70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pomysł na życie

Twierdzić, że rodzina odbiera wolność, to jak powiedzieć muzykowi, że nie jest wolny, bo gra z nut, a mógłby nieskładnie rąbać w klawiaturę. Małżeństwo narzuca pewne nuty, dziecko też. Ale mogą one posłużyć do zagrania czegoś pięknego.

Od 11 lat prowadzą Państwo kursy dla narzeczonych. Czemu ma służyć przygotowanie do małżeństwa? Jaka idea mu przyświeca?

Marek Babik: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy zacząć od definicji małżeństwa. W Kościele katolickim nie jest ono tylko aktem cywilno-prawnym, lecz sakramentem opartym na decyzji woli. Każdy, kto ją podejmuje, musi najpierw zrozumieć, jakie są konsekwencje i zobowiązania wypływające z zawarcia związku. Jeśli osoby biorące ślub nie są wystarczająco świadome, co on oznacza, można później stwierdzić, że małżeństwo było nieważne. A założenie jest przecież odwrotne, czyli żeby zawierać ważne związki. Stąd potrzeba przygotowania. Nie ograniczamy się jednak do prawa kanonicznego i teologii. Staramy się też przekazywać wiedzę, która pomoże parom ułożyć sobie wspólnie życie. Przybliżamy problematykę uczuć, komunikacji, seksualności i odpowiedzialności.

Marta Babik: Małżeństwo sakramentalne to jeden z wielu pomysłów na życie, i to dosyć szczególny. Zakłada przyjęcie pewnych wartości, co ma konsekwencje aż do śmierci.

Kiedy wiążemy się z drugim człowiekiem na zawsze, mamy nadzieję, że będzie cudownie i pięknie, ale wspólna codzienność może przebiegać bardzo różnie. Już na starcie bardzo istotne jest, żeby otrzymać pewne podpowiedzi, bo początki życia razem mają ogromne znaczenie dla dalszej relacji. Z jednej strony przygotowanie do małżeństwa ma ułatwić budowanie zdrowego, szczęśliwego związku, w którym będziemy umieli współpracować i komunikować się ze sobą. Z drugiej strony ten pomysł na życie zakłada, że decydujemy się na ewentualne trudności, których nie sposób przewidzieć. Może się później okazać, że w chwili ślubu zgodziliśmy się towarzyszyć osobie, która będzie w przyszłości ciężko i przewlekle chora. W innym związku może dojść do rozstania i wtedy czeka nas długa samotność, bo przyrzekaliśmy wierność aż po grób. Niektórzy pomimo zranienia i poczucia opuszczenia odkrywają sens życia według zasad, które kiedyś wybrali. Ale jest to duże wyzwanie. Dlatego trzeba się dobrze zastanowić, czy to na pewno jest mój pomysł na życie. Bo przecież można mieć ich wiele.

 

Czy mają Państwo okazję dobrze poznać ludzi, którzy decydują się na małżeństwo? Czy można zauważyć jakieś zmiany zachodzące na przestrzeni lat?

Marek Babik: Podczas kursów nie poznajemy bliżej tych par, bo prowadzimy spotkania dla bardzo licznych grup. Każdy, kto przyjdzie, ma prawo wejść. Czasem udaje się z kimś porozmawiać podczas przerwy.

Marta Babik: Im częściej mam okazję porozmawiać z narzeczonymi, tym bardziej się przekonuję, że wizja przekazywana np. w mediach nie jest zgodna się z tym, co wynika ze spotkań twarzą w twarz. Wielu młodych ludzi podejmuje mądre decyzje, poważnie myślą o swoim związku, chcą, żeby się udało, dostrzegają problemy. Mnie osobiście wiele par pozytywnie zaskakuje.

Marek Babik: Nasz kontakt jest ograniczony, ale wystarczający, żeby móc zaobserwować pewne tendencje i zmiany. W latach 90. przychodziły do nas bardzo młode pary, narzeczeni, którzy jeszcze nie skończyli szkoły średniej. Nie jestem pewien, czy byli pełnoletni. Teraz to się nie zdarza. Coraz częściej spotykamy ludzi z długim stażem wspólnego życia. Niedawno pojawiła się na kursie para po piętnastu latach spędzonych razem. Na początku związku nie myśleli o ślubie, ale później zaczęli odkrywać wiarę i z tego wzięła się potrzeba małżeństwa sakramentalnego.

 

Późny wiek zawierania związków małżeńskich wpisuje się w czarne scenariusze dotyczące rodziny. Mówi się, że młodzi ludzie boją się głębszych relacji i zobowiązań, często zmieniają partnerów, a jeśli nawet zdecydują się na ślub, szybko kończy się on rozwodem. Czy Państwo też są pesymistami w tej kwestii?

Marek Babik: Kiedy zbierałem materiały do mojej książki o koncepcjach wychowania seksualnego z początku XX w., doszedłem do wniosku, że dzisiejsza sytuacja jest nieporównywalnie lepsza. To prawda, że kiedyś nie było rozwodów, ale przyczyn upatrywałbym w strukturze ekonomicznej, a nie w jakości związków. Czy dawniej kobieta mogła sobie pozwolić na to, żeby odejść od męża? Albo czy mężczyzna potrafił sam zorganizować życie domowe? Oni musieli być razem. Nieraz się bili, kłócili, były zdrady i nieślubne dzieci, ale nawet nie rozważano możliwości rozstania. To, że dzisiaj mamy rozwody, nie znaczy od razu, że związki częściej źle funkcjonują. Po prostu prawo reguluje więcej sytuacji.

Pewne aspekty życia obyczajowego nie zmieniły się tak bardzo, jak się nam wydaje. Przeanalizowałem wszystkie dostępne badania na temat inicjacji seksualnej w XX w. Na początku stulecia aktywność na tym polu rozpoczynało 52% mężczyzn przed osiemnastym rokiem życia. Pod koniec wieku było ich 51%. Trudno jest porównywać metody badań ankietowych z tamtego okresu ze współczesnymi. Pokazuje to jednak, że dzisiaj mamy podobne i wyniki, i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Wtedy także otrzymywane dane uważano za początek „końca świata”. Ja doszukiwałbym się raczej pozytywnych aspektów współczesnej sytuacji. Dawniej chłopcy zaczynali współżycie przez kontakty z prostytutką. Obecnie zdarza się to o wiele rzadziej.

A wracając do rozwodów, nawet jeśli ich liczba w danym roku sięga 30% sumy zawieranych małżeństw, to pozostaje ta reszta, która wybiera pozostanie w związku – i to jest budujące, bo wcale nie muszą tego dziś robić. Nawet jeśli założymy, że kolejne 30% trwa w relacji z małżonkiem ze względu na zewnętrzne wpływy, to wciąż duży odsetek pozostaje nam na pary, które się w małżeństwie spełniają i odkrywają jego sens. Zmieniły się zwyczaje i nie ma tak wielkiej presji, żeby tkwić w tragicznej sytuacji. Paradoksalnie to przyzwolenie na rozwody pokazuje, jak wiele osób docenia wartość małżeństwa.

 

Nie spodziewałam się, że są Państwo zwolennikami rozwodów.

Marta Babik: Na pewno nie jesteśmy ich zwolennikami, ale chcemy zasygnalizować, że ich rosnąca od pewnego momentu liczba nie oznacza wcale, że dawniej było lepiej. Po prostu wiele osób nie decydowało się na rozwód, mimo że ich małżeństwo było tragiczne albo tak naprawdę nie istniało. Kiedyś się nad tym zastanawialiśmy i procentowo nieudanych małżeństw jest chyba niezmiennie dużo. I to zawsze jest porażka. To jest przykre. Ale nie wydaje mi się, żeby statystyki dotyczące rozwiązań małżeństw były dowodem zmiany w tej kwestii. Natomiast negatywnym następstwem społecznego przyzwolenia na rozwody z pewnością jest to, że część małżeństw zbyt szybko podejmuje decyzję o rozstaniu, poddają się, kiedy powinni walczyć. Spotykam osoby, które po latach z żalem o tym opowiadają.

Często widzimy złe strony, a nie dostrzegamy tego, że dziś w związku małżeńskim możemy się rozwijać, co sto lat temu byłoby o wiele trudniejsze. Bardziej zależy nam na jakości relacji. Dzięki naukom psychologicznym i pedagogicznym szeroko dostępne są warsztaty, książki, poradniki. To jest ogromna szansa, bo ludzie popełniają w związku bardzo podstawowe błędy. Czasem wystarczyłoby przeczytać jedną książkę, żeby zmienić wiele złych nawyków. Kiedyś nie było takiego wsparcia dla małżonków.

 

Jako kolejną oznakę upadku moralności podaje się przykład par mieszkających razem bez ślubu. Czy to też można pozytywnie zinterpretować?

Marek Babik: Wydaje mi się, że w tym przypadku wiele zależy od strony kościelnej. Nawet jeśli pozostawimy na chwilę kwestię wiary, to jednak przy tylu latach katechizacji można na poziomie intelektualnym przygotować ludzi do poważnego myślenia o związku. Na kursy często przychodzą ludzie wierzący, którzy nie rozumieją sensu ślubu i czystości przedmałżeńskiej, podstawowych pojęć dotyczących sakramentów albo samego małżeństwa tylko dlatego, że im tego nie wyjaśniono. Jest to wielkie zadanie dla osób odpowiedzialnych za katechizację. W ich gestii jest zadbanie o odpowiednie materiały i gruntowne przygotowanie kadr. Ważna jest konsekwencja. Jeśli nawołuje się do tego, żeby walczyć o rodzinę, to zawalczmy o nią!

Marta Babik: To, że młodzi ludzie wchodzą w takie przejściowe związki, nierzadko dzieje się za przyczyną rodziców. Zmieniły się zwyczaje, ojcowie i matki już nie powtarzają dzieciom, że czas się ożenić czy wyjść za mąż. Dzisiaj o wiele silniejsza jest więź międzypokoleniowa. Rodziny są małe, dzieci nieliczne, przez co stają się oczkiem w głowie tatusia i mamusi. Rodzic robi wszystko, by opóźnić odejście dziecka z domu. Co więcej, niesamowicie się boi, że w innym układzie będzie ono nieszczęśliwe, że będzie podejmować złe, w jego mniemaniu, decyzje. Młodzi ludzie mają więc większe przyzwolenie na związek niesakramentalny i w założeniu przejściowy. Rodzic myśli sobie: pomieszkają na próbę, zobaczą, jak jest im razem źle, i wrócą do domu.

Niedawno moja koleżanka z pracy opowiadała oburzona o parze planującej ślub. Mają po trzydzieści lat, znają się miesiąc i postanowili się pobrać, co nie tylko wywołało zaskoczenie, że tak szybko podjęli decyzję, ale wzbudziło też pewien sprzeciw i niepokój otoczenia. Mnie wydało się to jednak świetnym pomysłem. Myślenie o małżeństwie oznacza, że traktują się nawzajem poważnie.

 

Wiele osób mogłoby jednak uznać taką decyzję za lekkomyślną.

Marta Babik: Podczas przygotowań do uroczystości oni dowiedzą się o sobie wielu rzeczy, poznają rodzinę partnera, będą musieli wspólnie uzgodnić wiele ważnych spraw dotyczących podstaw swojego związku. Zanim wezmą ślub, z pewnością minie jeszcze kilka miesięcy i albo utwierdzą się w swojej decyzji, albo okaże się, że to była pomyłka.

O wiele bardziej obawiam się sytuacji, kiedy po miesiącu znajomości para decyduje się zamieszkać razem „na próbę”. To jest niebezpieczne, bo ci ludzie jeszcze nie myślą o sobie poważnie, a już wchodzą w bardzo intymną relację. Nie podejmują odpowiedzialności za związek, a wtedy niezwykle łatwo zranić siebie i drugą osobę. Mówimy tu o całkiem innej perspektywie, która może doprowadzić do szybkiego zakończenia związku, ale może się również przerodzić w długotrwały brak zaangażowania w istniejącą przecież relację, jeśli nie ma wyraźnego momentu decyzji, że danego partnera czy partnerkę wybiera się na zawsze.

Zupełnie mnie nie przekonuje mieszkanie razem przed ślubem po to, żeby kogoś sprawdzić. Przecież nie dowiemy się zawczasu, jak to będzie żyć z tym człowiekiem, kiedy pojawią się dzieci, kiedy zaczniemy się starzeć, nie sprawdzimy, jak długo on będzie silny i zdrowy. Jedyne, co możemy zweryfikować, to czy on myśli o mnie poważnie, czy tylko tak „na próbę”.

 

Z tego, co Państwo mówią, wynika, że dużo jest lękowego podejścia do małżeństwa. Jak przekonywać młode osoby, że decydując się na związek sakramentalny, nie skazują się na więzienie? 

Marta Babik: Rzeczywiście, istnieje taki przekaz płynący do młodych ludzi, że małżeństwo i rodzicielstwo zabierają wolność. Można to znaleźć w reklamach, filmach. Czasami są to też hasła, które pojawiają się na gadżetach ślubnych. Niedawno widzieliśmy samochód pary młodej, na którym zamiast rejestracji był napis „koniec wolności”. Ale to jest jakieś nieporozumienie.

Wolność jest absolutnie podstawową wartością dla każdego człowieka. Jeśli ktoś mi ją odbiera, to mnie nie kocha. Kiedy słyszę, że ktoś w małżeństwie stracił przez rodzicielstwo wolność, to znaczy, że coś jest nie tak z tą miłością. Z jej rozumieniem i budowaniem.

Marek Babik: Myślę, że młodym ludziom trzeba pokazać, że nie do wszystkiego można przykładać kategorie ekonomiczne, które zdominowały naszą mentalność. Czasem należy pytać nie o to, czy coś się opłaca, ale czy ma głębszy sens. Na pewno posiada go mówienie prawdy, choć może być nieopłacalne. Podobnie małżeństwo i rodzicielstwo.

Szczęście jest dziś utożsamiane z przyjemnością i pieniędzmi, a nie z tym, że coś pokonałem, osiągnąłem, zrobiłem coś bezinteresownie. To byłoby uznane za frajerstwo. Podejście ekonomiczne wpaja się już w szkole. Uczniom stawia się za cel zdobycie dobrej pracy i wysokie zarobki. Nie mówi się o szczęściu, ale o dobrobycie.

Marta Babik: Kiedyś zastanawialiśmy się nad trudnościami w małżeństwie i doszliśmy do wniosku, że można je porównać z doświadczeniami mistyków. Oni często opisywali je jako noc ciemną wiary, czyli poczucie odrzucenia przez Boga, brak kontaktu z Nim, utratę wszelkiej nadziei. To się przekłada na życie każdego człowieka. I jak pojawiają się w małżeństwie uniesienia i chwile prawdziwej bliskości, tak występują też momenty samotności, smutku, bezsensu. Noc ciemna małżeństwa. To jednak nie musi oznaczać, że związek się kończy. Nie trzeba od razu myśleć o rozwodzie.

 

Kiedy przychodzą do Państwa narzeczeni z problemem, o co najczęściej pytają?

Marek Babik: Wiele osób pyta o naturalne metody planowania rodziny, ale nie o to, czy je stosować, tylko jak. Szukają też pomocy w rozwiązywaniu konfliktów. Jeśli wiedzą, że prowadzimy warsztaty komunikacji małżeńskiej, to chcą z nich korzystać. Jest również cała masa rozmów o tym, jak się uwolnić od rodziców. Ostatnio ktoś mi opowiadał o parze, która zaraz po ślubie dostała willę.

 

To jest problem?

Marek Babik: To jest dla nich bardzo poważny problem. Jeśli rodzice zaczynają „meblować” życie młodej parze, to jest w zasadzie koniec małżeństwa. Drogie prezenty, mieszkanie, wczasy – na początku to jest miłe, ale szybko przeradza się w uzależnienie. Daliśmy ci willę, ale zostawimy sobie do niej klucz. A od rodziców trzeba odejść.

Marta Babik: Znałam kiedyś pana, który po kilku latach małżeństwa czuł się jak kolega swojej żony. Mieszkali z jej rodzicami. Przychodził do domu, w którym nic od niego nie zależało. Moment ślubu jest najlepszy, żeby się wyprowadzić.

 

Czyli w żadnym razie nie przyniesie nam szczęścia rodzina wielopokoleniowa?

Marek Babik: Ale to nie jest sprzeczne z wielopokoleniowością. Chodzi tylko o bardzo silne zaznaczenie odrębności. Później można tworzyć rodzinę obejmującą kilka pokoleń, choć zastanowiłbym się, czy pod jednym dachem. Dzieci mają inny tryb życia, my inny, rodzice jeszcze inny. To rodzi konflikty. Można mówić o wielopokoleniowości również wtedy, gdy mieszkając obok siebie i wspieramy się przy zachowaniu odrębności i szacunku.

Marta Babik: To działa w dwie strony. Pamiętam narzeczonych, którzy budowali sobie dom, planowali ślub i zastanawiali się, czy zaprosić do siebie mamę jednego z nich. Ta pani była wdową, miała około sześćdziesięciu lat, była zdrowa i samodzielna. Zapytałam ich, co by się stało, gdyby ona kogoś poznała i chciała zaprosić do domu albo zapragnęła znów wyjść za mąż. To im dało do myślenia.

Oczywiście sytuacja wygląda inaczej, gdy ktoś potrzebuje opieki i niezbędna jest pomoc bliskich. Ale nie trzeba zbyt wcześnie pozbawiać rodziców samodzielności.

 

Ci, którzy głoszą upadek rodziny, piszą też o dzieciach albo raczej o tym, że nikt nie chce ich mieć. Czy brak potomstwa jest tragedią?

Marek Babik: Może nią być albo i nie. Przyjęliśmy w naszej pracy zasadę zachęcania do otwartości na potomstwo. Rzeczywiście, problemem jest dziś przezwyciężenie lęku przed dzieckiem, który systematycznie wpaja się młodemu człowiekowi, mówiąc, że kiedy będziesz miał dzieci, to już koniec z wieloma planami. My dajemy własne świadectwo, a sami mamy czwórkę. Jesteśmy pewni, że dzieci nie tylko w niczym nam nie przeszkodziły, ale nas rozwinęły i ubogaciły. Dzięki nim zwróciliśmy uwagę na rzeczy, których wcześniej nie zauważyliśmy, zmusiły nas do działania. Wspierając się wzajemnie w ich wychowywaniu, mogliśmy i skończyć studia, i pracować, i nadal się kształcić i rozwijać. Ze wszystkich naszych osiągnięć, one zdecydowanie są największym.

Zachęcam, żeby nie bać się dziecka, ale nie namawiam do bezmyślności. Często zwracam się do mężczyzn, żeby starali się stworzyć kobiecie komfort, bo niestety zazwyczaj kiedy pojawia się ciąża, to wydaje się, że to już koniec świata. A nic złego się nie dzieje. Po prostu trzeba zdwoić wysiłki.

To prawda, że ludzie boją się dzieci. Mylą wolność ze swawolą. To tak, jak powiedzieć muzykowi, że nie jest wolny, bo gra z nut, a mógłby nieskładnie rąbać w klawiaturę. Tak, małżeństwo narzuca pewne nuty, dziecko też. Mogę powiedzieć, że to jest brak wolności, bo muszę przestrzegać zasad. Ale mogę też odkryć, że te zasady pozwolą mi zagrać coś pięknego.

Potrafię w ciemno wymienić 90% problemów, z którymi spotka się człowiek, któremu rodzi się dziecko. To bardzo łatwe do przewidzenia. Podobnie jest z małżeństwem i z rodzicami. 90% trudności wszędzie jest takich samych, tylko 10% to te nasze własne i niepowtarzalne, których można się obawiać.

 

Ale można sobie z nimi zawsze poradzić?

Marek Babik: Z nimi należy się zmagać!


MARTA BABIK – absolwentka pedagogiki i teologii. Od wielu lat interesuje się problematyką rodzinną ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień z zakresu komunikacji interpersonalnej. Autorka i realizatorka wielu warsztatów z tego zakresu.

MAREK BABIK – ukończył Papieską Akademię Teologiczną oraz Akademię Pedagogiczną. Doktor i wykładowca wychowania seksualnego w Wyższej Szkole Filozoficzno- Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie. Autor wielu publikacji z zakresu wychowania.

Są małżeństwem od 18 lat. Rodzice trzech synów i córki

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter