70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polski miesiąc – lipiec 2017

Abstrakcyjne zasady trójpodziału władzy i niezależności sądów stały się podczas ostatnich protestów hasłami wiecowymi. Udało się uniknąć języka nienawiści. Demonstracjom towarzyszył pewien rodzaj samokontroli – trochę tak jak w czasach Solidarności, gdy mówiło się o „samoograniczającej się rewolucji”.

Propozycje Prawa i Sprawiedliwości dotyczące reformy sądow­nictwa, ale także innych sfer życia społecznego, oceniam w dość sze­rokiej perspektywie historycznej. Widzę w nich próbę głębokiej korekty (lub nawet zaprzeczenia) nowożytnej tradycji demokratycz­nego państwa prawa, która zawsze zmierzała do zagwarantowania indywidualnej i zbiorowej podmio­towości oraz do ochrony wolności człowieka, pozwalającej rozwinąć mu potencjał bez ograniczenia wolności innych. Po pierwsze, taka tendencja widoczna jest w dążeniu do jednolitości władzy i podpo­rządkowania sfery ustawodawczej i sądowniczej władzy wykonaw­czej. Towarzyszy temu sceptycyzm wobec bezosobowych reguł prawa, które w demokracji liberalnej mają gwarantować, że w rozstrzy­ganiu o ludzkim losie głównej roli nie będą grać emocje, wzajemne animozje ani bieżący interes poli­tyczny. Zamiast tego obóz rządzący pokłada nadzieję we „właściwej” obsadzie konkretnych stanowisk – wydaje mi się to naiwne i niebez­pieczne. Po drugie, PiS zdaje się odrzucać zasadę pomocniczości, która zakłada ważną rolę insty­tucji pośredniczących (organizacji pozarządowych, mediów, samo­rządu terytorialnego) między jed­nostkami a władzą centralną. Oba te dążenia łączy pragnienie konso­lidacji władzy bez oglądania się na ramy wyznaczone przez obowiązu­jącą konstytucję.

W tym kontekście żal mi wysiłku kilku pokoleń, które nie tylko po 1989 r., ale jeszcze w cza­sach PRL-u działały na rzecz demo­kratyzacji i tworzenia poczucia odpowiedzialności za państwo. To banał, jednak nie mogę uwolnić się od myśli, o ile łatwiej jest burzyć, niż budować. Jeszcze bardziej sta­nowczo niż zwykle należy więc wskazać na wielką rolę właściwej edukacji obywatelskiej i koniecz­ność zdobywania wiedzy o ustroju państwa. A przy tym – szkoła nie może uczyć jedynie teorii, ale powinna realizować także pewne formy zaangażowania w życie oby­watelskie, tak aby młodzi ludzie mogli poczuć ponadjednostkową i ponadrodzinną odpowiedzial­ność. Czysto racjonalny wykład nie wystarczy. Niezbędne są do tego emocje, a ich mądre urucho­mienie to zadanie również dla arty­stów, którzy poprzez film, literaturę popularną, a może i internetowe memy mogliby oddziaływać na szerszą publiczność.

Niemniej lipcowe protesty w obronie sądów, konstytucji i obecności Polski w Unii Euro­pejskiej stanowią dla mnie świa­dectwo skokowego podniesienia poziomu świadomości obywatel­skiej. Dość abstrakcyjne zasady trójpodziału władzy i niezależ­ności sądów stały się hasłami wiecowymi. Udało się przy tym uniknąć języka nienawiści i nega­tywnych emocji. Demonstracjom towarzyszył pewien rodzaj samo­kontroli – trochę tak jak w cza­sach Solidarności, gdy mówiło się o „samoograniczającej się rewo­lucji”. W protesty zaangażowali się młodzi ludzie, dla których było to być może pierwsze zde­rzenie z życiem publicznym i poli­tyką. Dla mnie i moich rówieś-ników takim inicjalnym doświad­

czeniem był marzec 1968 r., dla nieco młodszych – rok 1980 i Soli­darność, dla jeszcze młodszych – przełom roku 1989. Mam nadzieję, że obecne manifestacje są począt­kiem podobnego doświadczenia dla pokolenia urodzonego po 1989 r. Udział w protestach może też doprowadzić do wyłonienia się nowych liderów – młodych ludzi, którzy odkryją w sobie wolę zaan­gażowania, talent do porywania tłumów, zdolności przywódcze. Lipiec 2017 ma szansę stać się nowym „polskim miesiącem”.

Zastanawiające jest milczenie Kościoła hierarchicznego, który ma przecież prawo – a nawet powinność – by wypowiadać się na poziomie metapolitycznym, tj. przypominać w zaktualizowanej formie zasady zaczerpnięte ze swego społecznego nauczania, przykładać etyczne normy do kwestii politycznych, stroniąc od popierania czy krytyki konkret­nych partii. W sprawie sądow­nictwa Kościół nie sformułował jednak wyraźnego stanowiska, nie stworzył też przestrzeni do spo­tkania zwaśnionych stron. Być może w zakulisowych zabiegach niektórzy hierarchowie pomogli podjąć prezydentowi decyzję o podwójnym weto. Biskupi jednak najwyraźniej nie chcą lub nie mogą – ze względu na różnicę zdań – pełnić takiej funkcji jak wcześniej, gdy np. pomogli doprowadzić do rozmów Okrągłego Stołu w 1989 r., legitymizując w pewnym stopniu porozumienie między władzą a opozycją i pomagając w ucywi­lizowaniu konfliktu. Myślę, że ten zanik mediacyjnej roli Kościoła w procesie politycznym stanowi istotne zjawisko – zapewne wła­ściwe dla czasów demokracji, ale niezgodne z dobrze sprawdzoną polską tradycją.

W „Znaku” efektem lipco­wych wydarzeń było usunięcie Jarosława Gowina z honorowego grona Zespołu pisma. Nie była to łatwa decyzja. Drogi większości osób z naszego środowiska od dłuż­szego czasu stopniowo rozchodziły się z politycznym zaangażowaniem obecnego ministra nauki. Przez długi czas uważaliśmy jednak, że podzielamy pewne minimum wspólnych wartości dotyczą­cych kształtu naszego państwa i że w ramach otwartości, którą zawsze deklarowaliśmy, możemy toczyć spór o konkretne propo­zycje reform. Pierwszym sygnałem, że tak nie jest, była kwestia Try­bunału Konstytucyjnego i szereg „ustaw naprawczych”, które – jak się wydaje – doprowadziły ostatecznie do jego ubezwłasnowolnienia. Kolejna rozbieżność pojawia się przy ocenie problemu uchodźców i migrantów. Głosowanie przez Jarosława Gowina za zmianami w sądownictwie, a zwłaszcza za ustawą o Sądzie Najwyższym, uzna­liśmy za świadectwo naruszenia zarówno podstawowych wartości konstytucyjnych, jak i tych wypły­wających z perspektywy chrześci­jańskiej. Stwierdziliśmy zgodnie, że ograniczenie niezależności sądów stanowi bezpośrednie zagro­żenie dla godności osoby ludzkiej. Każdy, kto popierałby takie rozwią­zania, niezależnie od tego, do jakiej partii politycznej należy, postawiłby się poza środowiskiem „Znaku” i wartościami, które zawsze były w nim ważne.

Istnieje pewna analogia, dostrzeżona zresztą przez opinię publiczną, między głosowaniem w 1976 r. nad zmianami w konsty­tucji a sytuacją obecną. Wówczas wprowadzono do ustawy zasad­niczej zapisy o przewodniej roli PZPR, czyli definitywnym scen­tralizowaniu niedemokratycznej władzy, i o przyjaźni ze Związ­kiem Radzieckim, w konsekwencji oficjalnie potwierdzając ograni­czoną suwerenność Polski. Nastą­piła bolesna sytuacja, gdy spośród pięciu posłów koła poselskiego Znak jedynie Stanisław Stomma nie poparł tych zmian. Środo­wisko dało wówczas jasno do zro­zumienia – na tyle, na ile było to możliwe wobec cenzury – że czterej posłowie głosujący „za” nie są już jego reprezentantami. Decyzja Stommy wiązała się ze znacznym ryzykiem – ewentualne represje groziły nie tylko jemu oso­biście, lecz także naszym pismom i wydawnictwu. Jarosław Gowin, ryzykując znacznie mniej, wsparł niebezpieczny projekt zmian i w konsekwencji – w opinii całej redakcji – sam postawił się poza demokratycznymi tradycjami „Znaku”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata