70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rzecz o smutnych sowizdrzałach

Tuwim, Gałczyński – poeci naznaczeni historią, przeciwnicy i dobrzy znajomi. Dwaj ludzie oddani słowom, wierszom, które wzbogaciły polską kulturę, a jednocześnie słabi mężczyźni zagubieni w politycznych i ideowych zmaganiach swoich czasów. Wirtuozi poetyckich fraz, choć także najemnicy wiernopoddańczych słów i wyrobnicy słabych rymów. Ich twarze, za sprawą biografii pióra Anny Arno i Mariusza Urbanka, znów rozjaśnił płomyk pamięci.

Warto na wstępie zaznaczyć istotną i widoczną różnicę decydującą o odmienności tych dwóch (typów) biografii. Tuwim. Wylękniony bluźnierca pióra wrocławskiego autora w większym stopniu nasycony jest treściami ukazującymi polityczne / ideowe tło epoki. Gdy rozmawiałem z Urbankiem w 2012 r., po ukazaniu się książki Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka, tak opisywał swoją pracę: „to ballada, reportaż z historii, esej. (…) Wolę pokazywać, jak polityka współkształtuje, czasem wynosi, a czasem łamie ludzi, którzy miotają się, próbując znaleźć dla siebie miejsce”. Tymczasem Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta Anny Arno jest nie tylko w większym stopniu pracą popularnonaukową. Znaczniejszy jest w tej publikacji także ładunek analizy krytycznoliterackiej, jednak kosztem żywiołu historii, który choć z konieczności obecny, schodzi na plan dalszy. Nie ukrywam, że bliższa mi jest (z racji własnych pasji) pierwsza metoda, ale i druga ma zapewne swoich zwolenników nie tylko w kręgach zawodowych polonistek.

Koleje losu Tuwima i Gałczyńskiego zbiegały się niejednokrotnie. Obraz ich znajomości staje się bardziej wyrazisty przez podwójne naświetlenie: dokonane zarówno przez Urbanka, jak i przez Arno. Przeciwnicy i przyjaciele, poetyccy konkurenci, których po wojnie pojednał nowy, wspólny, bardzo wymagający mecenas – Polska Ludowa. Ale zanim to się stało, nim starszy poeta stanął nad trumną młodszego, by umrzeć niedługo po nim, wiele się wydarzyło.

Poetyckie nimby

Tuwim urodził się w Łodzi, w domu zasymilowanej żydowskiej rodziny, w 1894 r. Fabryczne, niemiecko- -rosyjsko-żydowskie miasto było pierwszym światem, który poznał i z którym przez wiele lat nie mógł się pogodzić, także ze względu na poczucie obcości wobec łódzkich Żydów. Pisał o nich bez taryfy ulgowej: „Czarni, chytrzy, brodaci / Z obłąkanymi oczyma, / W których jest wieczny lęk, (…) / którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna, / Bo żyją wszędy, / Tragiczni, nerwowi ludzie, / Przybłędy”. On sam szukał dla siebie własnego miejsca – stała się nim polszczyzna, a sposobem wejścia w jej dziedzinę – poezja. Młody Tuwim debiutował wierszem na łamach „Kuriera Warszawskiego” w grudniu 1912 r. Sześć lat później, gdy już zawitał do stolicy, za sprawą – uznanego za skandaliczny – wiersza Wiosna przebojem wdarł się do wyobraźni czytelników. Nastały czasy Kawiarni Poetów „Pod Picadorem”, a chwilę później „Skamandra” i kawiarni „Mała Ziemiańska”.

A zatem: sława dla wciąż młodego, skandalizującego artysty, który nie stronił od przyjaźni z ludźmi władzy i zarabiania pieniędzy w ówczesnym show-biznesie. Poetyckie nimby, przywileje wynikające ze znajomości z byłymi legionowymi pułkownikami, popularność rozchwytywanego tekściarza. Oraz ich długi, z roku na rok coraz dłuższy cień, czyli otwarta wojna z endecką prasą, z polemistami, którzy nie stronili od antyżydowskich wycieczek. Jarosław Iwaszkiewicz stwierdził później: „Począł wszystkie sprawy oglądać pod tym kątem. Sprawa antysemityzmu niechybnie spowodowała pewne skrzywienie jego psychiki. Myślał ciągle o tym”.

W grę wchodziły nie tylko stronice prasy zapełnione mniej lub bardziej wyrafinowanymi obelgami pod adresem poety. Dla Tuwima nigdy nie znalazło się miejsce w Polskiej Akademii Literatury, instytucji gromadzącej najbardziej uznane w tej dziedzinie nazwiska II Rzeczypospolitej. Miało na to wpływ jego pochodzenie, a także to, że się go wówczas mocno wyrzekał. Dramaturg Karol Hubert Rostworowski, który zdecydowanie występował przeciw przyjęciu artysty do PAL, stwierdzał: „Nie lubię pół Żydów, pół Polaków. Tacy szkodzą i Żydom, i Polakom. Nie znoszę asymilatorów wstydzących się swego narodu”. Urbanek zwraca uwagę, że „piszący w jidisz, Tuwim nie przeszkadzałby nikomu, bo wtedy zarzut obcości znalazłby pełne uzasadnienie i łatwo byłoby odmówić mu miejsca w PAL. Ponieważ jednak nie zgadzał się na zamknięcie w getcie, pisarze o mniejszym talencie starali się zdyskredytować go inaczej”.

Księżyc i alkohol

Można zaryzykować tezę, że Gałczyński, młodszy o nieco ponad dziesięć lat od Tuwima, miał pecha. Niełaska późniejszego urodzenia sprawiła, że gdy debiutował, najlepsze miejsca przy stolikach warszawskich literatów były już zajęte. Skamandryci mieli i talent, i znajomości. Gwiazda Tuwima świeciła jasno, a i kieszeń nie była pusta. A Gałczyński, związany z „Kwadrygą”? Biografia pokazuje jego młode lata jako warszawskie biedowanie utalentowanego poety z wielkimi ambicjami, ale stale bez grosza przy duszy. Niepewne było życie niesubordynowanego szaławiły, który na własne życzenie tracił posadę za posadą, nawet tak intratną jak ta w polskim Konsulacie Generalnym w Berlinie.

A choć w 1929 r. los zetknął go z Natalią, którą związał w poezji z miłością i obrazem spokojnego, małżeńskiego domu, to przecież wciąż szedł przez życie jak lunatyk. Księżyc był zresztą dla niego ważny. Księżyc i alkohol. Nieustanną zaś niepewność kruchych zarobków odmalował w wierszu: „A kiedy będę bezrobotny, / moja maleńka śpiewna żono, / włożysz kapelusz swój niemodny / i suknię starą, poplamioną”.

Zimą 1933 r. Gałczyński zawędrował za chlebem do Wilna. Młodsi koledzy po piórze przywitali go z otwartymi rękoma. Arno stwierdza: „parę lat starszy od żagarystów stał się nieomal ich guru”. Zaczął pracę w wileńskiej filii Polskiego Radia, wraz z Teodorem Bujnickim stworzyli dobraną parę twórców w służbie radiowej muzy. Poeta wciąż szukał jednak swojego miejsca: niespokojny duch tęsknił za stałością. Bo to nie tylko pieniądze, których wciąż brakowało, popchnęły go ku „Prosto z Mostu”, założonego w 1936 r. przez Stanisława Piaseckiego pisma, które w szybkim czasie stało się literacką tubą dla endeckich i antysemickich treści. Co chciał znaleźć? Chyba patos służby sprawom wielkim, choć tak wiele było w nim z szarlatana.

Pierwsze potyczki

Tak pojawia się nowy wątek: Gałczyński kontra Tuwim, Tuwim kontra Gałczyński. Poeci znali się już wcześniej, ustosunkowany skamandryta kilkukrotnie ratował Konstantego Ildefonsa z tarapatów, patronował jego poetyckiej pracy. Młodszy autor odwdzięczał się deklaracjami przyjaźni i listami, do których dołączał bratki. Ale pisał też w jednej z dedykacji: „którego kocham, którego nienawidzę, którego się boję, z którym jest mi najlepiej”. Ujmijmy rzecz w formule paradoksalnej: ambiwalencja uczuć i postaw były dlań stałą.

Pierwsze potyczki toczyli w szrankach wierszy. Ale najmocniejszy cios zadał Gałczyński prozą. W maju 1936 r. opublikował w piśmie Piaseckiego swoiste „wyznanie wiary”, które równocześnie było (nie tylko) literacką anatemą: artykuł Do Przyjaciół z „Prosto z Mostu”. Co wyznawał? Wiarę katolicko-narodowo- -poetycką: „Poezja jest nabożeństwem nieustraszonych, gdzie się trzeba modlić z gołą głową”. Tego misterium nie mogą pojąć czciciele „koszernego księżyca”. Ich poezję wyklął: „to tylko słowa i talmudyczny, kabalistyczny kult słowa, straszącej izraelickiej abstrakcji”. Atakował środowisko „Wiadomości Literackich”, skamandrytów, „obwąchiwaczy obopólnych machlojek”. Arno komentuje bezlitośnie: „poeta, który zasłynął jako uparty negocjator honorariów, tutaj stwierdza, że pogardza pieniądzem oraz »wyszachrowaną po gudłajsku« sławą”. Jednak z perspektywy czasu chyba największą ówczesną hańbą Gałczyńskiego było zagrożenie skamandrytom poetycką „nocą długich noży”, kilka lat po tej hitlerowskiej, krwawo-prozaicznej.

Urbanek szczegółowo przedstawia kulisy tej historii z perspektywy Tuwima. Początkowo zamierzał on opublikować mocną ripostę na łamach „Wiadomości Literackich”: Humorystyczniak o K. Ild. Gałczyńskim – Smorgoński Savonarola. Ale zwyciężyła słabość do młodszego kolegi. Artykuł nie został opublikowany, długo uważano go za zaginiony, aż odnalazł się w zbiorach poloników Tomasza Niewodniczańskiego z Bitburga. Ukazał się drukiem dopiero w 1999 r. w zbiorze Utwory nieznane. Zagniewany poeta nie szczędził swojemu (nie)przyjacielowi ostrych słów. „Pure merde” („czyste gówno”) – pisał. Przypomniał Konstantemu Ildefonsowi, że ten sugerował mu przecież jeszcze niedawno wspólne wydawanie pisma: „ten geszeft proponował mi oceaniczny chrześcijanin, po pijanemu gramolący się na scenę narodową”. Równocześnie wciąż z zachwytem pisał o pięknie poezji Gałczyńskiego, zaznaczając, że jest on zbyt „rozchełstaną moralnie” postacią, by kogokolwiek pouczać co do poetyckich, narodowych i ludzkich obowiązków.

Tracone złudzenia

Później przyszła wojna. Tuwim spędził ją na emigracji w Ameryce Południowej i Północnej. W Stanach Zjednoczonych wpadł w nowe kręgi – polskich komunistów, z reguły na sowieckim żołdzie. Wrócił do kraju w czerwcu 1946 r., już jako autor pisanych na tułaczce Kwiatów polskich. Chłonął wzrokiem spaloną Warszawę, a gdy ktoś z przyjaciół w trosce o jego zszargane nerwy próbował mu to perswadować, odpowiedział: „widzę, że chcesz koniecznie oszczędzić starego Żyda, a przecież wiesz, że starym Żydom nic nie zostało oszczędzone”.

Droga Gałczyńskiego była jeszcze bardziej niespokojna: trafił we wrześniu 1939 r. do Kozielska, ale jako szeregowiec nie podzielił losu polskich oficerów. Wskutek wymiany jeńców znalazł się na długie wojenne lata w niemieckim stalagu. Długo milczał – nie pisał listów do bliskich, złamał pióro. Po wyzwoleniu błąkał się po Europie Zachodniej. W kraju uznawano go za zmarłego, z czego zdawał się czerpać ekscentryczną radość figlarza o wisielczym humorze. Tęsknił do Polski, ale i szamotał się zagubiony wśród porywów serca, które dzielił między żonę i kilka kochanek. Do Krakowa, do Natalii wrócił w marcu 1946 r. z jedną z nich. Ale małżonka nie była w tej materii taka „zielona”: z miejsca położyła kres „wakacyjnym miłościom” czasu wojny. Doczekał też nieślubnego dziecka, Konstantego, urodzonego w styczniu 1946 r. ze związku z Lucyną Wolanowską.

Zarówno Urbanek, jak i Arno powojenne lata poetów ukazują jako historię traconych złudzeń, osaczenia przez władzę wymagającą coraz dalej idącej ideologicznej uległości, ale też prostej radości z życia w kraju, w którym można było znów układać i wydawać poezje po polsku. Można tu użyć terminu: „smutna radość”, bo obaj artyści przeżyli, odnaleźli choć część spośród najbliższych, przyjaciół i znajomych, powrócili do ojczyzny, poza którą nie widzieli dla siebie ludzkich perspektyw i możliwości tworzenia, w dodatku obaj żyli jak na owe czasy na wysokim poziomie materialnym. A z drugiej strony byli zbyt wrażliwi i niespokojni duchem, by zmieścić się do pozłacanych klatek. Zbyt słabi, by nie ulec pokusom współuczestnictwa w chwalbie Stalina i Bieruta i naginania pióra do „literackich pięciolatek”, ale też zbyt rogaci na duszy, by nie dostrzegać nonsensów i nadętej nowomowy rozpanoszonych partyjniaków.

„Oczyszczanie poezji”

W nowej epoce ich przedwojenny spór z oczywistych względów został ukryty przed nową „socjalistyczną” opinią publiczną. List Do Przyjaciół… nie mógł ujrzeć światła dziennego w PRL, zabrakło go w wydanych w 1979 r. pięciu tomach Dzieł Gałczyńskiego. Warto jednak zaznaczyć, że Tuwim miał okazję w dość specyficzny sposób szybko utrzeć nosa koledze sowizdrzałowi, który na strunach nowej, coraz bardziej „po marksistowsku” zaangażowanej poezji często wygrywał niewłaściwe melodie, oskarżane o „nielewomyślne” brzmienie.

Powodu dostarczył liryk Gałczyńskiego, Pochwalone niech będą ptaki, opublikowany w „Przekroju” jesienią 1947 r. Wiersz zawierał strofy: „Pochwalone: grzesznik i święty, / i serce ludzkie jak morze odkryte”. Tuwim wykazał się tak mile widzianym wówczas, ale szczerym u niego pryncypialnym podejściem. Odpowiedział listem na łamach krakowskiego pisma: „Protestuję przeciwko lekkomyślnemu pochwaleniu jednym tchem grzesznika i świętego”. Argumentował, że „grzesznik” może być mordercą i bratobójcą czasu wojny albo złodziejem dobra publicznego, tyjącym „z krzywdy i nędzy bliźnich”.

Artykuł Tuwima z zarzutami o „brak odpowiedzialności artystycznej i społecznej za słowa” antycypował nagonkę, jakiej doświadczył Gałczyński na początku lat 50. Rozprawa z poetą miała kilka aspektów, wyraziście naświetlonych przez Arno. Wtedy to sięgnięto do jego przeszłości. Andrzej Stawar pisał później: „W tym okresie szereg osobistości otrzymało szare koperty z przepisanymi na maszynie wierszami Gałczyńskiego z czasu współpracy z »Prosto z Mostu«, zwłaszcza z wierszami o treści antysemickiej”. Z kolei młody Adam Ważyk walczył z poetą-filistrem Konstantym Ildefonsem i jemu podobnymi z pomocą ideologii: „Oczyszczenie poezji ze skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku staje się pilnym zadaniem poetów i krytyków literackich. Nie można tego dokonać bez świadomości ideowo-politycznej. (…) Tylko poezja jasnych, klarownych idei może dotrzeć do ludu i uczestniczyć w jego pracy”.

Wreszcie, zgodnie z logiką i możliwościami gospodarki nakazowo-rozdzielczej, koncesjonującej także poezję, znacznie ograniczono drukowanie Gałczyńskiego. Nawet na łamach „Przekroju” zaczęło brakować miejsca dla jego Zielonej Gęsi i Listów z fiołkiem. Marian Eile zmuszony był zakomunikować swojemu najlepszemu autorowi: „Musimy mieć prawo do skreśleń natury politycznej”. I jakkolwiek później „wybaczono” poecie, to mocno przecierpiał czas, gdy uderzając wprost w niego, uciszano „rozwydrzone kanarki drobnomieszczańskiej poezji”. A przecież jak wielu innych pokornie starał się udowodnić, że wart jest (poetyckiego) obywatelstwa Polski Ludowej, choćby głośnym wierszem wymierzonym w „zdrajcę” Miłosza.

A Tuwim? On także nie ustrzegł się tarapatów w nowej Polsce, do której wracał z takim entuzjazmem. Nie był niewinny w oczach czujnych ideologów. Kwiaty polskie wydano ocenzurowane, zbyt raziły strofami nadto lirycznie opiewającymi dawny świat. Oczywiście zarzucano mu także drobnomieszczaństwo. Do domu przychodziły antysemickie, „życzliwe” listy. A Hanna Mortkowicz- Olczakowa wspominała: „mimo swojego wyjątkowego stanowiska w literaturze, swych prerogatyw i deklaracji, dostał się pod presję szkodliwych, tępych ocen, wpadł między tryby biurokratycznej maszyny wydawniczej”. Wychwalano go pod niebiosa, a równocześnie traktowano bardzo nieufnie, czasem arogancko. To go dobijało. Urbanek wymienia listę publikacji, których Tuwimowi za życia nie wydano lub długo odwlekano ich wydanie. Równocześnie jednak – tutaj nic się nie zmieniło od przedwojnia – miał lepsze kontakty z władzą niż Gałczyński, więc gdy w Czytelniku wstrzymywano druk tomu Zaczarowana dorożka, mógł się wystarać o „ułaskawienie” dla książki. Dwaj smutni sowizdrzałowie, zbyt dziwaczni nawet gdy posłuszni, szli wespół drogą pełną zakrętów. „Nauczycielu, Przyjacielu” – pisał Konstanty Ildefons do starszego poety.

***

Obaj zmarli zimą 1953 r. Konstantego Ildefonsa znaleziono martwego w domu 6 grudnia: pękła sercowa aorta. Na stole pozostał niedokończony wiersz: „Ale są jeszcze sprawy drobne: loty ptasie, / chwianie się trzcin w jeziorach / blask gwiazdy wieczornej”, którego ostatnie słowa brzmiały: „a kiedy noc…”. Gałczyńskiego pochowano 9 grudnia na Powązkach. Na pogrzebie był też Tuwim, „blady jak trup” wedle określenia Iwaszkiewicza. Oddał cześć zmarłemu w ostatnim, niedokończonym wierszu: „Dobrze, cieniu, że masz martwe oczy, / Jeszcze lepiej, że i usta twoje / Śmierć wieczystym zamknęła spokojem”. I jego dni były już policzone. Zmarł 27 grudnia, także spoczął na Powązkach, ale w odróżnieniu od Gałczyńskiego nie odmówiono mu pochówku w Alejach Zasłużonych.

Dwa życiorysy, dwie biografie. I przestwór ludzkich losów, których głębie i otchłanie znajdziemy w tych dwóch książkach. Głębie – bo odkryjemy tam to, co piękne, subtelne i dobre. Otchłanie – bo zobaczymy także to, co bolesne i wstydliwe. Ale dobrze, że doczekaliśmy się tych prac „bez cenzury”, różnych, ale dopełniających się w opowieści indywidualnej i zbiorowej o polskiej kulturze i historii. I prozie życia poetów.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata