(fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta)
Eliza Kącka lipiec-sierpień 2021

Alchemia codzienności

Nie tak znowu wielu poetów mogłoby się ścigać z autorką Szczelin istnienia na enumeracje jedynych i szczególnych cech owocu. By je wypisać, trzeba było wpierw go dotknąć. By je wymienić, trzeba było się zachwycić.

Artykuł z numeru

Sztuka zachwytu

Czytaj także

Krystyna Miłobędzka

Wewnętrzna zgoda na świat

Nie wydały Szekspira, Rembrandta, Kanta ani Gaussa. Wszyscy to wiemy dzięki Virginii Woolf, a zbyt długo by dywagować, dlaczego tak jest. One – jako kolejne wcielenia kobiecego losu albo: losu ludzkiego w jego aspekcie zmarginalizowanym, nieawantażownym, egzystencjalnie odkuchennym. Role kulturowo męskie i role kobiece, działania męskie i działania kobiece różnią się diametralnie pod jednym względem: czynności męskie, przynajmniej teoretycznie, celują w konkret, choćby przygotowawczo. Figura mężczyzny, który czyści broń, ostrzy szablę, pucuje do połysku buty – robi to, co mu, niewątpliwie, służy, co poniesie dalej akcję. A kobieta? Pierze, zmywa, zamiata, gotuje, szoruje. Te czynności nie służą niczemu poza podtrzymywaniem egzystencji. Trudno je afirmować i łatwo przegapić, że w ogóle zostały wykonane – oczywiście do czasu, bo zaniechanie rychło demaskuje, jak bardzo były potrzebne. Widać je tylko w skali zaniedbań – a i wtedy rzadko, choćby od strony negatywnej, przemknie ku nim jakiś gest wdzięczności. Gdzie tu jednak miejsce na sens, a cóż dopiero na zachwyt?

Codzienne rytuały

Jolanta Brach-Czaina nie była pierwszą, która odkryła filozoficzny, a nawet mistyczny charakter zajęć codziennych. Zajęć, którym odmówiono sakralnego sensu. Stanowiących rytuał bez sankcji sacrum, wtłoczonych w ciasną szczelinę tego, co nazywa się pogardliwie powszedniością. Trzeba oddać sprawiedliwość Annie Sobolewskiej, że wcześniej dostrzegła światło bijące z czynności powszednich (albo, jak pisał Stanisław Brzozowski, inspirując się, skądinąd, Norwidem: „białe światło codziennych czynności”). To jednak Brach-Czaina precyzyjnie opisała promień światła, a może nawet oświecenia, który dobywa się ze wskazanej wyżej szczeliny. Kto zagłębi się myślą w jej perspektywy, zmienia kompletnie punkt widzenia spraw ludzkich. Dostrzega, że tam, w głębi, rozgrywają się sprawy zgoła fundamentalne. I tu kobieta, tak, właśnie ona, ma prymarny kontakt z materią rzeczywistości. Dosłownie: dotykając jej czubkami palców, obejmując całą dłonią, wyciskając ją jak ścierkę, oczyszczając podczas prania, przywracając jej ciągłość przy cerowaniu, dzieląc ją, układając, przetwarzając. To ostatnie może najważniejsze, gdyż kobieta – a może szerzej: kobiecość – włada w szczególnym sensie sztuką metamorfozy. A ta wymaga bezpośredniego, namacalnego kontaktu z materią. Odczuwania jej, wdychania, doznawania satysfakcji, wstrętu, ulgi i ekstazy, które są niewyrażalne w słowach, ale stanowią doświadczenie esencjalne. Uwaga skierowana na istnienie to uwaga, której ciąg codziennych, dyskretnie żmudnych metamorfoz nie może umknąć.

Na początku lat 20. Karol Irzykowski rzucił projekt zreformowania liryki: dość już konwencjonalnych westchnień miłosnych opisów przyrody i patriotycznych wzmożeń. Piszmy o rzeczach, które naprawdę odgrywają decydującą rolę w naszej codzienności. I jak najfatalniej podał przykład: przedzieranie wykupionych weksli. Jego trop jednakowoż jest godny uwagi i polecenia poetom posiadającym wrażliwość, którą dla wielkiego uproszczenia – w świetle tego, co powiedziano o czynnościach przypadających kobietom – nazwiemy tu żeńską. Trzeba się skupić, wmyśleć, poddać refleksji doznania primordialne, jak nazywał je Czesław Miłosz, który skądinąd, wedle tego, co powiedziane powyżej, posiadał intuicje zaskakująco kobiece.

Kobiety pozbawione głosu

Wróćmy jednak na poziom realności. Czemu te sprawy tak elementarne doczekały się refleksji filozoficznej tak późno?

Otóż dlatego, że przez 150 rejestrowanych pokoleń – od Sokratesa po nas – praniem, cerowaniem, szorowaniem garów, skubaniem drobiu, podcieraniem niemowląt, ścieraniem kurzu, zamykaniem oczu umarłym zajmował się zawsze kto inny. Owszem, kobiety. Kobiety bez głosu. Pozbawione prawa głosu, prawa do refleksji.

Trzeba było końca XX w., żeby to, co niezbywalne w egzystencji, to, co sączy się z jej szczelin, objęte zostało filozoficzną myślą kobiety.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Dopiero w tej perspektywie ocenić i docenić można rewolucyjny charakter pierwszej z filozofujących książek Brach-Czainy: Szczelin istnienia. Projektu filozofii – niemanifestacyjnie i nieagonicznie – zwróconej przeciw wielkim konstrukcjom myśli filozoficznej XX w. Przeciwko Georgowi Simmlowi, od którego bierze uważność dla szczegółu, lecz dopełnia ją doświadczeniem zmysłowym. Przeciw Edmundowi Husserlowi, od którego bierze technikę, otwierając ją jednak na rejony pogardzane (rejony małej herezji, ruchy niegodne filozofa, jak rzekłby Kant). Przeciw Martinowi Heideggerowi, bo miast absolutu w prześwitach widać mydliny w zlewie (a to z nimi nie kto inny jak kobieta filozofka z tytułem profesorskim musi sobie poradzić). Przeciw Leszkowi Kołakowskiemu, który wierzył w autonomiczny, wyniesiony ponad rzeczywistość ruch idei (tak długo zwalczał heglizm, aż się nim zaraził). A tu właśnie coś, co jest dotykalne, zwierzęce, żywe – staje się nośnikiem idei via rytuały codzienności. Przeciw Jean-Paulowi Sartre’owi, który nie dostrzegał rzeczywistości poza rzeczywistością ludzką. Projekt Brach-Czainy przyszedł w chwili, gdy myśliciele, jeśli można użyć tego słowa, nie przypisywali kobietom żadnej roli poza służebną i reprodukcyjną, co na jedno wychodzi. Po co nam kobiety? Żeby rodzić przyszłych filozofów. Filozofka replikuje: nic podobnego!

Kobiety są po to, by ogarnąć, przeniknąć i nazwać wzgardzoną oraz pominiętą przez filozofów (najmniej) połowę rzeczywistości. I w tym momencie szczeliny istnienia rozsadzają cały gmach historii filozofii.

Problem w tym, że doświadczenie egzystencjalne kobiet jest drastyczne. Z drastycznością mężczyźni stykają się tylko na polach bitew. Kobiety mają ją na co dzień. To doświadczenie, które śmierdzi, brudzi, krwawi; to doświadczenie w usuwaniu zastarzałego brudu, w praniu ścierek, w szorowaniu klozetów, w tamowaniu krwawień, słowem: we wszystkim, czego mężczyźni nie raczą dostrzec i awansować tego do rangi poważnych czynności. Sceptyk może zapytać: z czym do filozofii? Niestety, odkąd wynaleziono pojęcie kondycji ludzkiej, z definicji obejmuje ono wszystko. To, czym się pysznimy, to, czym gardzimy, to, czego się wstydzimy, i to, co przemilczamy. Gdybym pisała esej o Kartezjuszu, poświęciłabym go gospodyni, która – kiedy koncypował Rozprawę o metodzie – prała mu gacie, rozparzona od zbytniego przesiadywania pod piecem. Brach-Czaina by mnie zrozumiała.

A serio: warto powrócić do myśli Irzykowskiego o podboju wzgardzonych spraw rzeczywistości. W wykonaniu Brach-Czainy między ujęciem poetyckim a filozoficznym nie ma, w gruncie rzeczy, żadnej różnicy. Mamy do czynienia z kimś, kto w sposób niemal jasnowidzący włada słowem, kto dzieli się z nami scedzonym efektem wieloletniej refleksji. Czytelnik polski bywa oporny wobec takiego ujęcia, ale jest to zbiór studiów pionierski w skali światowej. A zarazem wpisujący się w nią – w rytm odzyskiwania rzeczywistości na rzecz wzgardzonej i pominiętej połowy ludzkości. Być może jest to najwybitniejsza książka filozoficzna, w pierwotnym znaczeniu słowa „filozofia”, jaka ukazała się po wojnie. A zarazem takaż literatura.

Lekcja rzeczy

Książką-kontynuatorką takiego podejścia są Błony umysłu, sygnowane zresztą „Jolanta, córka Ireny, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Ludwiki” – dla podkreślenia żeńskiej wspólnoty bólu i myślenia. A także zachwytu, który wcale nie wymaga dla siebie szczególnego nośnika, lecz wręcz przeciwnie: wybiera codzienność. „Istnieją światy, które spełniają się w wyobraźni i nie można ich dotknąć. Nie o nich będzie mowa. Pozostaniemy w sferze przyziemnej. Tu, gdzie wszystko jest namacalne, choć bywa niewidziane” – deklaruje w Błonach (w eseju Dotknięcie świata) Brach-Czaina. I tej deklaracji się trzyma, gdyż to ona właśnie pozwala wchodzić w małe epifanie, w przygodność zachwytu. W znanym tekście ze Szczelin… – czyli fenomenologii „taktylnej” owocu, czerwonej wiśni (z „lustrami czerni”), której nie da się dobrze przekroić, by nie zepsuć jej struktury – filozofka daje nam szkołę wpatrzenia w rzecz, szkołę konkretu, całkiem fizycznego. „Mogę minąć kamień, nie zauważając go. Jeśli go jednak dostrzegę i kopnę, jego status egzystencjalny gwałtownie się zmieni. (…) Obiekty są bytami, które straciły anonimowość. Promieniują, prowokują, czekają, by ożyć naprawdę w polu naszej uwagi, której ofiarowują się bezinteresownie. Oczywiście status obiektu można zyskiwać i tracić” (Wiśnia i rozumienie). Świat bowiem wymaga wysiłku i uwagi, by nie uwiązł w „bezkształtności”, by nie stanowił wyłącznie „tła zdarzeń”. Wysiłek odwalczania go z bezforemności, współnadawania mu „wyosobnionej indywidualności” kształtu, jest – a raczej: powinien być – permanentny. To stawka codzienności.

Lekcja rzeczy, szkoła kontaktu refleksji z materią: tak można by określić zasadniczy przedmiot kursu, jaki możemy zaliczyć u Brach-Czainy. Filozofia, która uczy zamilknięcia i uważności wobec powagi konkretu, okazuje się jednocześnie poezją precyzji. Nie tak znowu wielu poetów mogłoby się ścigać z autorką Szczelin… na enumeracje jedynych i szczególnych cech owocu. By je wypisać, trzeba było wpierw go dotknąć. By je wymienić, trzeba było się zachwycić. Jednak nie tylko obiekty są w polu czułej – a zarazem analitycznie ostrej – uwagi Brach-Czainy. Jej teksty to także teatr egzystencji, scena doświadczeń granicznych. Przejmujący, dynamiczny opis otwarcia – kolejne fazy porodu – jest sam w sobie wspaniałym gestem unicestwienia egzystencjalizmu w doświadczeniu, którego nie da się zatrzymać, w stanie poza trajektorią wyboru, rozrywającym i transgresyjnym. Tu rysuje się drugi biegun doświadczenia kobiecego: wysławialnego tylko do pewnej granicy. Chociaż i fenomeny codzienności bywają niewypowiadalne. Tyle że, jako takie, rzadko przyciągają doceniającą je uwagę.

„Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność” – pisze Brach-Czaina w eseju Krzątactwo. Codzienność nie jest domeną cudowności, chyba że powtarzalnego cudu istnienia, repetycji odkrycia, że oto jesteśmy, a mogłoby nas nie być. Odkrycie owo szybko jednak traci – dla większości z nas – znamiona rewelacji, o ile w ogóle kiedykolwiek je miało. Owszem, polityczna poprawność zachwytu nakazuje przyjąć ten dar z eksklamacją, ponapawać się – jednak czy faktycznie dostrzegamy w nim sens wynagradzający przykrość codziennej rutyny? Najpewniej nie, ale wywód Brach-Czainy stawia sprawę – i stawkę – codzienności nieco inaczej. Wcale nie próbuje skłonić nas do rozsmakowania się w rytuałach. Nie ideologizuje krzątactwa ani nie wmawia sensu w to, co sens z siebie strąca. Wychodzi od skonstatowania niezbywalności praktyk krzątania się, niewdzięcznych, bo niezalecających się tajemnicą, nowością. Nienagradzających, bo – jak pisze autorka – niezauważalnych. W przeciwieństwie do „egzystencjalnych zdarzeń niezwykłych”, zwykłość zdaje się nie podlegać kumulacji. Jak zatem ocalić dla samych siebie krzątanie się i jego obiekt? Otóż tak: „Gdy nie ma już mowy o fałszywych spekulacjach intelektu, mirażach dumy, złudzeniach wyobraźni maskującej nagi fakt nudy, wtedy – w tym ogołoceniu – codzienność odsłania zimną potęgę ostatecznych wartości”. To krzątactwo „zawiera wszystko”. To ono uzmysławia nam więź materii z pamięcią. Kamieniem filozoficznym dzisiejszej filozofii uwzględniającej czynności domowe jest znalezienie sensu spraw powszednich – acz i sensu w ogólności. Filozofka staje się jego akuszerką. Alchemiczką.

Kup numer