70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie dla zysku

Potrzebujemy dziś rozwijania myślenia dalekosiężnego, pozwalającego lepiej zrozumieć charakter naszej odpowiedzialności za siebie nawzajem, za środowisko naturalne i za kształt naszej demokracji.

Anna Marchewka: Panie Profesorze, chciałabym porozmawiać o tym, co jest mi (nie tylko jako krytyczce literackiej i literaturoznawczyni) najdroższe, czyli o ekonomii nieopłacalności.

Jerzy Hausner: A co to jest „ekonomia nieopłacal­ności”?

 

To bardziej metafora niż pojęcie. Obejmuje wszystkie tzw. niematerialne dobra kulturowe i działania kulturotwórcze, które rzekomo pozbawione są szans na wypracowanie jakiegokolwiek zysku. Ekonomia nieopłacalności, czyli wszystko to, co się nie opłaca. Nieco upraszczając – np. po 1989r. uwierzyliśmy (czy też daliśmy się przekonać – tylko czy mówiąc tak, nie zrzucalibyśmy z siebie odpowiedzialności za tę przemianę?), że nauki humanistyczne są nieproduktywne, wyłącznie pożerają środki i nie oferują zbyt wiele w zamian. A przecież właśnie to, co niby nieopłacalne, może ostatecznie okazać się niezbędne dla prowadzenia dobrego życia. Możemy przecież podawać niezliczone przykłady, gdy kierowanie się wyłącznie imperatywami rynku prowadzi do katastrof, kryzysów czy zapaści ekonomicznych.

Niektórzy ekonomiści są przekonani, że wartościowe jest tylko to, co jest opłacalne. A co to znaczy? Tyle, że to coś można wycenić i za to zapłacić. Dla nich cena jest miarą wartości, a to, czego nie można wycenić, nie ma wartości. Uważam taki pogląd za niesłuszny, niebezpieczny, a nawet – niegodziwy.

Jeśli wszystko jest mone­tyzowane, wszystko jest na sprzedaż, to życie zostaje urzeczowione i staje się liczbą.

W ujęciu teoretycznym owi eko­nomiści proponują następujące rozu­mowanie: nawet jeśli jakieś dobro nie jest przedmiotem obrotu rynkowego, to wcale nie znaczy, że nie możemy symulować rynku, czyli zastanawiać się nad tym, jak owa rzecz zostałaby wyceniona, gdyby była przedmiotem transakcji. W jaki sposób określić taką cenę? Możemy np. zapytać respon­dentów, ile byliby gotowi zapłacić za coś, czego w istocie rzeczy kupić nie mogą. W ten sposób ekonomiści wyce­niają np. wartość parku krajobrazowego albo ekspozycji, którą możemy oglądać w publicznej galerii sztuki. Niektórzy próbują nawet wyceniać wartość ludz­kiego życia – na tym zasadza się prze­cież ubezpieczenie na życie. Negatywne konsekwencje takiego podejścia znako­micie opisuje m.in. amerykański myśli­ciel Michael Sandel.

Ekonomiści głównego nurtu usu­nęli problem wartości, uznając, że jest to wyłącznie sprawa filozofów. Ską­dinąd szereg nurtów filozoficznych również unika tego tematu, uważając, że mówienie o wartościach prowadzi często do ich nieuprawnionej absolu­tyzacji, zaś takie „absolutne wartości” przyjmowane bez dozy sceptycyzmu mogą sprzyjać wytwarzaniu postaw fanatycznych i autorytarnych. Pro­blematyka wartości stała się więc nawet nie tyle letnia, ile nawet gorzej – podejrzana. Wobec usunięcia tema­tyki aksjologicznej z dyskursu ekono­micznego oraz braku silnej inspiracji ze strony współczesnej filozofii (choć trzeba oczywiście szczególnie cenić tych, którzy się nią mimo wszystko zaj­mują) stajemy dziś przed poważnym problemem, w jaki sposób przywrócić w debacie publicznej rozsądny i prze­konujący język wartości.

 

Co powinno charakteryzować ten nowy sposób mówienia o wartościach i w jaki sposób można go rozpowszechnić?

Oczywiście łatwiej odpowiedzieć, czego unikać, niż co powinniśmy zrobić. Wiemy, że chcemy znaleźć złoty środek między absolutyzacją wartości (przed którą bronią się filo­zofowie) oraz ujmowaniem wartości wyłącznie w kategoriach mechani­zmów rynkowej wyceny (co proponują neoklasyczni ekonomiści). Sądzę, że warto rozważyć następujące tezy. Po pierwsze, powinniśmy przyjąć, że war­tości są wytwarzane. Na ogół mówimy o nich, albo je psychologizując (czyli sprowadzając do indywidualnych postaw i wyborów), albo uznając za coś, co należy wyznawać.

 

Słowo „wyznawać” kojarzy się z porządkiem religijnym.

To nie musi być religijność w znaczeniu wąskim – choć „wyznawanie war­tości” nosi pewne cechy analogiczne do „wyznania wiary”. „Ja wyznaję”, „ja się przyznaję do”, „ja się odnoszę do tego w ten sposób i innego nie dopusz­czam” – żadna z tych wypowiedzi nie otwiera się na dyskusję, każda z nich jest kategoryczna. Potrzebne jest nam zaś jasne przekonanie, że wartości ist­nieją, ponieważ powstają w toku ludz­kiej aktywności. Po drugie, powinniśmy uznać, że owo wytwarzanie wartości jest procesem społecznym, czyli że wyłaniają się one dzięki komunikacji i współdziałaniu jednostek, wykuwają się we wspólnej dyskusji i przy ważeniu różnych racji. Po trzecie, fundamen­talne znaczenie ma zrozumienie rozróżnienia pomiędzy wartościami egzystencjalnymi i instrumentalnymi. Wartości egzystencjalne wynikają ze wspólnotowości i ją podtrzymują. Dzięki nim możemy przetrwać. War­tości instrumentalne zaś mają prak­tyczne znaczenie, umożliwiają nam aktywność i służą osiągnięciu wyzna­czanych celów. Podstawą wytwarzania racji instrumentalnych jest istnienie racji egzystencjalnych. Po czwarte, oznacza to więc, że mamy do czynienia z pewnym procesem, który nazywam procesem okrężności, polegającym na tym, że jeśli w oparciu o wytworzone wartości egzystencjalne wytwarza-my wartości instrumentalne, musimy zadbać o to, aby nie górowały one nad tymi egzystencjalnymi i nie niszczyły ich. Obecnie gospodarowanie jest pro­cesem linearnym, a to znaczy, że koncentrujemy się na uzyskiwaniu nad­wyżki w stosunku do kosztów, które ponosimy w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Jedyną miarą powodzenia jest zysk, a ignorujemy fakt, że niejako przy okazji powstaje również wiele takich zjawisk, które zagrażają temu, co dla nas ważne. Kon­sekwencje są zatrważające, bowiem tak oto niszczymy zdolność do podtrzy­mywania samego procesu gospoda­rowania. W moim przekonaniu celem powinno być przejście od gospodarki linearnej do okrężnej (circular eco­nomy), w której zachowuje się, odnawia, pomnaża istniejące zasoby i tworzy nowe. Możemy to sobie wyobrazić poprzez porównanie do okrężnej metody recyklingu opierającej się na minimalizacji ilości odpadów. Ale oczy­wiście to najprostsza forma okrężności.

 

Czy moglibyśmy opisać konkretny przypadek, gdy wartości instrumentalne zyskują przewagę nad wartościami egzystencjalnymi?

Mój ulubiony przykład to gospodarka leśna. Myślę, że przemawia on do wyobraźni większości ludzi. Prowa­dzimy ją m.in. (nie przede wszystkim, jak ostatnio próbuje się nam wmawiać) dla pozyskiwania surowców. Szcze­gólnie cenne jest dla nas drewno. Co się jednak dzieje, gdy gospodarka leśna sprowadzona jest tylko do szybkiego pozyskania drewna (wartości instru­mentalnej)? W ten sposób niszczona jest podstawa procesu wytwarzania tego surowca, którą jest samo istnienie lasu (wartość egzystencjalna). Konse­kwencją rabunkowego gospodaro­wania jest ostatecznie utrata źródła zysku i więcej – utrata bezcennej prze­strzeni dla ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego życia.

 

Nieco inaczej rzecz ujmując, można powiedzieć, że powinniśmy umieć przekroczyć perspektywę antropocentryczną, w której człowiek i jego zyski są jedynym kryterium oceny naszej działalności.

Owszem. Przykłady związane z nisz­czeniem środowiska naturalnego są najbardziej sugestywne, ponieważ łatwo na ich podstawie zauważyć, jak szybko i spektakularnie przebiega tam proces degradacji. Ale zasoby, które niszczymy, prowadząc do wielorakich groźnych konsekwencji dla nas samych, to nie tylko zasoby naturalne. Nieposkromiona logika rynkowa staje się też zagrożeniem dla demokracji i dla naszych skromnych zasobów kultury politycznej. Dlaczego powszechne jest przekonanie, że nie ma dziś mężów stanu i wybitnych polityków? Jednym z czynników jest komercjalizacja polityki i sprowadzenie obywateli do poziomu i roli politycznej klienteli. Obywatele konsumenci traktują poli­tyków jako tych, którzy mają od nich coś kupić lub coś im zaoferować. Sfera publiczna zostaje zawładnięta przez logikę transakcji. Komunikacja między politykami i obywatelami oparta jest na zasadzie dealu: jeśli wy nam coś dacie, to my na was zagłosujemy. Oznacza to, że ważną częścią polityki staje się działalność marketingowa. Polityka nie jest wtedy pojmowana jako rozumna troska o dobro wspólne, w której tworzy się warunki do rozwoju jednostek i grup. Staje się raczej pro­cesem, w którym chodzi o to, by prze­konać innych, że „ja dam wam więcej”; niekoniecznie dotrzymując przy tym słowa, ponieważ efektów pracy działu marketingu nie ocenia się, sprawdzając, czy dotrzymuje się składanych obietnic, tylko ile transakcji się zawarło – w tym przypadku, ile mamy głosów.

 

Okazuje się, że to wystarczająco zuchwałe zmyślenie – zarówno w sprzedaży produktów, jak i w polityce – może zapewnić wygraną?

Krótko rzecz ujmując: w marketingu tak naprawdę chodzi o to, aby skrócić drogę produktu na śmietnik. Im szyb­ciej produkt tam trafi, tym więcej go sprzedam, bo tym więcej kolejnych sztuk ludzie będą potrzebować. Pod­kreślam: jest to działalność niszcząca i rabunkowa.

Zwróciłbym uwagę, że prymat wartości instrumentalnych prowadzi też do podważania pewnego rodzaju cech (kiedyś powiedzielibyśmy: cnót), takich jak zaufanie, słowność, współ­odpowiedzialność, bez których nie może istnieć żadne społeczeństwo.

Kiedy może wyłonić się współodpowie­dzialność? Wtedy gdy istnieje pewna zależność, którą potrafię dostrzec i zrozumieć, pomiędzy moimi dzia­łaniami i ich konsekwencjami dla innych.

Oznacza to jednak, że musi upłynąć czas na wystąpienie pew­nych sekwencji zdarzeń. Jeśli jednak wszystko sprowadzone jest do kon­sumpcji, to znaczy, że staje się aktem, który ma dokonywać się natychmiast, w którym nie ma perspektywy cza­sowej. Konsumpcyjna gonitwa rodzi kompresję czasu. W społeczeństwie konsumpcyjnym czas koncentruje się w jednym momencie, liczy się to, co jest „teraz”. W takim ujęciu większość relacji sprowadza się do działań typu „biorę-daję” i „kupuję-sprzedaję”, a nie: „rozwijam”. W krótkiej perspektywie oportunistyczne działania konsump­cyjne wydają się racjonalne; nie jest tak jednak w perspektywie dłuższej. Potrzebujemy dziś rozwijania myślenia dalekosiężnego, pozwalającego lepiej zrozumieć charakter naszej odpowie­dzialności za siebie nawzajem, za śro­dowisko naturalne i za kształt naszej demokracji.

Jak przekonywać do tego innych? Użyteczne są wyraziste obrazy. Dla­czego ludzie tak dobrze rozumieją przywołany wcześniej przykład gospodarki leśnej? Z bardzo prostego powodu: znają las z własnego doświad­czenia, doceniają to, że mogą w nim spędzać czas. Las jest symbolem czegoś bardzo potrzebnego: ciszy, spokoju, poczucia wolności, piękna, zdrowia. Pomiędzy wartością egzy­stencjalną, czyli tą, że ludzkość nie przetrwa bez lasu, a wartością instrumentalną, czyli tą, którą jest pozyski­wanie surowców, jest jeszcze jakaś wartość społeczna – to, że las stanowi ulubione miejsce wypoczynku. Proste przykłady łatwo przypominają nam, że konieczne jest zachowywanie równowagi między aktywnością zorien­towaną na zysk a troską o inne ważne dla nas wartości.

 

Z Pańskiej wypowiedzi wyłania się obraz ludzkości na skraju katastrofy. Z jednej strony jesteśmy nastawieni na mierzalny finansowo sukces, a każda klęska jest pozbawiona wartości (nie jest w cenie), ale z drugiej strony ciężko na nią pracujemy, zabiegamy o nią w rytmie „akcja-reakcja”, „skup i sprzedaż”. Wydaje się, że wiele osób wie o tym, o czym Pan mówi, ale jednocześnie z tej wiedzy dużo nie wynika. Jak przejść od myślenia do działania? Kto może pełnić funkcję strażników chroniących procesy rozwojowe, a wygaszających te dewastacyjne? To chyba rola państwowców, czyli tych, którzy podejmują opiekę nad systemem.

Rzeczywiście, być może jesteśmy na skraju jakiejś katastrofy. Znamy z dziejów przykłady upadków impe­riów, które prowadziły eksploatację zasobów bez zdolności do ich regene­racji (przykładem są choćby starożytne państwa oparte na zarządzaniu zaso­bami wodnymi). Różnica polega na tym, że dziś tworzymy nieznaną w ludzkiej historii cywilizację globalną. Czy skończymy tak jak mieszkańcy Rapa Nui (Wyspy Wielkanocnej)? Jestem, mimo wszystko, optymistą. Źródła nadziei dostrzegam w działa­niach podejmowanych z dwóch stron.

Konieczne jest oddziaływanie odgórne (top-down) ze strony państw i organizacji międzynarodowych. Pełnią one już funkcje „strażników”, którzy są w stanie nie tyle powstrzymać, ile spo­wolnić procesy np. ekologicznej degra­dacji czy zmian klimatycznych. Coraz lepiej uświadamiamy sobie globalny charakter tych problemów i nasz wciąż lokalny sposób reagowania. Wydaje się, że te światowe wyzwania wymagałyby wzmocnienia struktur działań międzynarodowych – niestety, obserwujemy też dziś przeciwną tendencję do izo­lacjonizmu i kierowania się wyłącznie wąsko pojętym interesem narodowym. To jednak droga donikąd, skoro wymie­nione problemy nie respektują przecież państwowych granic.

Choć doceniam i uważam za niezbędne działania za pomocą pań­stwowych regulacji prawnych, to chcę podkreślić też znaczenie działań oddol­nych (bottom-up). Ważna jest tu oczy­wiście konsumencka świadomość jednostek, np. wynikająca z wiedzy na temat składu i pochodzenia pro­duktu, tego, kto i w jakich warunkach go wytwarza.

 

To, co prywatne, okazuje się  więc polityczne.

Tak, choć chcę zwrócić uwagę na istotność wymiaru znajdującego się pomiędzy prywatnym życiem jednostki a polityczną sferą władzy, czyli na sferę publiczno-obywa­telską. Upodmiotowienie ludzi jako aktorów gospodarczych nie jest moż­liwe tylko za pośrednictwem działań jednostkowych. Oczywiście zmiana wzorów konsumpcyjnych jest ważna i może oddziaływać na rynek (już dziś zmniejsza się np. segment żywności śmieciowej), ale iluzją jest to, że dobrze poinformowani konsumenci uzbro­jeni w media społecznościowe będą w stanie samodzielnie odwrócić glo­balne trendy.

Dlatego w moich analizach sku­piam się na trzech fundamentalnych jednostkach organizujących nasze życie, jakimi są: przedsiębiorstwo, szkoła, miasto. Oddolne działania wychodzące z tych organizacji mogą się stać poważnym wsparciem dla pro­cesów odgórnego zarządzania publicz­nego.

Podejmowane przez różne pań­stwa i miasta próby stworzenia nowej Doliny Krzemowej kończą się klęską. Nie wystarczy bowiem odgórne uru­chamianie bodźców finansowych, lecz konieczne jest organicznie formowane środowisko społeczne, w którym dzia­łają firmy, szkoły, lecz również insty­tucje kultury.

Przy czym ważne są nie tylko materialne i infrastrukturalne powiązania między nimi, ale także te niematerialne, wynikające z komu­nikacji, współdziałania i wspólnego wytwarzania wartości intelektualnych. Te drugie są coraz ważniejsze, choć bez tych pierwszych się nie rozwiną.

 

Co powinno charakteryzować firmy, które byłyby w stanie wyzwolić się z fiksacji na punkcie – nieodpowiedzialnego i oderwanego od swojego społecznego otoczenia – zysku?

Potrzebnej do przełamania obecnego kryzysu siły nie znajdziemy w pojedyn­czych czynnikach i organizacjach ani w wyodrębnionych sektorach aktyw­ności. Możemy ją wytworzyć tylko przez wygenerowanie nowych, specyficznych powiązań między różnymi aktorami i zasobami, które pozostają w ich dys­pozycji. Przy czym te powiązania muszą mieć zarówno materialną (twardą), jak i niematerialną naturę, być po części mocne, a po części słabe.

Pożądany proces musi się rozpo­cząć równolegle w różnych miejscach, jednak zwłaszcza w miastach, firmach i szkołach. To konkretne organizacje muszą inicjować partnerskie współ­działanie odnoszące się w szczególności do: wykorzystania własnych zasobów i potencjału, wytwarzania i współwy­twarzania wartości oraz wywoływania rozwojowej okrężności. I aby tak się stało, poszczególne autonomiczne organizacje muszą same zdefiniować swój specyficzny proces generowania wartości i podjąć współpracę z tymi interesariuszami, od których zależy jego podtrzymywanie i doskonalenie. Poszczególne, miasta, firmy i szkoły muszą stawać się miastami-ideami, fir­mami-ideami, szkołami-ideami i współ­tworzyć swoje nowe środowisko aktyw­ności. Muszą, partnersko współdzia­łając, stworzyć swój archipelag i wykre­ować własne pole grawitacyjne, umoż­liwiające wyjście poza dotychczasowy oportunistyczny schemat.

 

Jak postrzega Pan rolę firm opartych na zasadach ekonomii współpracy czy współdzielenia (sharing economy), takich jak BlaBlaCar, Uber czy Airbnb? Proponują one nowe formy organizacji pracy, bardziej horyzontalne i oparte nie na posiadaniu, lecz na współużytkowaniu produktów. Jednocześnie budzą one jednak pewne kontrowersje.

Jestem wobec nich sceptyczny. Wymie­nione przez Panią firmy tworzą inter­netowe platformy usługowe, które pozwalają taniej niż na otwartym runku dostarczać pewne usługi (np. transportowe czy hotelarskie), łącząc bezpośrednio usługodawcę i usługo­biorcę. Firmy pobierają w nich jedynie drobną prowizję, ale masowość tych transakcji sprawia, że szybko osią­gają olbrzymie zyski. Airbnb w ciągu 10 lat uzyskało wyższą kapitalizację niż działające od wieku Hilton czy Marriott. Warto jednak zaznaczyć, że takie firmy, korzystając z kapitału fizycznego posiadanego przez innych (np. samochodów, mieszkań), nie mają obowiązku go utrzymywać, amorty­zować i odtwarzać. Nie muszą wła­ściwie tworzyć żadnych dóbr – prospe­rują dzięki wykorzystywaniu cudzej działalności. Można się obawiać, czy przy ich dalszym rozwoju nie grozi nam rynkowa monokultura – mono­pole dystrybucyjne, które są groź­niejsze niż monopole wytwórcze.

Mimo że te firmy pracują na godnym uwagi modelu płacenia za używanie (pay-for-use) zamiast pła­cenia za posiadanie (pay-for-owner­ship), to niestety, ostatecznie stanowią jeszcze jeden przykład eksploatacji cudzych zasobów bez ich odnawiania. Myślę jednak, że ekonomia współdzie­lenia jest możliwa też w innej wersji. Mogłaby odegrać swoją rolę alterna­tywy dla linearnego modelu biznesu, gdyby np. uczestnicy takiej platformy mieli wpływ na podział korzyści wyni­kających z ich zaangażowania. Wów­czas nastąpiłoby rzeczywiste uspołecz­nienie całego procesu gospodarowania.

 

Teatr czy biblioteki, których wywrotowy charakter wynika z tego, że opierają się nie na posiadaniu, ale na wymianie idei, budowaniu kompetencji kulturowych oraz wzmacnianiu więzi społecznych, nie są zwykłymi przedsiębiorstwami. Często zdają się nie być traktowane poważnie, ale przecież toczy się o nie zaciekła walka polityczna. Jak powinno wyglądać zarządzanie instytucjami kultury? Czy jest możliwie zabezpieczenie ich działania przed przejęciem i użyciem przez stronnictwa polityczne?

Spójrzmy na rolę instytucji kultury z perspektywy ekonomicznej jako na część tkanki społecznej, w której funkcjonują przedsiębiorstwa. Firmy powinny być zdolne do innowacyj­ności, która polega również na zdol­ności do nowego ujmowania różnych procesów, produktów i samego siebie. Ta zdolność wynika z kreatywności jed­nostek, która rodzi się dzięki odpowied­niej socjalizacji w rodzinach, kształ­cenia w szkołach i rozwijaniu kompe­tencji kulturowych.

Jeśli nadaję współwytwarzaniu wartości tak duże znaczenie w pro­cesie wychodzenia z globalnego kry­zysu, to także po to, aby podkreślić szczególną rolę kultury, rozumianej tu jako aksjologiczny wymiar spo­łecznej aktywności. Kultura jest klu­czowa dla przeobrażenia naszej cywi­lizacji, tym bardziej, im mocniej została ona zdominowana przez technologię. W technologii wyjścia nie znajdziemy, raczej pociągnie nas na dno, jeśli nie zrównoważymy jej kulturą. To kultura generuje przecież nowe perspektywy poznawcze, języki refleksji oraz płasz­czyzny komunikacji społecznej. Tech­nologia daje nam narzędzia, ale sama nie określi, do czego powinny nam posłużyć. Jest zawsze przydatna tak w czynieniu dobra, jak i zła. I na ogół jest tak, że jedni czynią z niej dobry, ale inni zły użytek. Sama technologia temu nie może zapobiec. Zmiana może wynikać tylko z kultury, nada­jącej naszej aktywności wymiar aksjo­normatywny. Tylko wtedy poprzez dyskurs i kształtowanie określonych zinstytucjonalizowanych relacji spo­łecznych będziemy mogli pójść w kie­runku tego, co społecznie korzystne. Będziemy mogli pójść do przodu, bo będziemy rozumieć i wiedzieć, gdzie jest przód. Jak podkreśla w Poruszonej mapie Przemysław Czapliński: „Zanim powstanie mapa, musi się pojawić nar­racja”. I dodaje też: „Gdy wyobraźnia śpi, rozum rodzi banały”.

_

Jerzy Hausner – Prof. nauk ekonomicznych, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Ma w swoim dorobku blisko 400 publikacji naukowych. Pełnił funkcję ministra pracy i polityki społecznej w rządzie Leszka Millera (2001–2003) oraz wicepremiera i ministra pracy, polityki społecznej i gospodarki w gabinecie Marka Belki (2003–2005). Twórca projektu naprawy finansów publicznych znanego jako plan Hausnera. Członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2010–2016.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter