SSPL/Getty Images
Eliza Kącka styczeń 2020

Między wspomnieniem a obietnicą

Sny to literatura sprzed literatury. Gdy 3 tys. pokoleń temu naszym przodkom w ich jaskiniach, zasiadającym nieodkrytym jeszcze kołem wokół świeżo odkrytego ognia, wyczerpywał się temat wczorajszych łowów na mamuta i wdzięków neandertalskich dziewuch – co sobie opowiadali? Sny.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Czytaj także

z Edytą Biernacką rozmawia Maria Augustyniak

Nieświadomość wyraża się przez sny

                                                                                                    Staszkowi Tekielemu

Senne fantasmagorie, czerpiące ze wspomnień naszych przodków i ujawniające obietnice. A czasem wręcz przeciwnie: zapowiedzi nieznanego i rozsadniki lęku. Nic innego nie czyni literatura. Po dziś dzień, a raczej noc. Na skrzyżowaniu dążenia ze spełnieniem, empatii z entropią wzrosła zwodnicza bańka wyobraźni. Dlatego trzeba odebrać sen psychologom i zwrócić go badaczom literatury. Bo tylko oni wiedzą, że opowieść dała się oswoić. Obrosła tradycją i konwencją, przybrała formy, w których nieraz się gubimy. A sny, nocna strona natury ludzkiej, pozostały dzikie i nieujarzmione. Stąd najlepiej pamiętane są i największą sławą cieszą się te najdziksze.

Trzy końce świata

Cały kadr rysunku sangwiną wypełniają regularne woluty i spirale wzniecone nieomylną dłonią Leonarda. To flukty i odmęty potopu, który w roku 1516 mu się przyśnił. Spoza smoczych jęzorów żywiołu wyzierają fragmenty spustoszonych budowli, złachmaniona roślinność. Artysta, umysł praktyczny, spożytkował tę wizję w poradniku dla samego siebie, jak należy przedstawiać potop. I notował lustrzanym pismem jako rzecz już dokonaną:

„Wokoło widać było stare drzewa, wydarte z korzeniami i szarpane przez wściekłość wichrów. Widać było ruiny gór, podmytych już przez biegi rzek, walące się w te rzeki i zamykające ich doliny (…). A pola, zalane wodą, ukazywały fale pokryte w wielkiej części stołami, łóżkami, barkami i różnymi innymi sprzętami (…), a na nich znajdowali się mężczyźni i kobiety ze swymi dziećmi wśród lamentów i płaczów, przerażeni wściekłością wiatrów, które wśród niezmiernej burzy odwalały wodę ode dna wraz z zatopionymi przez nią trupami (…). Widać było grube gałęzie wielkich dębów obciążone ludźmi i niesione w powietrzu przez wściekłość burzliwych wichrów (…). Widać było stada zwierząt, jak konie, woły, kozy, owce, które otoczone już wodą, stojąc na wyspie wysokiego szczytu gór, stłaczały się razem, a te w środku podnosiły się w górę i deptały po innych (…), podczas gdy martwe ciała już w rozkładzie podnosiły się z dna głębokich wód i wypływały na powierzchnię, i uderzając wśród walczących fal o siebie wzajem i odskakując, jak piłki pełne powietrza, wstecz od miejsca swego uderzenia, układały się na wyżej wspomnianych trupach. A nad tym przekleństwem widać było powietrze pokryte ciemnymi chmurami, przeciętymi od wężowych ruchów oszalałych piorunów niebieskich…” (tłum. Leopold Staff).

„Widać było”: on, Leonardo da Vinci, widział to wszystko okiem boskiego obserwatora, z zewnątrz – nie lokatora, lecz reżysera snu.

Nad rozległą nizinną panoramą w barwach płowych, w oddali, piętrzy się gigantyczna kobaltowa kolumna, od połowy ubiegłego wieku przywodząca nieodparcie na myśl trzon grzyba bomby wodorowej. Bliżej i dalej niewidoczny szczyt niebios zrzuca inne, nierozbite jeszcze o ziemię sople wód. Poniżej zaś widnieje notatka, którą Albrecht Dürer, zbudzony tą wizją w środku nocy, utrwaliwszy ją akwarelą, objaśnia przyśnione:

„W roku 1525, po Zielonych Świątkach, między środą a czwartkiem, w nocy, we śnie miałem to widzenie, jak dużo wielkich wód spadło z nieba. Pierwsze uderzyły w ziemię około cztery mile ode mnie z wielką straszliwością, z olbrzymim hukiem i rozpryskiem, i zalały cały kraj. Tak bardzo się tym przestraszyłem, że obudziłem się, zanim spadły inne wody. A wody, które tam spadły, były bardzo wielkie. Jedne z nich padały daleko, inne bliżej, a spadały z tak wysoka, że wydawało się, iż spadają z jednakową powolnością. Ale gdy pierwsza woda, która dotknęła ziemi, prawie była już spadła, leciała z taką szybkością, wiatrem i rykiem, i tak bardzo się przestraszyłem, że gdy obudziłem się, całe ciało moje drżało i długo nie mogłem przyjść do siebie. A gdy rano wstałem, namalowałem to powyżej tak, jak widziałem” (tłum. Jan Białostocki).

„Tak, jak widziałem”: to już nie brzmi bezosobowo. Przemawia nie obserwator, lecz świadek, a niebawem – nie bez obaw – ofiara kataklizmu, który dokonuje się błyskawicznie jako moment syntetycznej zagłady. Dziś tak wyobrażamy sobie upadek na Ziemię meteoru, ale w XVI w. meteory i komety należały jeszcze do zjawisk atmosferycznych.

Coś popsuło się w mechanice Kosmosu. Słońce nagle zgasło, a raczej Ziemia – wytrącona z orbity – poleciała w bezgwiezdne otchłanie. Przyśniło się to lordowi Byronowi latem 1816 r. Jak wiemy, był to sławny „rok bez lata”, gdy pyły, unoszące się w atmosferze po ubiegłorocznym wybuchu indonezyjskiego wulkanu Tambora, przyćmiły światło słoneczne, co wywołało powszechny nieurodzaj. We Włoszech, gdzie przebywał poeta, astronomowie wróżyli, że po przewidywanym na 9 lipca zaćmieniu Słońce może już nie zajaśnieć. W osiem lat później Ciemność Byrona przetłumaczył olśniewająco Mickiewicz.

„Miałem dziwny sen, może i nie całkiem senny?” – czytamy. Słońce znikło, „Ziemia lodowata / Wisiała ślepo pośród zaćmionego świata”. A że ludzie nie mogą żyć bez światła, podpalają miasta, wsie i pałace, a następnie lasy, skąd ucieka zwierzyna. Trwają rozboje, dochodzi do kanibalizmu. Z mroków rozbrzmiewa płacz i zgrzytanie zębów. Byron ilustruje koszmar przykładami: oto wierny pies przynosi swemu panu strzępy padliny, także ludzkiej, sam ich nie tykając, aż wreszcie pada z głodu. Oto dwaj ostatni ludzie przy ostatnim ognisku: podsyciwszy ogień w ruinach kościoła, przyglądają się sobie i ze zgrozy padają trupem. Z braku Księżyca ustają przypływy, zamiera wiatr; na morzach gniją unieruchomione, opustoszałe statki. Obumarłą planetę ogarnia wieczna ciemność.

Sen, będący czymś więcej niż snem – więc chyba proroctwem – przedstawia trzeci wariant stosunku śniącego do własnej wizji: scenariusz. „Proroctwo” Ciemności sprawdziło się jako scenariusz niezliczonych obrazów schyłku życia na Ziemi, z Wellsowskim Wehikułem czasu na czele. To cecha snów inspiracji, gdyż sny są zaraźliwe.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Klucze do snów

Przeciwieństwem artystycznego wykorzystania snów, które otwiera wgląd w duszę śniącego, jest droga do sensu snów na skróty: senniki.

Wszystkie są takie same. Najstarszy ich wzór zawiera pochodzący z 2000–1785 r. p.n.e. papirus Chester Beatty III. Natura interpretacji niczym nie różni się w nim od dzisiejszej, wynikłej z przekonania, że zarówno tematy snów, jak i problemy śniących są standardowe. Od współczesnych różni się nieco tylko dobór tematów, pozostając skądinąd obrazem obyczajów:

„Jeśli człowiek [mężczyzna] widzi we śnie:

• że uprawia miłość z matką: dobrze, jego społeczność go wesprze;

• że uprawia miłość z siostrą: dobrze, ktoś mu coś zapisze;

• że uprawia miłość z krową: dobrze, spędzi szczęśliwy dzień;

• że uprawia miłość ze skoczkiem [pustynnym]: źle, jego proces przyjmie zły obrót;

• że widzi swoją twarz w lustrze: źle, to oznacza związek z drugą niewiastą;

• że uprawia miłość z kobietą: źle, to oznacza żałobę;

• że jego łóżko staje w ogniu: źle, to oznacza porwanie żony;

• że uprawia miłość z kanią: źle, coś mu ukradną;

• że widzi seks kobiecy: źle, spadnie na dno nędzy;

• że uprawia miłość ze świnią: źle, to utrata majątku”.

Raymond de Becker (Rêve et sexualité, 1965), który przytacza ów wyciąg, zwraca uwagę na jawność tej symboliki, najzupełniej przeciwnej rozpoznaniom Freuda. Przed laty Antoni Słonimski wysnuwał z freudowskiej teorii snów wniosek, że skoro sen o szafie symbolizować ma narząd damski, to sen o tym ostatnim oznaczać winien szafę. Tak właśnie się działo w Egipcie, choć szaf tam bodaj nie znano. Niemniej wtedy to rozpoczyna się epicka wojna tłumaczy snów z autorami senników. Dość wspomnieć 37 snów Starego Testamentu (w tym dziewięć odrzuconych) i porównać je z wykładaniem snów w Księdze Daniela:

„Kto we śnie widzi:

• że walczy z ptakiem: swarów zazna;

• że ptaka łowi: zysk znajdzie;

• że osła lub konia posiada: dochody jego wzrosną;

• że zbroję nosi: zapanuje nad wrogami;

• że na ośle siedząc, orze: zlegnie w boleściach;

• wodę wrzącą: wrogów swych urągania usłyszy”.

Wielce wątpliwe, czy wśród milionów czytelników Księgi ktoś jeszcze orał we śnie, dosiadłszy osła, bądź walczył z ptactwem (może Hitchcock?). Jednak za tym przykładem strategia sennikarska zmierza z czasem do powiązania najbardziej szczegółowych przyśnień z maksymalnie wieloznaczną wykładnią. Po upływie kolejnych 2 tys. lat tworzy to swoistą poetykę senników, której Sennik Artemidora był ledwie zapowiedzią. Co rzekłszy, otwieram tu obdarty Nowy i najpełniejszy sennik, wydany w Moskwie w roku 1918 i pisany dość chwiejną polszczyzną:

• Adiutant, którego posyłasz z jakimś rozkazem – list z miejsc odległych;

• Adwokat – zawiedzione nadzieje, jak też nieziszczenie się licznych obietnic;

• Agat widzieć osobny czy w ozdobach – znak niespodziewanego pogorszenia zdrowia i fizycznej słabości, głównie w związku z odżywianiem. Najlepsze ze wszystkiego to przyjąć na jakiś czas prostą dietę, zgodnie z regułą higieny, że nie z jakości, ale z ilości rzecz cała i cała bieda być może;

• Agent. Spotkać nieoczekiwanie człowieka, który oznajmia w sekrecie, że jest agentem jakiegoś towarzystwa, mniej lub bardziej przemysłowego – nabyć z chęcią akcje jakiejś nowej spółki, z którą będzie ambaras;

• Agitatora widzieć – nieprzyjemne wrażenie; zgodzić się z nim – utrata czci, oszukaństwo albo nieszczęście;

• Akacja. Przechadzać się długą akacjową aleją znaczy doznać porażki w tym zajęciu czy sprawie, których tego dnia masz się podjąć; z tej racji w razie takiego snu najważniejsze to starać się uniknąć wszystkich zamierzonych przedsięwzięć;

• Akt notarialny podpisywać: fatalny prognostyk;

• Autora widzieć: oznacza wesołą i zajmującą rozmowę; z autorami rozprawiać czy się z nimi spierać zapowiada niepowodzenie w rozpoczętej sprawie albo zupełną jej katastrofę.

Być może ma to wszystko pewien związek z poezją, lecz raczej w wydaniu jarmarcznym. Nic dziwnego, że senniki cenią sobie poeci, a André Breton z Paulem Éluardem wzorowali na nich Skrócony słownik surrealizmu (1938): „A b s u r d : »…ci jakże pospolici rezonerzy, niezdolni wznieść się do logiki Absurdu« (Baudelaire). »…rozprzęgnięcie logiki aż po absurd, kultywacja absurdu aż po rozumność« (P. É.)”. To pierwsze hasło tego słownika i wstęp do rzeczywistych zagadek snu.

Fikcjonauci

Senniki, jak słowniki, to zbiory haseł, a hasło – to sygnał. Ktoś lub coś daje śniącemu znak, ujawnia bądź ostrzega. Posługuje się prostym szyfrem. Szafarzem owych komunikatów był ten czy ów bóg lub demon.

Ale sny to nie hasła – to fabuły. A skoro mamy do czynienia z opowieścią, pojawia się kwestia autora. I chwytów narracyjnych, których używa, a które wiernie odtworzyć winien śniący, kiedy notuje sen, tym samym stając się narratorem.

W odkryciu poetyki snów kryją się dwie inne, równie elementarne, idee: że sny to narracje, które śniący opowiada sam sobie, oraz że podmiotem i głównym bohaterem snów fabularnych jest sam śniący. Sny piszą się w pierwszej osobie gramatycznej, opowiadają „mnie o mnie” i generuje je część stłumiona „ja” dla części świadomej, która odtąd zmuszona jest przyznać, że nie jest całością, lecz częścią.

Odkrycie to należy do nauki pozytywistycznej, która zgodnie ze swą doktryną jęła gromadzić banki snów, a zyskawszy materiał porównawczy – klasyfikować zjawiska, jako że podział na odmiany, ujawniający różnice, jest podstawą wszelkiej wiedzy. Dyscyplina ta ma swoich tuzów, jak fizjolog Alfred Maury (Le Sommeil et les Rêves, 1862), sinolog Hervey de Saint-Denis (Les Rêves et les Moyens de les diriger, 1867), badacz inwersyjnego seksualizmu Henry Havelock Ellis (The World of Dreams, 1911), zoolog i anatom Yves Delage (Le Rêve. Étude Psychologique, Philosophique et Littéraire, 1919). Wszyscy oni korzystali gęsto z świadectw osobistych, w związku z czym do napisania jest studium „Sny pozytywistów”. Ma się rozumieć, duch epoki wykluczył z klasyfikacji sny rozpustne, maniackie, dewocyjne i absurdalne. Lecz po trosze wynagradza to pewna zaleta. Uczeni ci umieli wspaniale opowiadać, a ich dzieła z punktu widzenia czytelnika składają się z komentowanych anegdot. Taką samą budowę mają Psychopathia sexualis (1886) barona Richarda von Krafft-Ebinga, Materialisations-Phänomene (1914/1923) Alberta Freiherra von Schrenck-Notzinga czy na prawach wyjątku znane polskiemu czytelnikowi Doświadczenia religijne (1902) Williama Jamesa.

Ostatni z wymienionych wiele bodaj zawdzięcza badaczom snów. James bowiem stworzył koncepcję jaźni jako władzy umysłu zdolnej do postrzegania samego siebie jako obiektu. Rzecz jasna, dla oneirologów idea ta była od lat oczywista, bez niej nie ruszyliby z miejsca.Na przykład Yves Delage, wśród 400 innych snów przypadających na sam szczyt belle époque, opowiada, jak kiedyś przyśniło mu się, że zaniewidział: był pewien, że oślepł, a jednak dostrzegał wyraźnie przedmioty wokół siebie. Zamykał oczy – ciemno; otwierał – jasno, lecz to wcale nie rozpraszało lęku. We śnie przyszło mu więc do głowy, że być może śni, i mocno się uszczypnął. Umysł podpowiedział mu jednak, że uszczypnięcie przez sen należy do sfery snu, o niczym więc nie rozstrzyga. Na szczęście przez pokój przechodziła bratowa. Poprosił, by go uszczypnęła, co nie bez zdziwienia wykonała. Znów poczuł ból, ale uświadomił sobie, iż także bratowa może być postacią przyśnioną i test wprowadza go w błąd. Wówczas, wciąż we śnie, dokładnie rozważył sprawę i uznał, że jest nierozstrzygalna, wobec czego nie pozostaje nic innego, jak się obudzić, co też nastąpiło. Pionierskie rozważania! Z podobnych paradoksów wywodzi się spora część twórczości Leśmiana, Borgesa czy Lema.

Inny badacz snów, J.W. Dunne, angielski konstruktor pierwszych maszyn latających, odkrył, że miewa sny zapowiednie: dajmy na to, śni o trzeciej w nocy, że jego zegarek stanął o piątej, a rano stwierdza, że tak się stało. Zaczął notować sny z datą i godziną. Okazało się, że potrafi ujrzeć we śnie, na kilka godzin przed zdarzeniem, także katastrofy, jak choćby straszliwy pożar bazaru Charité w Paryżu (1897), wybuch wulkanu Mont Pelée na Martynice (1902) czy wykolejenie ekspresu Flying Scotsman przed Forth Railway Bridge. W An Experiment with Time (1927) wysnuł z tego teorię czasów równoległych, lecz nierównomiernych, która zafrapowała Borgesa. Czy mógł Dunne’a czytać Bruno Schulz?

Markiz Hervey de Saint-Denis, od czasów szkolnych notujący wszystkie swoje sny, długie lata eksperymentował ze snem kierowanym i dowiódł, że ingerencja śniącego we własny sen bywa w pewnej mierze możliwa.

Przywodzi to na myśl Immanuela Kanta z eseju Bolesława Micińskiego, czyniącego notatkę: „Wystrzegać się złych snów!”. Czy to możliwe?

Jak powiada niewymienione ani razu źródło polskiego eseisty, Ostatnie dni Immanuela Kanta (1827) Thomasa De Quinceya, filozof królewiecki pod koniec życia dramatycznie walczył ze snami: „Dość było jednych scen czy pasaży owych snów, by skomponować całe fabuły okrutnych tragedii o wrażeniu tak głębokim, że trwało aż do przebudzenia. Pośród innych szokujących i niemożliwych do opisania fantazmów sny prezentowały mu stale postacie skradających się doń morderców; i tak wstrząśnięty bywał przez te okropne ciągi zwidów, że oszołomiony tuż po zbudzeniu, brał często za mordercę służącego, który spieszył mu do pomocy. Za dnia często rozprawialiśmy o tych mrocznych iluzjach; Kant, w duchu swej zwykłej stoickiej pogardy dla wszelkiego rodzaju nerwowych słabości, drwił z nich; i umacniając się w decyzji oporu przeciw nim, zapisał w notesie: »Nie ulegać odtąd panice w obliczu ciemności«”. Jaka szkoda, że nie mógł znać technik okiełznywania snów Herveya de Saint-Denis!

Sen mara

Uczony ten stawia pytanie, które zawsze będzie aktualne: „Czyż naprawdę znamy wszystkie sekretne powiązania w otaczającym nas świecie, tajemne związki między ludźmi, między człowiekiem a całym światem widzialnym i niewidzialnym?”. Dzięki temu podejściu Hervey de Saint-Denis stał się po latach patronem książki André Bretona Les vases communicants (1932), czyli Naczynia połączone. Nie było dla surrealizmu ważniejszej kwestii nad określenie stosunków między marzeniem sennym, domeną wyobraźni, a jawą, domeną realności. Co do mnie, upatruję odpowiedzi w badaniu poetyki snów, gdyż stosunek fikcji literackiej do nagiej faktyczności, o ile można ją wyodrębnić, bywa analogiczny. Toteż proponuję tu czytelnikom eksperyment. Przytoczę poniżej ścisły zapis własnego snu, jak czynili to wielcy poprzednicy, z dokładną datą i miejscem akcji: co do działania „naczyń połączonych” można tu chyba wyciągnąć pewne, a bodaj i niepewne wnioski. Sen miał miejsce w nocy z 11 na 12 listopada 2020 r., po znanych wydarzeniach, w których skądinąd nie brałam udziału. Zachowuję właściwy dla mych notatek spontaniczny zapis, który ułatwia mi odtworzenie fabuły:

„śniło mi się, że płynę w ławicy ludzkiej przez most Poniatowskiego. tak, przez most, w rzece betonu stawiającej opór naszym ciałom. „trzymaj główkę, trzymaj główkę!”, krzyczą matki do córek. „wysoko broda!” – rozkazują synom ojcowie. widzę schodzące pod beton dzieci i zwierzęta, zachłystujących się staruszków. ci, którym udało się wyjść na chodnik albo wpełznąć na balustradę, poruszają się na czworakach, na jaszczurczo podgiętych, wykrzywionych kończynach. jakiś metr nad poziomem mostu wisi ciemny opar, brudny, duszący wyziew. jakby rzeka wystąpiła ze swojego łożyska i zawisła nad nim gęstą ławą pyłu. po Wiśle został nagi rów, z dziesiątkami uwijających się koparek i ciężarówek. służby w gazmaskach przeczesują mostowy chodnik i strącają w wartki beton tych, którzy próbują zbijać się w małe grupki. u skraju mostu z wielkim trudem pokonuję zator pod Ostrą Bramą, przywiezioną tu w hołdzie narodu litewskiego dla Jarosława. wiem, że płyniemy teraz ulicą Mickiewicza, chociaż po lewej mam Muzeum Narodowe, a po prawej niezabudowany teren. tu można wyleźć na brzeg, na otwarte pole ze szpalerami konfesjonałów. na nich tabliczki: „Mickiewicz”, „Leśmian”, „Słowacki”, „Wyspiański”. i rachunki sumienia z każdego. „oho – myślę. – czytałam, niedobrze”. przy budce z Gombrowiczem służby, spowiednik wypełzł na przerwę. chcę uciec na kładkę Popiełuszki, pod Muzeum Narodowe, ale nie chcą mnie wpuścić, bo nie mam obiegówki pokutnej. wpuszczeni pełzną do ławek pod gmachem. ściany gmachu w wotach dziękczynnych od dachu po chodnik. w miejscu fontanny cudowne źródełko z wodą doprowadzaną podziemnym kanałem z Gietrzwałdu. potwornie chce mi się pić, ale woda to luksus, zwłaszcza święta. wiem, że tu zdechnę. zadzieram łeb i patrzę w ekran umieszczony na fasadzie muzeum. wyświetlają Matejkę, kolejne obrazy, a w każdym występuje Jarosław. „pewnie to zadają za pokutę” – myślę. mrużę oczy, słabnę, duszę się pyłem. obracam łeb z trudem ku miejscu po Wiśle. obracam i już rozumiem, skąd ten hałas jak z placu budowy. ze stadionu wystaje rozedrgany bęben wielkiej betoniarki. zaraz odda zawartość swoich trzewi w miasto. a jest ich więcej, cały prawy brzeg, aż po ciemny horyzont betonowych brzuchów, betonowych koryt na tle nieba o kolorze betonu. ktoś krzyczy, że zarwała się kładka. myślę: „szczęśliwi”, i z tą myślą się budzę”.

Czy to sen zapowiedni, wróżebny, jasnowidzący, profetyczny, pytyjski, wieszczy i sybiliński, czy najzwyklejszy majak zmąconej wyobraźni, sen mara? Gdzież szukać pozytywistycznych uczonych w surducie, z cygarem w dłoni, o pełnym godności obliczu, by dali odpowiedź?

Kup numer