70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jakub Porzycki/Agencja Gazeta

Chodzi o to, żeby silniejszy wyciągnął rękę

Badania z 2012 r. pokazywały, że Polacy byli bardziej otwarci na przyjmowanie uchodźców – bez względu na ich pochodzenie – niż Niemcy. Dziś ta informacja już nie jest aktualna.

Marzena Zdanowska: W 2010 r. mówiła Pani o miesz­kańcach państw nękanych regu­larnie przez klęski i katastrofy: „Pewnego dnia ci ludzie zechcą do nas przyjść (…). Każdy człowiek chce żyć w lepszym świecie i w lep­szych warunkach”[1]. No i przyszli…

Janina Ochojska: Przyszli, ale nie tam, gdzie sądzimy. Nie jest tak, że ci wszyscy ludzie z biednych rejonów świata chcą się teraz przedostać do Europy. Ogromna większość migracji na świecie odbywa się poza naszym kontynentem. Przez ostatnie tygodnie pół miliona uchodźców z muzułmańskiej części Birmy uciekło przed prześladowaniami na pogranicze Bangladeszu. Pół miliona! W Ugandzie jest dziś ponad milion uchodźców z Somalii i Sudanu Południowego. Panuje stereotyp, że Europa przyjmuje teraz największą liczbę migrantów, ale to nie jest prawda. Szacunki mówią, że ok. 80% migracji na świecie odbywa się w obrębie Afryki. Ludzie przemieszczają się głównie w poszukiwaniu pracy i bezpieczeństwa. Długo takim bezpiecznym krajem była Libia. Trzeba przypomnieć, że migracja do Europy zaczęła się od zmiany sytuacji w północno-wschodnich rejonach Afryki, gdzie pojawiły się zagrożenia związane z rosnącą obecnością bojówek Państwa Islamskiego i wojną domową właśnie w Libii. Stąd rosnąca liczba przepraw do Europy. Ci, którzy wcześniej uciekli z Nigru, Nigerii i Sierra Leone, by znaleźć przystań w Libii jako tania siła robocza w przemyśle i rolnictwie, w momencie rozpoczęcia wojny nie mogli już cofnąć się przez Saharę, bo to niezwykle niebezpieczna droga. International Organiza­tion for Migration szacuje, że na Saharze zginęło więcej migrantów, niż utonęło w Morzu Śródziemnym, choć oczywiście trudno dokonać dokładnych obliczeń i w jednym, i w drugim przypadku.

Liczba migrantów, którzy przybyli do Europy podczas naj­większej fali przepraw przez Morze Śródziemne, czyli w latach 2014–2015, stanowi ok. 0,2% popu­lacji Unii Europejskiej. Inaczej jest np. w Libanie, malutkim kraju wielkości województwa święto­krzyskiego, gdzie ¼ populacji to dziś uchodźcy, z czego samych Syryjczyków jest ok. miliona.

Do Europy trafiło dużo więcej migrantów niż we wcześniejszych latach, ale jeśli spojrzymy szerzej na sytuację na świecie, okazuje się, że wcale nie jesteśmy „ziemią obiecaną”, do której ciągną wszyscy potrzebujący.

 

Często myślimy, że Europa jest bardzo kuszącym rajem na ziemi.

Jest niezaprzeczalnie bogata i żyje się w niej stosunkowo łatwo, ale dla migrantów okazuje się jed­nocześnie wroga. Unia Euro­pejska wspiera finansowo Maroko i Algierię, w zamian żądając wzmocnienia straży granicznej oraz powstrzymywania ludzi przed wędrówką do państw europejskich. Coraz częściej łodzie z migran­tami zawracane są na Morzu Śród­ziemnym, co jest niezgodne nawet z konwencją genewską, która nakazuje migranta przyjąć, rozpa­trzyć jego wniosek o azyl, przyznać odpowiedni status pozwalający na pobyt albo podjąć decyzję o depor­tacji. Zawracając łodzie na morzu, państwa europejskie pomijają całą procedurę, która powinna zostać przeprowadzona.

 

W polskich mediach wygląda to raczej tak, jakby Unia Euro­pejska imigrantów wręcz „importowała”.

Takie wrażenie media budują, głównie opierając się na decyzji Angeli Merkel. Niemiecka kanc­lerz w środku kryzysu migracyj­nego w 2015 r. postanowiła przyjąć uchodźców, którzy utknęli na Węgrzech. Moim zdaniem powinna dostać za tę decyzję pokojowego Nobla. Trudno sobie wyobrazić, co mogłoby się stać, gdyby te 800 tys. tam zostało. Mało też wiemy o tym, że w Niemczech przeprowadza się deportacje osób, które nie dostają statusu uchodźcy. Mówi się tylko o tym, że kanclerz Niemiec zalała Europę uchodźcami, a po pierwsze, nie „zalała”, a po drugie, nie Europę.

Działania Unii Europejskiej mogą zachęcać ludzi z biedniej­szych regionów świata do migracji, ale nie chodzi tu wcale o gościnność naszego kontynentu, lecz o krót­kowzroczną politykę dotyczącą chociażby gospodarki i rolnictwa. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że takie cele jak zdobywanie nowych rynków zbytu czy poprawa konku­rencyjności rodzimych produktów są zupełnie słuszne. W praktyce wygląda to tak, że UE dotuje swoich rolników, co pozwala na produkcję taniej żywności, następnie sprze­daje ją po niskich cenach w krajach afrykańskich albo nawet wysyła w ramach „pomocy humanitarnej”, zabijając przy tym lokalne rol­nictwo. Kiedy rolnicy w Afryce tracą źródło dochodu, zwiększa się bezrobocie, nasila się migracja w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków bytowych. A potem dzieje się to, co obserwujemy dziś na europejskich granicach.

Czasem mówi się, że w tych łodziach nie przybywają ofiary wojen, tylko ludzie szukający wygodniejszego życia. Często tak jest, choć ja powiedziałabym, że to osoby szukające pracy i możliwości rozwoju, czyli przemieszczające się z podobnych przyczyn jak Polacy, którzy wyjeżdżają do pracy do Nie­miec czy Wielkiej Brytanii. Nie ma w tym nic nagannego. Dlaczego ktoś, kto mieszka np. w Nigrze, miałby nie mieć prawa do lepszego życia? W tym państwie – należy to podkreślić – na obecną sytu­ację duży wpływ miały właśnie działania Europejczyków. Niger wyzwolił się spod kolonialnej domi­nacji Francji dopiero w 1960 r., po czym pogrążył się w politycznym chaosie, korupcji i przepychankach władzy i wojska. Dziś niezwykle trudno jest tam znaleźć pracę, więc ludzie uciekają do Nigerii, a stamtąd wędrują dalej. Czy fakt, że ktoś urodził się w Nigrze, miałby odbierać mu prawo do szukania możliwości rozwoju w Europie? Gdyby Europa starała się pomóc tym państwom, którym zaszko­dziła przez swoją politykę, wtedy nie byłoby przemieszczania się tak wielkich mas ludności.

 

Największy opór wobec migrantów rodzi się prawdopo­dobnie przez wzrost liczby zama­chów terrorystycznych w ostat­nich latach. Nawet jeśli w więk­szości przypadków stoją za nimi ludzie niemający nic wspólnego z ostatnią falą imigracji, to jednak często odpowiedzialne za nie były osoby pochodzące z rodzin o korzeniach nieeuropejskich, związanych z kręgiem kultury islamu. Czy nie sądzi Pani, że to wystarczający powód, żeby czuć co najmniej obawę?

Obraz migrantów i uchodźców pre­ferowany przez media opiera się na pojedynczych osobach, które doko­nują przestępstw czy aktów ter­roru. Gdybyśmy w dniu kiedy miał miejsce dany atak terrorystyczny, policzyli, ile osób było w niego zaan­gażowanych, a ilu migrantów w tym czasie wykonywało pokojowo swoje zwykłe codzienne obowiązki, rze­telnie pracowało, tworzyło dochód narodowy, było po prostu dobrymi obywatelami, często też pomagają­cymi innym, to odsetek terrorystów okazałby się znikomy.

Zapominamy, że jeszcze nie tak dawno, bo w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, mieliśmy swój europejski terroryzm. Separaty­styczna baskijska ETA zabijała poli­tyków, ale siała też strach wśród ludności cywilnej, kiedy podkła­dała bomby w miejscowościach turystycznych czy na parkingu podziemnym supermarketu w Bar­celonie.

Do 2006 r. w jej zamachach zginęło ponad 800 osób. Nieco lepiej pamiętamy konflikt w Irlandii Północnej, w którym od końca lat 60. zginęło ponad 3200 osób, z czego ponad połowa to cywile. Oddziały Ochotników z Ulsteru pozbawiły życia ok. 500 cywilów, walczący po stronie IRA (tzw. Prowizoryczna IRA) – ponad 600. We Włoszech działały Czerwone Brygady i Linia Frontu, organizacje, które może nie zabiły tak wielu osób, ale wia­domo, że wśród ich ofiar znaleźli się dziennikarze, politycy, prawnicy. Przypominam te fakty, ponieważ wydaje się nam czasem, że Europa bez imigrantów byłaby oazą spo­koju. A wcale nie jest tak, że jeśli ktoś urodził się w Europie, w euro­pejskiej rodzinie, to na pewno nie zostanie terrorystą, nie mówiąc już o bardziej pospolitych przestęp­stwach. Każdy może być dobry albo zły niezależnie od pochodzenia. Nie ma znaczenia, czy jest z kręgu kultury islamu czy chrześcijań­stwa. Wcale nie różnimy się aż tak bardzo od ludzi, którzy przybywają do nas z innych regionów świata.

Nie lubię mówić o okrucień­stwie, ale mniej więcej w tym czasie kiedy doszło do zbrodni w Rimini, w Polsce trwał dramat kobiety uwięzionej w mieszkaniu w Łodzi przez mężczyzn, którzy ją bili i gwałcili. Niedługo później zmarła. O której tragedii media mówiły częściej? Którą zapamiętaliśmy lepiej? Niestety, medialny obraz świata zaburza proporcje, pewne rzeczy uwy­datnia, inne przemilcza. Nie dziwię się, że można się bać terrorystów i gwałcicieli, ale ogromnym błędem jest utożsamianie złych ludzi z imigrantami.

 

Załóżmy, że podejmujemy jako naród moralnie słuszną decyzję i przyjmujemy uchodźców z innych kręgów kulturowych. Czy nie widzi Pani zagrożenia spo­wodowanego właśnie różnicami kulturowymi, innym podejściem do praw kobiet, praw dzieci, do mniejszości seksualnych? Te kwe­stie mogą rodzić poważne konflikty między sąsiadami w zwykłym codziennym życiu.

Oczywiście, że różnice kulturowe istnieją, ale myślę, że mamy ten­dencję, żeby je przeceniać i wyol­brzymiać. Klasyczny przykład chust – często zakładamy, że sta­nowią one symbol zniewolenia, choć w samym kręgu islamu postawy wobec nich są bardzo różne. Niektóre kobiety mogące dokonać wolnego wyboru odrzu­cają zakrywanie włosów, inne tylko w hidżabach czują się swo­bodnie, dla jeszcze innych jest to manifestacja ich tożsamości. Zwróćmy uwagę na to, że w Polsce również można znaleźć takie obszary, gdzie starsze kobiety nie pójdą do kościoła inaczej niż w spódnicy i z chustką na głowie, a nie mówimy wtedy, że ich strój świadczy o tym, że są ciemiężone.

Przemoc wobec kobiet jest czymś zdecydowanie negatywnym, ale krąg kultury zachodniej wcale nie jest od niej wolny. Nie muszę chyba przytaczać przykładów. Kwe­stia edukacji również okazuje się bardziej skomplikowana, niż można sądzić. Wydaje nam się często, że mniejsze szanse kobiet na wykształ­cenie wiążą się w krajach muzuł­mańskich z ich statusem. Tym­czasem sama miałam okazję prze­konać się, że np. w Somalii wystar­czyło zadbać o budowę toalet przy szkołach, żeby o 12% zwiększyć odsetek uczennic. Nie zmieniły się przecież w tym czasie wytyczne religii czy kultury wobec kobiet, wystarczyły woda i toaleta, żeby dorastająca dziewczyna, u której pojawia się menstruacja, czuła się komfortowo wśród rówieśników. Poza tym kraje muzułmańskie też ewoluują, zmienia się nastawienie do wielu spraw, bardziej docenia się wykształcenie dziewczyn. Uważam, że różnice kulturowe nie są tak wielkie, jak się nam wydaje. My zresztą też mamy zwyczaje, które z zewnątrz mogą wydawać się nie­uzasadnione bądź niemądre. Ale nie musimy być wszyscy tacy sami.

Tak naprawdę chodzi o to, żeby silniejszy wyciągnął rękę i pomógł słabszemu. Zawsze ktoś musi zrobić pierwszy krok. Jeżeli w Europie my, chrześcijanie, nie otworzymy się na kulturę islamu, nie będziemy chcieli poznać muzułmanów, to konflikt będzie trwał. I nie chodzi mi o to, że islam nie wyciąga do nas ręki, bo ist­nieją różne grupy, niektóre bardzo mocno nastawione na dialog z chrześcijanami. Ale musimy mieć świadomość, że swoją zamkniętą postawą tworzymy atmosferę kon­fliktu. Ta postawa jest reakcją na pewną przemoc, lecz sama też rodzi konflikty, muzułmanie spoty­kają się z niechęcią i agresją, krąg wrogości się zamyka. Trzeba jakoś ten impas przełamać, żeby stwo­rzyć dla nas wszystkich bardziej przyjazną przestrzeń.

 

Wiele osób uznaje, że relacje między chrześcijaństwem i islamem nie są symetryczne, bo chrześcijaństwo ma w swoich nakazach nadstawianie dru­giego policzka, a islam walkę z niewiernymi.

Nie jestem teologiem, ale mogę podzielić się pewnym doświadcze­niem. W Taizé uczestniczyłam nie­dawno w warsztatach prowadzo­nych przez ludzi z grupy między­religijnej, która zawiązała się przy jednej z paryskich parafii. Należą do niej muzułmanie i chrześci­janie, którzy czytają razem święte księgi swoich religii i szukają cech wspólnych. Wśród tematów, które opracowywali, znalazła się także przemoc. Podczas warsztatów przedstawiane były wyrwane z kon­tekstu cytaty z Koranu, które często przytacza się, żeby udowodnić, że islam jest religią przemocy. Pro­wadzący opowiadali o kontekście historycznym, o okolicznościach, w jakich te wersy był pisane, i nagle nabierały one zupełnie innego zna­czenia. Przestawały budzić nie­pokój, stawały się zrozumiałe i słuszne. Później przyszła kolej na przykłady z Pisma Świętego, a żeby przesłanie było bardziej przekonu­jące, prowadzący ograniczyli się do cytatów z Nowego Testamentu. Przytoczyli dziewięć przykładów wersów, które wyrwane z kon­tekstu, wprost nawołują do użycia siły. Choćby znane wszystkim: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz”, (Mt 10, 34) czy: „Przy szedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12, 49). To przecież dla muzułmanina musi brzmieć tak, jakby Jezus był wielkim propa­gatorem przemocy.

Udział w tych warsztatach otworzył mi oczy i uświadomił, że w naszej kulturze, odczytując pewne wersety z Koranu jako nie­bezpieczne, szkodzimy sami sobie, bo to samo można powiedzieć o nas i o naszej Biblii. To też dobra ilustracja mechanizmów, jakich używają ci, którzy starają się two­rzyć wrogi, groźny obraz islamu.

 

Żyjemy w kraju, w którym ok. 60–70% społeczeństwa jest prze­ciwne przyjmowaniu uchodźców. Według Pani ta postawa wynika głównie z błędnego postrzegania rzeczywistości?

Medialny obraz rzeczywistości jest specyficzny. Jeśli tylko na jego pod­stawie budujemy opinie, to popa­damy w uproszczenia i przeryso­wania, więc zawsze warto wery­fikować swoje przekonania. Nie­dawno czytałam książkę Migranci, migracje. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie pod redakcją Hélène Thiollet i wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele stereotypów tkwi też w mojej głowie. To publikacja, która na podstawie twardych danych: staty­styk, raportów, odpowiada na takie pytania, jak: czy migranci muzuł­mańscy są zagrożeniem dla demo­kracji?, czy związki migrantów z krajem rodzinnym utrudniają im integrację?, czy kobiety migrują rzadziej niż mężczyźni?, czy walka z przemytnikami wpływa na zmniejszenie migracji?, czy imi­granci są zagrożeniem dla euro­pejskiej gospodarki?, itd. I przy­znam, że mimo mojej wieloletniej pracy w sektorze pomocowym niektóre dane bardzo mnie zasko­czyły. Na przykład to, że imigranci w o wiele mniejszym stopniu dre­nują ze środków system opieki spo­łecznej i wpłacają do wspólnej kasy w formie podatków o wiele więcej, niż mi się wydawało.

 

Podobne dane swego czasu podano w Wielkiej Brytanii – okazało się, że Polacy na Wyspach więcej dają budżetowi, niż z niego otrzymują.

I to wiele osób wtedy zaskoczyło. W książce, o której mówię, można też znaleźć ciekawe informacje o Polakach. Podobno w 2012 r. badania pokazywały, że Polacy byli bardziej otwarci na przyjmowanie uchodźców – bez względu na ich pochodzenie – niż Niemcy. Dziś ta informacja już nie jest aktualna, chociaż to też nie jest takie proste. Bp Krzysztof Zadarko mówił mi, że jeżeli zadamy Polakom pytanie: „Czy jesteś za przyjmowaniem uchodźców i migrantów do Polski?”, wtedy ok. 70% powie, że nie. Ale jeśli zapytamy: „Czy pomógłbyś rodzinie uchodźczej, która byłaby przyjęta w twojej parafii?”, wiele osób odpowiada, że tak.

 

Ile osób powinna przyjąć Polska?

Uważam, że to, o co apelował papież Franciszek, czyli przyjęcie przez każdą parafię jednej rodziny uchodźczej, jest absolutnie wyko­nalne i nie rodzi żadnych niebez­pieczeństw. Nie wierzę też, żeby w jakiejś parafii nie znalazły się osoby chętne do zaangażowania się w taką pomoc. Wspieranie imigrantów w integracji polega głównie na tłumaczeniu, jak się poruszać po okolicy, jak robić zakupy, jak się kontaktować z urzę­dami, ze szkołą. Dużą pomocą będą zwykłe spotkania i rozmowa. Nawet nieznajomość języka nie powinna być problemem, bo orga­nizacje pozarządowe przygoto­wały słowniki, które ułatwiają pod­stawową komunikację, a przecież w wielu z tych rodzin znajdzie się też ktoś, kto mówi po angielsku. Niestety, Polska wybiera inną drogę, woli pokazywać się jako kraj kseno­fobiczny, zamknięty, niesolidarny. Kraj, którego tożsamość narodowa i chrześcijańska okazuje się bardzo słaba, skoro boimy się kilku tysięcy uchodźców. Jedyne, co budujemy, to silna „chrześcijańska” fasada.

Rola, jaką do odegrania miałby tu Kościół katolicki, jest nie do przecenienia, choć, niestety, na razie Kościół w Polsce wypełnia ją w niewielkiej mierze. Gdyby ludzie w kościołach słyszeli coś pozytywnego o otwieraniu się na uchodźców, myślę, że wiele osób zrozumiałoby, że jest to postawa głęboko chrześcijańska i w naszym kraju powinna być uznawana za słuszną. Istnieją zresztą wytyczne duszpasterskie dotyczące tego tematu. Przyjęcie Chrystusa w uchodźcach i przymusowo prze­siedlonych to dokument opraco­wany przez Papieską Radę ds. Dusz­pasterstwa Migrantów i Podróżu­jących. Można go przeczytać po polsku, niestety, nie widzę, żeby jego zalecenia były stosowane. Jestem przekonana, że tylko Kościół może zmienić ten mroczny obraz migranta, który zawładnął naszymi umysłami, który rodzi niepotrzebne lęki i który sprawia, że jako naród moralnie się cofamy.

 

Czy istnieje państwo, które można by postawić za wzór, jeśli chodzi o politykę migracyjną?

To nie są moje przemyślenia, mogę powtórzyć opinie ekspertów, a ci twierdzą, że dobry jest system amerykański . Stany Zjedno­czone regularnie przyjmują okre­ślone wcześniej kwoty migrantów z różnych państw według swoich potrzeb. Są to liczby, które pozwa­lają na rzeczywisty proces inte­gracji. W Stanach funkcjonuje ogromna sieć wolontariuszy, całych rodzin, które pomagają przyj­mować migrantów i zajmują się ich integrowaniem. Napływ obco­krajowców jest płynny, stopniowy, wyznacza się osoby odpowie­dzialne za wsparcie przybyszów, daje się czas i tworzy przestrzeń potrzebną do zaaklimatyzowania się w nowym miejscu. I to działa.

U nas także mieliśmy szansę na przyjmowanie ludzi w płynny, rozsądny sposób. Polska, co cie­kawe, otrzymała już pieniądze na przesiedlenie 900 osób z Libanu. Zakładano, że będziemy ich wpusz­czać do kraju grupami po 120–150 osób, a cały proces potrwa dwa lata. To pozwalałoby na osiedlanie migrantów nie w ośrodkach dla uchodźców, ale od razu w spo­łecznościach lokalnych. W dużej mierze mieli to być chrześcijanie z Syrii, sprawdzeni przez UNHCR (organ ONZ odpowiedzialny za ochronę uchodźców i rozwiązy­wanie ich problemów) oraz władze lokalne. Procedura ich przyjęcia została przerwana po wyborach wygranych przez PiS. Także w przy­padku migrantów, których mieliśmy przyjąć z Włoch i Grecji, działania zostały zamrożone.

Od organizacji zajmujących się tą tematyką wiem, że zaczyna być widoczny pewien ruch oddolny na rzecz przyjęcia uchodźców. Tylko nie ma kogo przyjmować, bo nie ma politycznej zgody na ich przybycie. Organizacja Refu­gees Welcome Polska, w związku z tym, że nie wpuszczamy do kraju nowych uchodźców, podjęła się zorganizowania integracji osób już znajdujących się w naszym kraju. Chodzi o ok. 5 tys. osób, które prze­bywają teraz w 11 ośrodkach. Plan polega na tym, żeby zapraszać ich do mieszkania z polskimi rodzi­nami. Moja koleżanka np. przyjęła kogoś z Kamerunu. Ludzie ubiega­jący się w Polsce o status uchodźcy czy o pobyt tolerowany nie muszą oczekiwać na taką decyzję w ośrodku przejściowym, gdzie są odizolowani od społeczności i nie mają możliwości integracji. Miesz­kając z Polakami, łatwiej będzie im nauczyć się życia tutaj, chociażby tego, jak kupić w sklepie chleb, który u nas wygląda inaczej niż u nich.

Takie działania prowadzone są również w innych państwach. Znam dobrze przykład Włoch, gdzie Centro Astalli wstępnie propono­wało rodzinom przyjęcie migrantów na miesiąc. Praktyka pokazywała, że jeśli ktoś zdecydował się na pierwszy miesiąc, później dzięki bliższemu poznaniu się ludzie podejmowali decyzję, żeby gościć przybyszów tak długo, jak było to potrzebne. W Polsce ten projekt działa zbyt krótko, żeby powiedzieć, jak się uda w naszych warunkach, ale początki są obiecujące. Warto śledzić, jak to się rozwinie.

 

Na pewnym etapie można było odnieść wrażenie, że przy­bycie uchodźców to kwestia czasu. Planowano stworzyć korytarze humanitarne. Czy cokolwiek z tych planów udało się zrealizować?

Nic z nich nie wyniknęło, bo decyzję muszą wydać władze pań­stwowe. Zaryzykowałabym stwier­dzenie, że wszystko zostało przy­gotowane na przyjęcie uchodźców, cała procedura jest gotowa. Tylko ich samych nie ma, brakuje zgody rządu. Polacy wyrażający chęć zaj­mowania się uchodźcami dołączają do działań, o których mówiłam. Czyli integracja zachodzi mimo sprzeciwu na górze. Być może po takim doświadczeniu oddolnie zmienimy postawę władz.

 

Czy uważa Pani, że prawo powinno się zmieniać pod wpływem imigrantów? Czy np. należy wprowadzić prawo do poligamii albo obniżyć wiek, w którym można zawrzeć związek małżeński?

Myślę, że to kolejny stereotyp. Wie­lożeństwo jest naprawdę rzadkością.
Nie jest to może powszechne, ale chodzi mi o zasadę. Czy napływ imigrantów i ich postrze­ganie np. relacji rodzinnych powinny wpływać na to, jak wyglą­dają regulacje prawne w kraju przyjmującym?

Nie. Uważam, że migranci powinni przyjąć prawo państwa, w którym mieszkają. Możemy udzielić im gościny, przyznać azyl pod warun­kiem, że będą zachowywać zasady naszego porządku prawnego.

Tylko że rozdzieliłabym prawo i obyczaje. Zakazanie noszenia chust w szkołach było absurdem. Zmuszanie muzułmańskich dziew­cząt do odkrywania włosów dopro­wadziło tylko do tego, że więcej uczennic zapragnęło tę chustę nosić, żeby zamanifestować swoją tożsamość i opór wobec opresyj­nego państwa. Jednak zanim wpro­wadzono te regulacje, można było zaobserwować zupełnie inną ten­dencję – do zdejmowania chust. Siłowe narzucanie obyczajów przy­nosi odwrotne skutki.

Myśląc o migrantach, musimy też pamiętać, że oni nie wybierają celu podróży zupełnie przypad­kowo. Do Europy w ogromnej więk­szości przybywają ci, którzy chcą żyć po europejsku, którzy widzą wartość w prawie, jakie tu panuje.

 

Mówi Pani, że w Polsce kseno­fobia może brać się z braku bez­pośredniego kontaktu z uchodź­cami. Jednak w krajach takich jak Francja czy Niemcy także nasi­lają się nastroje antyimigranckie, widać to chociażby w wynikach wyborów. A w tych państwach ludzie przecież mają kontakt z migrantami.

Mają albo nie mają. Nie jest powie­dziane, że wyborcy, którzy głosują na partie nacjonalistyczne, spotkali kiedyś imigranta. W Polsce przy­jęliśmy swego czasu 90 tys. Cze­czenów. W porównaniu z naszymi ostatnimi zobowiązaniami do relo­kacji migrantów z Włoch, Grecji i Libanu to są ogromne liczby. I co się wtedy stało? Prawie nie zauwa­żono ich w Polsce. Ci, którzy u nas sprzeciwiają się imigracji, wcale nie musieli ich spotkać.

_

[1] Zapis spotkania z Janiną Ochojską, które odbyło się w cyklu Filharmoniczne wykłady na Ołowiance: Polska – kraj nadziei można prze­czytać w numerze 665. miesięcznika „Znak” z października 2010 r.

 

Janina Ochojska – Polska działaczka humanitarna, założycielka i prezes zarządu Polskiej Akcji Humanitarnej.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter