70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przemyśleć odwieczne na nowo

Z jednej strony kultura czerpie z naszych uwarunkowań biologicznych i na nich się opiera, z drugiej – stanowi część ludzkiej natury, jest jej nieodłącznym elementem. Poszukując uniwersaliów kulturowych, możemy przekonać się, czy istnieją takie elementy ludzkiej biologii, które wszystkie społeczności odczytują w ten sam sposób, tworząc dla nich podobne interpretacje w swoich kulturach.

Dyskusje na temat ról społecznych, jakie przypisywane są każdej z płci, stanowią często okazję do przyjrzenia się różnicom między kulturami. Oczekiwania wobec kobiet w Afganistanie czy Arabii Saudyjskiej przeciwstawiane są modelom kobiecości obowiązującym np. w krajach Europy. Być może jeszcze ciekawsze byłoby jednak odwrócenie pytania o różnice kulturowe i zastanowienie się nad tym, co w kulturach świata jest uniwersalne, niezmienne, charakterystyczne dla wszystkich ludzkich społeczności. Nie chodzi przy tym oczywiście o role przyjmowane uniwersalnie przez wszystkie jednostki, ale o role występujące uniwersalnie we wszystkich kulturach – o ile wiadomo, że nie każda kobieta zostanie matką, o tyle trudno znaleźć społeczność, w której nie istniałaby rola matki przypisywana kobietom. Poszukiwanie tego typu wspólnych cech różnych kultur mogłoby rzucić nowe światło na to, jak postrzegamy bycie kobietą i bycie mężczyzną, co uważamy za nienaruszalne, występujące globalnie, a co można określić jako lokalne lub wręcz wyjątkowe. I jaka, w końcu, jest rola społeczności w kształtowaniu tego, kim jesteśmy.

Uniwersalny wspólny mianownik

Na początku warto zastanowić się, czym właściwie są uniwersalia kulturowe i co mogą oznaczać. Prof. Donald Brown, autor książki Human Universals („Uniwersalia ludzkie”), czy prof. George Peter Murdock, autor m.in. The Common Denominator of Cultures („Wspólny mianownik kultur”), w swoich pracach wymieniali takie uniwersalia, jak język, rytuały religijne, medycyna, prawa dotyczące własności, przewidywanie pogody, higiena, wychowanie, budowanie schronień, tabu kazirodztwa. Ich powszechne występowanie wydaje się wypadkową ludzkich potrzeb i umiejętności społeczeństw do znajdowania odpowiednich rozwiązań. Niektóre z naszych potrzeb są uniwersalne, bo wiążą się bezpośrednio z ludzką biologią lub uniwersalnymi cechami środowiska. Na całej planecie ludzie są w pewnym stopniu zależni od pogody, więc szukają możliwości jej przewidywania i chronią się przed jej negatywnym oddziaływaniem, budując różnego rodzaju domy. Na całej planecie są też narażeni na bolesne choroby i urazy, rozwijają więc wiedzę o tym, jak zachowywać zdrowie i leczyć dolegliwości. Także umiejętność znajdowania rozwiązań jest w pewnym stopniu uwarunkowana biologicznie. Np. zdolność do posługiwania się językiem – która odpowiada na potrzebę komunikacji – leży poza naszą wolą, jest wrodzona. Można powiedzieć, że jest częścią tego, jak funkcjonuje nasz organizm.

Takie rozumienie uniwersaliów kulturowych oznacza, że cechy lub zachowania występujące globalnie wśród wszystkich społeczeństw nie muszą być wcale dla danej społeczności ważniejsze niż cechy lub zachowania występujące lokalnie. Jeśli dana społeczność żyje w pobliżu aktywnego wulkanu, to unikanie zagrożenia, jakie on stanowi, jest dla niej tak samo istotne jak umiejętność radzenia sobie z chorobami zakaźnymi. Gorąca lawa, mimo że nie grozi wszystkim społecznościom świata, może być tak samo niebezpieczna jak epidemia cholery. Nie należy więc zakładać, że istnieje jakaś hierarchia ważności między tym, co dla ludzi uniwersalne, a tym, co charakterystyczne tylko dla określonej grupy.

Opisane powyżej rozumienie uniwersaliów pokazuje również, że próba oddzielenia tego, co naturalne, od tego, co kulturowe, jest skazana na porażkę. Z jednej strony bowiem kultura czerpie z naszych uwarunkowań biologicznych i na nich się opiera, z drugiej zaś – stanowi część ludzkiej natury, jest jej nieodłącznym elementem.

Poszukując uniwersaliów kulturowych, możemy natomiast przekonać się, czy istnieją takie elementy ludzkiej biologii, które wszystkie społeczności odczytują w ten sam sposób, tworząc dla nich podobne interpretacje w swoich kulturach.

Małżeństwo dla każdego?

Mogłoby się wydawać, że uniwersalia kulturowe, które tak często są silnie zakorzenione w biologii, powinny być szczególnie widoczne w obszarach związanych z seksualnością i rodzicielstwem. W końcu na całym świecie ludzkie społeczności mogą trwać właśnie dzięki temu, że tworzą się pary, które mają później dzieci. Wspomniani już antropolodzy (a także autorzy opierający się na ich tekstach, m.in. Steven Pinker) w swoich pracach rzeczywiście wymieniają małżeństwo, regulacje dotyczące seksualności, role społeczne różne dla każdej płci czy rozpoznawanie pokrewieństwa jako uniwersalia. Problem jednak w tym, że owe zjawiska przybierają bardzo różne formy, a samo ich rozpowszechnienie nie musi oznaczać, że we wszystkich kulturach świata podobnie kształtują się role tak – wydawałoby się – podstawowe, jak żona, mąż, matka czy ojciec.

Wielu badaczom i autorom coraz częściej nasuwa się pytanie o to, czy można za wspólne dla wszystkich kultur uznać np. małżeństwo, które w zależności od szerokości geograficznej i epoki może być związkiem monogamicznym lub poligamicznym, do końca życia lub na jeden dzień, zawieranym ze względów politycznych lub pod wpływem nagłych emocji, aranżowanym przez rodzinę albo zawieranym w tajemnicy przed najbliższymi. Ciekawej analizy pojęcia małżeństwa dokonują autorzy książki Sex at Dawn: The Prehistoric Origins of Modern Sexuality („Seks o świcie. Prehistoryczne źródła współczesnej seksualności”). Christopher Ryan i Cacilda Jethá szukają takich elementów, które występowałyby uniwersalnie w relacjach nazywanych przez antropologów małżeństwem. Według ustaleń autorów nie można do cech uniwersalnych zaliczyć tego, co znamy pod nazwą wesela, czyli świętowania przez społeczność początku związku. Podają oni przykład ludu Aché z Paragwaju, w którym para nazywana jest małżeństwem, kiedy tylko zaczyna spać w jednej chacie. Dla ludu Kurripaco z Brazylii małżeństwo jest związkiem, który rozwija się stopniowo, zaczyna się od mieszkania razem, ale przez starszyznę jest uznawany dopiero, kiedy młodzi udowodnią, że potrafią o siebie zadbać. Nie zawsze więc można mówić o wyraźnym początku związku, który byłby celebrowany przez społeczność.

Warto też zauważyć, że mimo iż mowa o plemionach kulturowo bardzo odległych od Europy, podobne rozmycie granic czasowych małżeństwa można zauważyć i w krajach zachodnich. Coraz więcej par decyduje się na ślub odbywający się skromnie, bez wielkiej pompy, więc może być on w ogóle niezauważony przez społeczność. Czasem ceremonia ogranicza się do podpisania dokumentów w odpowiednim urzędzie, a samo „małżeństwo” nazywane jest związkiem partnerskim lub paktem cywilnym. Wiele z tych związków funkcjonuje podobnie przed ślubem i po nim, a coraz więcej par rezygnuje w ogóle z ich formalizowania.

Według Rayana i Jethy do uniwersalnych cech małżeństwa nie należy też wymóg dochowania dziewictwa przed małżeństwem ani późniejsza wierność seksualna. Istnieje wiele społeczności, w których na określonych zasadach dopuszcza się współżycie „narzeczonych” i małżonków z innymi partnerami. Takie podejście może mieć na celu zwiększenie szans na pojawienie się w danej grupie zdrowych dzieci, przypieczętowanie sojuszu czy wzmocnienie więzi w społeczności. Autorzy podają przykład ludu Canela z Brazylii, który wręcz wymaga od dziewczyny mającej wejść w związek małżeński, żeby najpierw zdobyła przychylność społeczności przez współżycie z kilkunastoma mężczyznami. Ci natomiast płacą za jej towarzystwo mięsem, które przekazują bezpośrednio przyszłej teściowej dziewczyny. Poszerzanie puli genetycznej wydaje się natomiast przyświecać normom przyjętym przez członków niewielkiego ludu Pirahã mieszkającego w amazońskiej dżungli, którzy nie pozwalają na małżeństwa z osobami spoza plemienia, ale zgadzają się na to, żeby kobiety z nimi współżyły. Nie jest to zresztą jedyna grupa, która przybyszów wita takim rodzajem gościnności. Już Marco Polo opisywał w XIII w. społeczności, które podróżnikom oferowały towarzystwo kobiet, twierdząc przy tym, że zapewnia im to życzliwość bogów.

Ostatecznie nawet cel, jaki przypisujemy często małżeństwu, czyli powołanie do życia potomstwa, nie musi być wcale jego cechą uniwersalną. W indyjskim stanie Kerala żyje lud Nayar, który tradycyjnie praktykował dwa rodzaje małżeństwa. Pierwszy z nich był rytuałem, w którym dziewczynce po pierwszej menstruacji mężczyzna nakładał naszyjnik, odpowiednik obrączki. Następnie odbywała się kilkudniowa uczta, po czym dziewczyna mogła już nigdy nie zobaczyć swojego męża. To małżeństwo, w przeciwieństwie do drugiego rodzaju, nie zakładało żadnej aktywności seksualnej. Jak blisko 100 lat temu tłumaczył w artykule Some Aspects of Nayar Life K.M. Panikkar, jedyne rytuały żałobne, jakie wiązały się ze stratą męża, obowiązywały tylko w przypadku śmierci tego pierwszego, prawie nieznanego małżonka. Według historyka był to dowód na prawdziwość tego związku.

Czterech ojców i trzy matki

Jak widać, pojęcie małżeństwa okazuje się bardzo ogólne, mieści w sobie różne typy relacji międzyludzkich i trudno odnaleźć wspólny mianownik związków określanych tym słowem. Podobnie trudno byłoby określić, co jest uniwersalne dla roli żony bądź męża. Być może więc, żeby odnaleźć coś uniwersalnie obecnego w kulturach świata trzeba poszukać roli jeszcze bliżej związanej z ludzką biologią, np. roli matki lub ojca. Jednak i ta intuicja tylko po części okazuje się trafna.

Niezaprzeczalnie na całym świecie to kobiety rodzą dzieci i są ich pierwszymi opiekunkami i karmicielkami. Jest to podyktowane biologią człowieka i nie ma społeczeństwa, które mogłoby nas w tej kwestii zaskoczyć. Ale wystarczy przyjrzeć się historii macierzyństwa w Europie, żeby zauważyć, że pierwszą karmicielką dziecka nie musi być wcale jego biologiczna matka. Mamki odkarmiły i wychowały wielu potomków zamożnych rodów, a ich wizerunki zostały uwiecznione na obrazach i w literaturze. Więzi łączące dziecko z opiekunką często były silniejsze niż te, które łączyły je z biologiczną matką. Pewną analogię możemy odnaleźć wśród indiańskich plemion żyjących w Ameryce Południowej czy wśród mieszkańców Nowej Gwinei. Ryan i Jethá w swojej książce podają przykład ok. 20 grup etnicznych z tych regionów, które wierzą w coś, co moglibyśmy nazwać zbiorowym rodzicielstwem. Członkowie tych grup zapytani o to, ilu mają rodziców, często podają liczbę większą niż dwa. Bierze się to z przekonania, że dla zdrowego rozwoju płodu, a później dziecka konieczna jest sperma wielu ojców i mleko wielu matek. Niektórzy mogliby negatywnie ocenić takie poglądy, tłumacząc je brakiem wiedzy biologicznej. Co prawda, podejściu tych plemion daleko do naukowości, ale trzeba przyznać, że z perspektywy dziecka jest to system, który zapewnia mu o wiele większe bezpieczeństwo niż modele ściśle oddające stan badań nad biologią człowieka. Potomkowie opisanych tu społeczności mogą liczyć na wsparcie wielu dorosłych, a śmierć nawet dwojga z rodziców nie oznacza osierocenia.

Jeszcze inny model podobnie „rozmytego” rodzicielstwa można spotkać wśród społeczności Mosuo. Jest to grupa etniczna zamieszkująca w chińskich prowincjach Junnan i Syczuan znana z tego, że do dziś zachowała swoją matrylinearną strukturę. Dom i majątek są przekazywane z pokolenia na pokolenie jedynie córkom. Kobiety są uważane za głowę rodziny, dziedziczą ziemie i inne dobra, które pozwalają wykarmić i wyedukować potomstwo. Mosuo nie zawierają małżeństw. Dojrzewające dziewczęta dostają swój pokój z dwoma wejściami, z których jedno wychodzi na ulicę. Dzięki temu mogą przyjmować na noc kogo zechcą, a potomstwo poczęte podczas takich schadzek wychowuje biologiczna matka ze swoją rodziną. Ojciec biologiczny nigdy nie przeprowadza się do matki swojego dziecka, pomaga za to wychowywać dzieci swoich sióstr, z którymi mieszka. Przedstawiciele tej społeczności tłumaczą, że dzieci są dziećmi wszystkich dorosłych, a każdy dorosły pomaga każdemu dziecku, wujkowie są nazywani ojcami (jest to jedno słowo), a ciotki mamusiami. Związki między biologicznymi rodzicami są niekiedy błędnie określane przez zachodnich badaczy jako „chodzone małżeństwa”. Jak tłumaczą sami zainteresowani, spędzanie z kimś nocy nie wiąże się u Mosuo z żadnymi zobowiązaniami, wymianą dóbr, wspólną opieką nad dziećmi ani z oczekiwaniem wierności.

Niektórzy zachodni badacze podchodzili z pewnym uprzedzeniem do tej społeczności, opisując jej członków jako rozwiązłych. Tymczasem Mosuo o wiele bardziej skupiają się na rodzinie niż na seksie. Nie są wielkimi zwolennikami monogamii i wierności, ale swoje życie erotyczne zachowują dla siebie, kochankowie odwiedzający kobiety nie mogą zostawać w ich domu dłużej niż do wschodu słońca, pary nie okazują sobie uczuć poza sypialnią, nie opowiadają o swoich spotkaniach i trzymają nocne przygody z daleka od życia rodzinnego. Organizacja społeczna i gospodarcza ma sprzyjać przede wszystkim rodzinie określanej przez pokrewieństwo, a nie związkom damsko-męskim.

Przykład społeczności Mosuo jest ciekawy z kilku względów. Po pierwsze, stanowi kolejny dowód na to, że małżeństwo można wykreślić z listy uniwersaliów kulturowych. Po drugie, pokazuje, że nawet tam gdzie rodzina jest niezwykle istotna, a dobro potomstwa stoi na pierwszym miejscu, rola rodzica może być rolą bardzo skomplikowaną. Każdy może być w tej kulturze rodzicem biologicznym i rodzicem wychowującym dziecko, ale w przypadku ojców najczęściej te dwie role ojca nie będą odnosić się do tych samych dzieci. Podobnie jak rola matki-rodzicielki i rola matki-karmicielki nie musi się pokrywać w innych kulturach.

Lekcje z antypodów

Poszukiwania uniwersaliów kulturowych są interesujące nie tylko dlatego, że pozwalają poznać sposoby radzenia sobie z problemami i potrzebami wypracowane przez różne społeczności. Pozwalają też wytypować uniwersalne ludzkie potrzeby i zadać sobie pytanie, jak radzimy sobie z nimi w naszej kulturze.

Niewiele jest zjawisk prawdziwie powszechnych, ale na pewno należą do nich posiadanie potomstwa i jego wychowanie obecne w każdej społeczności. Z jednej strony są to kwestie uniwersalnie ludzkie, ale z drugiej – coraz więcej wskazuje na to, że są one także jednym z głównych wyzwań, przed jakimi staje kultura europejska. Być może nasza wiedza biologiczna przewyższa znacznie biologiczną świadomość plemion Amazonii, ale pod względem kulturowym nie udało się nam dorównać im w wypracowaniu rozwiązań sprzyjających dzietności.

Obecne przemiany ról społecznych przypisywanych kobietom i mężczyznom, jakie zachodzą w świecie zachodnim, mogą doprowadzić do wypracowania nowych rozwiązań. To, że w naszych genach nikt nie zapisał jednoznacznie określonej roli społecznej, nie oznacza, że takich ról nie potrzebujemy. Przeciwnie, jeśli biologia dzieli nas na potencjalne matki i potencjalnych ojców, to w interesie wszystkich – nas samych i przyszłych pokoleń – leży tworzenie i pielęgnowanie takiej kultury, która pomoże nam (choć niekoniecznie każdemu) wypełniać zadanie rodziców i opiekunów. Wydaje mi się – choć jest to tylko subiektywna opinia – że w Polsce i w Europie wiele osób zapomina o tym, jak ważna dla społeczności powinna być troska o dzieci i ich zdrowy, bezpieczny rozwój. Niska dzietność jest owocem tego zaniedbania. Jednocześnie wielu zdaje się ignorować fakt, że tradycyjny dla naszego kręgu kulturowego sposób wychowywania dzieci i organizowania rodziny nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem, za to coraz rzadziej jest rozwiązaniem skutecznie odpowiadającym na dzisiejsze wyzwania.

Na koniec nasuwa się jeszcze jedna refleksja. Czy możemy nauczyć się czegoś od niewielkich społeczności żyjących na krańcach świata? Pytanie to może wydawać się niepoważne, bo czy mielibyśmy zachęcać kobiety w ciąży do sypiania z sąsiadami? Albo odmawiać ojcom prawa do wychowywania swoich dzieci? Nie chodzi jednak o bezmyślne kopiowanie zachowań. To, co może być dla nas cenne w ich podejściu, to świadomość, że wszyscy dorośli w jakiś sposób wychowują przyszłe pokolenia. To poważne, dosłowne wręcz, wzięcie na siebie roli rodzica wobec dzieci, które niekoniecznie mają moje geny. To wspieranie każdego dziecka w jego dorastaniu. Wielu sądzi dziś, że bycie matką i ojcem to w pewnym sensie rola społeczna, w jaką wchodzą jednostki, kiedy decydują się na dziecko. Ale być może należy zrozumieć, że to też w pewnym sensie rola społeczeństwa, czyli każdego z nas, niezależna od naszego stanu cywilnego, płodności, wieku.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter