70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gdzie są dzisiaj tamci ludzie?

Tańcz, choćby płonął świat – najnowszy singiel Zdzisławy Sośnickiej okazał się hitem. Płyta o tym samym tytule też znalazła się na listach bestsellerów, a ze strony wielbicieli, mogących przecież teraz, dzięki mediom społecznościowym, podzielić się opinią, płyną słowa zachwytów. Gwiazda dawnych lat znów nawiązała kontakt z publicznością.

Tymczasem to wcale nie musiało się udać. Po roku 1989 muzycy estradowi działający w porządku poprzedniej epoki nie od razu odnajdywali się w nowej rzeczywistości. Zwłaszcza że życie artystyczne poprzednich dziesięcioleci, w latach 70. i 80., z dzisiejszej perspektywy wydaje się pełne absurdów i niedorzeczności.

Po pierwsze, wyjazdy zagraniczne gwiazd estrady były limitowane i ograniczane przez Polską Agencję Artystyczną „Pagart” zajmującą się promocją polskiej kultury, a de facto będącą instytucją pośredniczącą między państwem (pracownicy często podlegali ministerstwom Kultury i Spraw Zagranicznych) a światem artystycznym. Artyści, o ile udało im się wyjechać za granicę, byli nieustannie pod „opieką” i obserwacją. Rejestrowano ich zachowania, co mogło przełożyć się w przyszłości nie tylko na określone obostrzenia, jeśli chodzi o wyjazdy poza Polskę, ale także na możliwości ich funkcjonowania na rodzimej estradzie.

Po drugie, nie było żadnego profesjonalnego przygotowania do zawodu. Szkoły muzyczne kształciły w zakresie zasadniczym, nie uczyły np. scenicznych zachowań. Szkoły aktorskie z kolei ignorowały tak istotne sprawy jak kontakty z mediami czy praktyki promocyjne. Artyści często od reżyserów telewizyjnych czy oświetleniowców dowiadywali się o tym, jak się ruszać na scenie. Nie przygotowywano także wcale do strategii działania w świecie mediów, który zresztą miał limitowany zasięg i znaczenie.

Po trzecie, komunikacja była spowolniona, utrudniona i ograniczona, a wiele spraw załatwiano metodami chałupniczymi. Zawód menedżera, w kształcie nam dzisiaj znanym, nie istniał, podobnie jak i zawód stylisty czy konsultanta. Działania fotografów czy dziennikarzy zajmujących się muzyką estradową były prowizoryczne i często symulowane. Brakowało papieru na wydrukowanie płyt, klisze do zdjęć zdobywało się po znajomości.

Po czwarte wreszcie, artyści byli w zasadzie wyłączeni z obiegu rynkowego. Honoraria za wydanie płyty były symboliczne. Popularność nie przekładała się bezpośrednio na zarobki, te z kolei regulowano zatwierdzanymi przez ministerialne komisje kategoriami scenicznymi. Najlepiej opłacani byli posiadający kategorie gwiazdorską, najgorzej – kategorię gastronomiczną.

 

Scena zamiast estrady, kawałek zamiast utworu

Przyjęty umownie jako cezura rok 1989 przyniósł oczywiście szereg zmian, choć nie przekształcił muzyki popularnej w jedną noc. Z całą pewnością natomiast lata 90. wpuściły nową krew i wprowadziły na rynek nieznane twarze. To czas kiedy – by przyjrzeć się tylko wokalistkom – triumfy święciły Edyta Bartosiewicz, Edyta Górniak, Kasia Kowalska, Kasia Nosowska, Anna Maria Jopek, Anita Lipnicka czy Justyna Steczkowska. Część z nich zresztą do dziś doskonale sobie radzi. Podobnie było z zespołami. I choć Just 5 z dzisiejszej perspektywy wydaje się fenomenem chwili, to już całkiem nieźle funkcjonowały takie formacje, jak: Wilki, Hey czy Varius Manx.

Wtedy też pojawiły się nowe tendencje i gatunki. Modny stał się np. grunge, nieznany jeszcze wcale kilka lat wcześniej. W głowach słuchaczy i bywalców dyskotek mieszać zaczęły już nie tylko syntezatory (domena lat 80.), ale również i inne zaawansowane urządzenia bitowe. Coraz mniejszym problemem okazało się nagrywanie w warunkach domowych, choć oczywiście dostęp do odpowiedniej jakości sprzętu był ograniczony. Postęp w tym zakresie dokona się dopiero w drugim dziesięcioleciu XXI w. Nie przeszkodziło to w każdym razie w pojawieniu się hip-hopu i polskiej odmiany muzyki tanecznej, czyli disco polo.

Najbardziej być może zmieniło się jednak otoczenie. Dostęp do muzyki był coraz łatwiejszy dzięki masowej produkcji najpierw kaset, a potem, bardzo szybko, płyt CD – na początku niemal wyłącznie pirackich sprzedawanych na legendarnych leżakach wypoczynkowych, następnie w przenośnych budkach. Produkcja muzyczna zyskała nowe środki przekazu dzięki powstaniu i niesłychanie dynamicznemu rozwojowi komercyjnych stacji radiowych: RMF i Radia Zet. W domach pojawiły się telewizyjne sieci kablowe, a wraz z nimi upragnione telewizje muzyczne, kiedyś niedostępne jak banany czy trzykolorowa pasta do zębów. (Któż dziś pamięta jeszcze, że w latach 90. MTV nadawało przede wszystkim teledyski?!) Wreszcie i w Polsce rozpoczęła się produkcja obrazków dźwiękowych, które nagle okazywały się bardzo ważnym narzędziem promocyjnym. W ogóle więcej pokazywano, odsłaniano. Choć cały czas chodziło o muzykę, bardzo ważna zaczęła być strona wizualna.

Siłą rzeczy więc stare wypierało nowe – na wszystkich planach.

Znikała „estrada” – zastąpiła ją „scena”. Rzadziej używało się słowa „artystka / artysta”, coraz częściej zaś „wokalistka / wokalista”, ewentualnie „piosenkarka / piosenkarz”. Prezenterzy radiowi czy publicyści coraz częściej zamiast słowa „utwór” mówili o „kawałku”.

Od początku tych przemian muzyka popularna zaczęła podlegać, podobnie jak kultura w ogóle, prawom wolnego rynku. Uległa przy tym decentralizacji i uspołecznieniu. Rola państwa została ograniczona, za to z czasem pojawiły się nowe zjawiska napędzane szczególnie mocno przez rozwój technologii i otwarcie szeroko pojętych granic: przede wszystkim państwowych, w mniejszym stopniu obyczajowych czy kulturowych. Szczególną rolę, rzecz jasna w późniejszych latach – bliżej roku 2015, odegrał Internet, zwłaszcza media społecznościowe.

Muzyczne mezalianse

Dało się wyraźnie zaobserwować, że nazwiska popularnych w latach 70. i 80. gwiazd, choć nie znikły wraz z systemową przemianą z dnia na dzień, wyraźnie odsunięte zostały w cień. A jednak część z nich, mimo zmniejszonej obecności w rosnących w siłę mediach głównego nurtu czy rodzących się wtedy kolorowych magazynach, doskonale sobie radziła.

Jak to w praktyce wyglądało – wystarczy prześledzić dzieje konkretnych karier artystów, którzy przed rokiem 1989 byli laureatami tzw. złotej płyty, co równało się sprzedaży ponad 100 tys. egzemplarzy nośnika i co można przyjąć jako dowód komercyjnego sukcesu. W tym gronie znajdowały się m.in. Czerwone Gitary, Irena Santor, Jerzy Połomski, Halina Kunicka, Urszula Sipińska, Zdzisława Sośnicka, Maryla Rodowicz, Trubadurzy i Irena Jarocka. Wielu z nich nie wycofało się z walki o słuchacza, także tego nowego, czyli młodego, bo przecież radioobiorniki czy telewizje muzyczne zaczęli włączać ludzie urodzeni w latach 70. i 80., niepamiętający przebojów, przy których szalała publiczność schyłku PRL. Dwa przykłady mogą być tu reprezentatywne.

Pierwszy dotyczy Maryli Rodowicz. Jej album Marysia biesiadna z roku 1995 został wydany nakładem prywatnego wydawnictwa muzycznego Tra-la-la. Było to samo w sobie ogromnie ryzykownym przedsięwzięciem – w momencie gdy „majorsi”, czyli wielkie wytwórnie, opanowywali właśnie polski rynek. Płyta jednak spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem i rozeszła się w nakładzie ponad 100 tys. egzemplarzy.

Podobnie zresztą sukcesem zakończyło się przedsięwzięcie Krzysztofa Krawczyka, który albumem Gdy nam śpiewał Elvis Presley – wydanym mniej więcej w tym samym czasie co płyta Rodowicz – udowodnił nie tylko, że nie zszedł ze sceny, ale również jest w stanie być komercyjnym, doskonale sprzedającym się artystą.

Warto zresztą – przy tej okazji – podkreślić, że zarówno Maryla Rodowicz, jak i Krzysztof Krawczyk nie odwracali się plecami do nowego odbiorcy i chętnie nawiązywali współpracę z idolami młodszej publiczności. Krzysztof Krawczyk nagrywał w duecie z Edytą Bartosiewicz, Muńkiem Staszczykiem, Norbim, Andrzejem Piasecznym, nie wspominając już o płycie z Goranem Bregovićem. Celebrując natomiast 50-lecie swojej pracy, zaśpiewał z Ras Lutą, urodzonym na początku lat 80. polskim wokalistą, przedstawicielem nurtów modern roots, reggae, dancehall i hip-hop.

Nie rezygnowała ze współpracy z młodszymi także Maryla Rodowicz. W 1997 r. zaśpiewała z K.A.S.Ą., a całkiem niedawno stanęła obok Donatana i wykonała z nim utwór Pełnia. Powstał do niego teledysk, w którym pojawiali się celebryci (szafiarka, modelki, prezenter telewizyjny).

Niemen zsamplowany i zremiksowany

Jak zauważa Zygmunt Bauman w książce konsumowanie życia, jedną z atrakcji czasu spędzanego na zakupach, czyli życia, które stało się rzeczywistością po roku 1989, jest „zapowiedź licznych nowych początków i wskrzeszeń (szans na »ponowne narodziny« – being born again)”. Jeśli zgodzimy się, że artyści pod koniec wieków i na początku XXI, w wyniku działania mechanizmów rynkowych, musieli bardziej przeobrazić się z produkujących w produkty, będziemy mogli szerzej spojrzeć na charakter zmian, którym zostawała poddana ich twórczość oraz wizerunek sceniczny i wszystko, co się wokół niego działo.

Sporą popularnością cieszył się również projekt muzyczny Zbigniewa Wodeckiego oraz Mitch & Mitch Orchestra and Choir. Nagrania dokonano w 2014 r. Odbyło się ono w ramach przypomnienia płyty artysty z 1976 r. Album Wodeckiego i Mitch & Mitch z 2015 r. znalazł się na Oficjalnej Liście Przebojów, a piosenka Rzuć to wszystko, co złe uplasowała się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego.

Jednym z przejawów otwarcia się na „nowe” w kontekście utowarowienia swojej twórczości była gotowość na wykorzystanie jej w remiksach innych autorów. W ten oto sposób cytaty lub sample były opracowywane przez artystów, często bez udziału firmujących piosenkę wykonawców. Oczywiście autor tekstu zatrzymywał prawa do użytego materiału, tekst / kompozycja mogły być już jednak użyte w nowym kontekście z nowymi znaczeniami. Takiej obróbce poddawano w zasadzie twórczość każdej gwiazdy poprzedniej epoki. Szczegółową dokumentację dotyczącą poszczególnych artystów można odnaleźć na stronie internetowej www.whosampled.com. Dowiemy się stamtąd, że Niemena wykorzystało Wzgórze Ya-Pa 3, Grechutę – Kamil Bednarek, Jarocką – Molesta Ewenement, itd.

Szczególnym przykładem użycia starego hitu w nowym kontekście było nagranie raz jeszcze przeboju Anny Jantar Tyle słońca w całym mieście. Znaczenie tego przedsięwzięcia było o tyle szczególne, że dokonała tego córka tragicznie zmarłej wokalistki Natalia Kukulska. Wersja evergreenu w jej opracowaniu wydobyła nowe brzmienia, rytm, w mniejszym stopniu znaczenia. Tu wystarczającym walorem wspólnego nagrania był ładunek emocjonalny, jaki płynął z gestu sięgnięcia po przebój przez bliską rodzinę cytowanej w piosence artystki.

Wypowiedzieć wszystko

Jeszcze innym przykładem remiksowania dawnego materiału na użytek nowego, poddanego już regułom rynkowych mechanizmów, są książki biograficzne. Zakres poddawania obróbce życiowego materiału, aby odkryć „nowe” i być obietnicą „nieznanego”, jest oczywiście również limitowany. Narzędzie obowiązującej w prawie polskim autoryzacji jako pierwsze może wyznaczyć jasną granicę opowiadania o życiu danej artystki lub konkretnego artysty. Wywiady rzeki bywają jednak prowadzone często z intencją prześledzenia na nowo życia, często w rytmie i melodii formatu spopularyzowanego przez media typu people. Opowieść o życiu w tym stylu powinna się składać z trzech następujących po sobie elementów: wzrost (dochodzenie do sukcesu, ciężka praca przed pierwszym hitem), upadek (problemy życia prywatnego przenoszone na niepowodzenia zawodowe), podniesienie się (odnalezienie się w starej rzeczywistości poprzez zmianę systemu wartości).

Jak bardzo łatwo się domyślić, w tej perspektywie w ogóle nie chodzi już o indywidualną opowieść, ale o nakarmienie odbiorców (konsumentów) substancją odżywczą. Określenie „coś jest pożywką” nie jest więc przypadkowe.

Wywiady rzeki, najpopularniejszy sposób opowieści biograficznej, w której bierze udział artysta, oczywiście mogą się różnić stopniem odsłaniania się czy raczej utowarowiania swojej historii. Najlepszym materiałem jest, rzecz jasna, taki, który stanowi namiastkę autentyczności, sprawia wrażenie szczerej, odkrywającej wszystko indywidualnej historii. Na ogół opowieści o życiu układają się w mozaikę anegdot, wspomnień, pojedynczych obrazów. Tak się w każdym razie działo np. w przypadku Haliny Kunickiej czy Jacka Cygana.

Raczej zrozumiałe jest, że artyści często chcą mówić o swojej pracy, nie o szczegółach dotyczących życia, traktując to jako ingerencję w ich prywatność, nie do końca uzasadnioną nawet przez rozpowszechnione, i wzmacniane przez konsumpcyjne narracje, przekonanie o tym, że życie prywatne osób publicznych jest równie ważne jak to, co i czym się zajmują w pracy. Ale choć jednak wyraźne są tendencje ekshibicjonistyczne, odsłaniania więcej, odważniej itd., i daje się zauważyć wyraźną przewagę rynkową takiego sposobu opowiadania o życiu artystów, w tym także gwiazd dawnej epoki, to nie można z całą pewnością powiedzieć, że stylistyka powściągliwości, która była domeną czasów przed 1989 r., zniknęła całkowicie i nie może stanowić wartości samej w sobie. Mało tego: ją również można utowarowić.

Melancholia jako towar

Cechą współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego nie jest zresztą niszczenie starych towarów, ale nieustanna wymiana, nabywanie, chroniczne zakupy. Dawne gwiazdy nie są więc balastem, o ile da się je sprzedać w nowym opakowaniu, nieznanej odsłonie, pokazać w atrakcyjnej formie. Chodzi raczej o podsunięcie takich nośnych kategorii, które będą w stanie sprzedawać dawny towar ze świeżą datą ważności.

Jednym ze sposobów na nową dystrybucję jest etykieta vintage lub retro. To pewien rodzaj stylu w kulturze czy sztuce, ale także i marketingowy zabieg polegający na tym, by to, co dawne, dzisiaj odświeżyć. Na takiej zasadzie działają próby wskrzeszania również i dawnych gwiazd estrady. To, co nagrane kiedyś, sprzedawane jest na nowo teraz. Dokonywane są np. reedycje winylowych płyt w formie cyfrowej albo – jeszcze lepiej – w formie pierwotnej, czyli analogowej. Forma i kształt są tu bardziej istotne, a dbałość o pierwowzór podwyższa wartość rynkową produktu. Ważne przy tym wszystkim jest, by to, co stare, w pewien sposób odnajdywało się w tym, co współczesne. Dlatego płyty winylowe stają się obecnie gadżetami prezenterów dyskotek, a gramofony i zgrywane z taśmy-matki płyty w limitowanych edycjach meblują przestrzenie najbogatszych. W ten sposób melancholia zostaje przejęta przez rynek i staje się towarem idealnym.

Sośnicka na topie

Jedna z piosenek Anny Jantar, Gdzie są dzisiaj tamci ludzie?, do której tekst napisał Bogdan Olewicz, to opowieść o sentymentalnym powrocie do przeszłości. Tytułowe pytanie powraca w rozważaniach o tym, co się stało z gwiazdami estrady PRL w nowej epoce, po roku 1989. Odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna, a jej niuanse określają kariery poszczególnych artystów i artystek.

Istnieją zresztą spektakularne powroty, do których z pewnością należałoby zaliczyć pojawienie się Zdzisławy Sośnickiej na listach przebojów. Zaczęło się w roku 2014, kiedy to macierzysta wytwórnia artystki dokonała reedycji poprzednich płyt w formie cyfrowej. Ukazał się też album Zaśpiewane – niewydane. Musicals.

Jak się prędko okazało, na tym się nie skończyło, bo w pierwszej połowie 2015 r. zaskoczyła wiadomość o tym, że Zdzisława Sośnicka wydaje zupełnie nową płytę. Zintensyfikowała się obecność artystki w mediach społecznościowych.

Jeden z wpisów na tablicy fanpage’ a Zdzisławy Sośnickiej, dokładnie z 10 lipca, nie pozostawiał żadnych wątpliwości: „Witam Wszystkich Fanów! 13 000 to zacna liczba, witam cały 1000 Nowych Fanów! Wiele się zmieniło w moim życiu. Dzisiaj jest podporządkowane muzyce. Moja dyspozycyjność jest całkowita, a najbardziej wzrusza mnie stosunek mojej rodziny do tego wydarzenia. Starają się pomóc w każdy możliwy sposób. A teraz o piosence. Znacie jej historię z listu na płycie Aleja gwiazd, jedno jest pewne, nie miała łatwej drogi. I wcale nie chodziło o nią, ale głównym problemem byłam ja–ja sama. Grupa zainteresowanych stwierdziła i ogłosiła, że mnie w tym repertuarze nie da się słuchać! I wyrzuciła ją z Radiowej Listy Przebojów. Dziś mogę im tylko podziękować, moja determinacja, żeby udowodnić, że to nieprawda była tak wielka, że stanęłam do konkursu. Dziś Aleja przeciąga mnie przez pokolenia słuchaczy, torując ścieżkę dla innych moich piosenek. Podziękowania dla Twórców. A Was Pozdrawiam Słonecznie! Zdzisława”.

Prawie dwa miesiące później na tej samej stronie można zobaczyć kolejne zdjęcia i wpisy – tym razem prezentujące już całą płytę Tańcz, choćby płonął świat. Ciekawostką jest, że wiele z piosenek zostało napisanych również przez weteranów muzycznej estrady – z Romualdem Lipko i Bogdanem Olewiczem na czele.

Artystka korzysta z interaktywności medium społecznościowego. Wrzuca zdjęcia nie tylko zza kulis, ale również i dialoguje ze słuchaczami gęsto komentującymi poszczególne posty. „Droga Pani Zdzisławo, jestem bardzo szczęśliwy z Pani powrotu, z nowej piosenki, utwór jest świetny i Pani wokal” – ktoś pochwalił płytę.

Diwa polskiej piosenki odpisuje często, podpisuje się czasami również jako „Zdzisława”.

Powrót na scenę wydaje się udany. Płyta w pierwszym dniu sprzedaży znalazła się na szczycie polskiej listy przebojów iTunes. Przez pewien czas była również na liście bestsellerów  empik.com, dystansując najnowszą płytę Lany Del Rey, Sarsy czy Meli Koteluk – bez wątpienia gwiazd współczesnej sceny. A przecież gdy powstawała piosenka Aleją gwiazd, największy przebój Zdzisławy Sośnickiej, żadnej z nich jeszcze nie było na świecie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata