przekonań. Być może autorka uważa racje, na których je opiera, za tak oczywiste, że niekiedy zbędne wydaje jej się ich ponowne wyłuszczanie. Skutkuje to kilkoma – jak mniemam – skrótami myślowymi, które trudno uznać za przekonujące. Rzuca się to w oczy szczególnie przy omawianiu argumentów podnoszonych w dyskusjach o dopuszczalności przerywania ciąży w przypadku, gdy spodziewamy się, że mające się urodzić dziecko będzie obciążone poważnymi chorobami lub niepełnosprawnością.

„Troszcząc się o życie ciężko chorych dzieci – pisze Chyrowicz – staramy się najpierw – na ile to tylko możliwe – eliminować ich ból, pozbywanie się bólu nie musi być jednak eliminowaniem bólu wraz z cierpiącym. Podkreślam to, ponieważ w zdecydowanej większości krajów prawo zezwala na terminację ciąży, jeśli badania prenatalne wykażą trwałą i nieuleczalną chorobę »dziecka«. Tymczasem śmiertelnie chore dzieci nawet bez naszej »interwencji« żyją krótko” (s. 294). Przyznam, że jest to dla mnie szokująca odpowiedź na pytanie o to, czy nie należałoby oszczędzać życia tym, których egzystencja ma być ograniczona do cierpienia. Trudno zresztą dokładnie określić, co kryje się pod sformułowaniem „ciężko chore dzieci”, bo autorka nie precyzuje, o jakie choroby w tym fragmencie chodzi. Dwie strony wcześniej wspomina jedynie o pęcherzowym oddzielaniu się naskórka, chorobie Taya-Sachsa i zespole Lescha-Nyhana. Dotknięte nimi osoby żyją lub żyły odpowiednio (jak podano w książce) – dwa miesiące, 3–4 lata, kilka lub kilkanaście lat. Czy choćby dwa miesiące cierpienia to wystarczająco „krótko”, żeby zbyć pytanie o dopuszczalność przerywania ciąży w przypadku poważnej choroby płodu? Sama nie jestem przekonana, czy argument o oszczędzaniu cierpienia mającym się narodzić dzieciom nie jest w praktyce nadużywany. Uważam po prostu, że racje przedstawione przez Chyrowicz są w tym przypadku niewystarczające.

Podobne zastrzeżenia budzi akapit, który pozwolę sobie przytoczyć prawie w całości: „Wśród argumentów przemawiających za tym, by nie dopuszczać do urodzenia się nieuleczalnie chorych dzieci, wymienia się również obciążenie, jakie stanowią dla rodziców i społeczności, w której przyjdzie im żyć. (…) ale to nie śmiertelnie chorzy i niepełnosprawni są największym obciążeniem oraz przyczyną największych tragedii i dramatów tego świata. Nigdy nie stają się dyktatorami ani tyranami, nie prześladują i nie gnębią drugich, nie zdradzają, nie snują intryg, nie nienawidzą, nie wyzyskują – są bezradni” (s. 295). Chyrowicz znów zdaje się zbywać oponentów konstatacją nieodpowiadającą wcale na ich argumenty. Pisanie, że śmiertelnie chorzy i niepełnosprawni są bezradni (swoją drogą, chyba znów wkradło się tu uproszczenie) i nie zostają dyktatorami, w żaden sposób nie odnosi się do stwierdzenia, że są obciążeniem. Można się spierać, czy „obciążenie” to słowo, którego należy używać w tym kontekście, ale niewątpliwie dzieci ciężko chore potrzebują od opiekunów więcej uwagi, cierpliwości, pracy, ich leczenie jest droższe i bardziej czasochłonne. Nie twierdzę, że są to racje wystarczające, żeby nie pozwalać na narodziny dzieci chorych, ale spostrzeżenie Chyrowicz, że takie dziecko nie będzie snuć intryg, niestety, niewiele wnosi.

Wydaje się, że przytoczone fragmenty wynikają ze zbyt skrótowego omówienia stanowisk – argumentacja jest po prostu zdawkowa. Niestety, trudno było mi czasami zrozumieć też argumentację w tych miejscach, w których była ona bardziej rozwinięta.

W pewnym momencie pada w książce bardzo ciekawe pytanie – czym, z moralnego punktu widzenia, różni się wspomaganie funkcji odżywiania za pomocą sondy nosowo-żołądkowej od metod wspomaganej prokreacji np. w przypadku niedrożności jajowodów?

W jednym i drugim przypadku omija się niedrożny lub niewydolny odcinek, żeby umożliwić odżywianie bądź prokreację. W jednym i drugim przypadku problem medyczny nie zostaje wyleczony, ale jedynie ominięty. Dlaczego więc wspomaganie odżywiania nie budzi kontrowersji, zaś wspomaganie prokreacji budzi ich wiele? Pytanie jest trafne, ale odpowiedź nie do końca przekonująca.

*

Chyrowicz wyjaśnia, że jeśli przyjmiemy, że „współżycie rozumnych i wolnych istot prowadzące pośrednio do poczęcia nowego życia to jedynie fizjologiczny proces, podobnie jak proces odżywiania, krążenia czy oddychania (czyli poprzestaniemy na jednym tylko jego wymiarze), to sposób, w jaki dochodzi do poczęcia (wspomagany działaniem służb medycznych czy też nie), nie będzie miał z moralnego punktu widzenia żadnego znaczenia (…) Ograniczanie współżycia seksualnego ludzi jedynie do płaszczyzny fizjologii wydaje się jednak nieporozumieniem” (s. 176). Autorka tłumaczy, że współżycie ludzi nie jest odruchem, ale działaniem, o którego podjęciu ludzie decydują i które podlega moralnemu wartościowaniu. W tym miejscu można zapytać: czy nie tak samo jest z odżywianiem? Jeśli jego opisu nie ograniczymy do wymiaru fizjologii, to również można powiedzieć, że to działanie, o którym decydujemy i które oceniamy moralnie – coraz częściej pojawiają się pytania np. o to, czy moralne jest niezdrowe odżywianie się, w skrajnych przypadkach prowadzące do poważnych chorób i pośrednio śmierci. Jeszcze bardziej ewidentny wydaje się moralny aspekt odżywiania w przypadku dzieci. I odżywianie, i prokreację możemy więc albo sprowadzić do fizjologii, albo rozpatrywać ich aspekty kulturowe, społeczne, analizować ich wymiar moralny, rolę więziotwórczą itd.

Według autorki kolejnym wyróżnikiem prokreacji jest to, że działanie podjęte przez człowieka nie prowadzi bezpośrednio, a jedynie stwarza okazję, do powstania nowego życia. Współżycie umożliwia połączenie gamet, ale „ich połączenie jest naturalnym procesem niezależnym od ludzkiego chcenia” (s. 177). Znów wydaje się, że tak samo można powiedzieć o odżywianiu – człowiek podejmuje działania, które umożliwiają odżywianie organizmu, ale ostateczny wynik tych działań, czyli stopień przyswojenia różnych składników odżywczych, nie zależy od ludzkiego chcenia. To prawda, że w przypadku prokreacji ta przypadkowość efektów ludzkiego działania jest bardziej doniosła, ale nie zmienia to faktu, że nie może ona być traktowana jako cecha charakterystyczna jedynie dla ludzkiego rozmnażania. W przypadku odżywiania, podobnie jak w przypadku prokreacji, człowiek zostaje niejako skazany na współpracę ze swoją cielesną naturą.

Oczywiście niewiele sensu miałoby takie, być może małostkowe, czepianie się słówek, kiedy autorce chodzi o szerszą perspektywę, jej wywód prowadzi wszak do wyrażenia obaw o to, czy dążenie do coraz większej kontroli nad prokreacją nie doprowadzi do chęci decydowania o „biologicznej konstytucji” powoływanych do życia istot. Kilka stron dalej, już we fragmencie o klonowaniu, autorka pisze: „Życie człowieka zostaje tutaj bowiem poprzedzone decyzją nie tylko samego zaistnienia (co nie szokuje, bo nikt z żyjących nie podejmował decyzji o własnym zaistnieniu), ale także zaistnienia z konkretnym genomem, który zostaje z jakichś powodów uznany przez decydenta za korzystny. Taka decyzja w specyficzny sposób naruszałaby wolność człowieka, który zostałby »zaplanowany«. Gdyby zdarzyło się, że klon nie będzie podążał przewidywaną drogą, powołanie go do życia mogłoby (nie twierdzę, że musiałoby) zostać uznane za pomyłkę” (s. 184). I tu znów nasuwa się pytanie – czy brak uprzedniej wiedzy o tym, jakie urodzi się dziecko (chore czy zdrowe, z takim genomem czy innym), chroni jakkolwiek przed sytuacją, w której rodzic uznaje powołanie dziecka do życia za pomyłkę? Rozpatrujemy tu sytuację przykrą i na wiele sposobów niewłaściwą, ale możliwą niezależnie od tego, czy dziecko zostało poczęte naturalnie, w procesie in vitro czy gdyby miało być klonem. Rodzice mieli oczekiwania wobec potomstwa na długo, zanim wynaleziono metody wspomagania prokreacji, i od dawna z powodu tych oczekiwań bywali swoimi dziećmi rozczarowani.

Laikowi w dziedzinie filozofii, jakim jestem, trudno z samej tylko lektury Bioetyki… wychwycić, na czym polega szczególny status ludzkiej prokreacji, który sprawia, że ingerencje medyczne w ten proces są tak kontrowersyjne. Można oczywiście próbować rekonstruować argumentację na podstawie innych źródeł – przez wiele osób prokreacja uznawana jest za proces szczególny, prawie boski niemalże z definicji, ponieważ prowadzi do powstania nowego życia. Ewa Kiedio, np. w książce Osobliwe skutki małżeństwa, używa słów „uczestniczenie dwojga ludzi w dziele Stwórcy” (s. 44). Zastanawiam się tylko, czy gdybyśmy chcieli iść za zaproszeniem Chyrowicz i spróbowali poszukać racjonalnych przesłanek, to znaleźlibyśmy ostre, wyraźne różnice między prokreacją i odżywianiem, którego etymologiczne znaczenie to przecież „przywracanie do życia”, „ożywianie” (za Andrzejem Bańkowskim i jego Etymologicznym słownikiem języka polskiego). W wyniku prokreacji życie dostaje nowy organizm, w wyniku odżywiania życie danego organizmu jest podtrzymane, odnowione. Czy można racjonalnie uzasadnić, dlaczego pierwszy proces miałby być oceniany jako ważniejszy od drugiego? Lub jako bardziej godny uwagi czy ochrony przed modyfikacją? Czy „przywracanie do życia” można rzeczywiście uznać za mniej istotne niż do życia powoływanie?

Sama mam wątpliwości, czy powyższe pytania są zasadne, bo przecież wszyscy czujemy, że ludzka prokreacja jest w jakiś sposób zjawiskiem szczególnym. Tylko kiedy próbuję, zachęcona lekturą Bioetyki…, zrozumieć, na czym owa szczególność miałaby polegać, okazuje się, że wymyka się ona definicjom. Znalezienie racjonalnego wyjaśnienia wydaje się zaś kluczowe dla debat związanych z początkiem życia, chociażby dla sporów o in vitro.

*

Książka s. prof. Barbary Chyrowicz, w dużej części jest przeglądem stanowisk, argumentów i definicji pojęć najczęściej padających w debatach bioetycznych, nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Z jej kart wynika, że w niektórych sporach obie strony mają mocne argumenty, w innych nikt nie znajduje dobrych odpowiedzi. Myślę, że po tej lekturze jeszcze częściej będę skłonna powiedzieć „nie wiem” lub „nie rozumiem”. Być może dlatego że nie jestem filozofem. A być może dlatego że autorce udało się pokazać, iż posiadanie wątpliwości i zawieszanie sądów w bioetyce to niekiedy najbardziej racjonalne stanowisko.

_

Barbara Chyrowicz

Bioetyka. Anatomia sporu

Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 410

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata