Mżawka oblekała miasto szarym filtrem, gdy przyjechałam do Bukaresztu po dziesięciu latach.
Ja, na lotnisku Băneasa – żarłoczność i żar. Żarłoczne oczy i głowa: chcę jak najszybciej odwiedzać kolejne miejsca, żeby na stare polaroidy wspomnień nakładać nowe obrazy tego, co jest.
Bukareszt wydaje mi się taki jak kilkanaście lat temu, jedynie delikatnie wypucowany, otynkowany i wyczyszczony w najbardziej reprezentacyjnych miejscach. A poza tym, jak dawniej, pasjonująco warstwowy, spektakularny architektonicznie, jednolicie blokowiskowy na obrzeżach i opętany detalem w centrum.
Ze spokojem moszczę się w poczuciu, że wszystko wokół jest znajome. Bukareszt to ciągle moje miasto, pewnie nawet bardziej niż Tirana, choć z nią pozostaję w łączności bez przerwy od dziesięciu lat.
Nasza więź jest jak relacja z kimś, z kim kiedyś łączył cię płomienny romans, a teraz pozostał sentyment. Oglądałam filmy Radu Jude osadzone w stolicy Rumunii tak, jakbym przeglądała na Facebooku zdjęcia dawnej miłości, próbując sobie opowiedzieć, jak bardzo się zmienił. Bukareszt, do którego wróciłam, to przede wszystkim ludzie, ich ciepło, bezlitosny sarkazm, język, który ciągnie ku metaforze, i niekończące się dyskusje o polityce. To, co uwielbiam – rumuński fatalizm – jest zawsze podszyte absurdem, jakby ktoś opowiedział cudownie śmieszny dowcip na sekundę przed wbiciem ci noża w plecy.
– Już wiemy, że Nicuşor Dan [obecny prezydent] to miękka faja w kapeluszu.
– A kto wygrał za pierwszym razem? Sprzedawca oleju z węża, Călin Georgescu. Ten koleś w kampanii cytował kreskówki i Władcę Pierścieni. Idealny kandydat dla wtórnego analfabety.
Siedzę ze znajomymi w naszym ulubionym klubie Control i w głowie ukuwam nowe określenie: bezradny jak rumuński intelektualista.
Mój Bukareszt 2026 roku jest miastem, w którym ludzie próbują sobie opowiedzieć, jaka będzie polityczna przyszłość świata, i w jaki sposób Rumunia na tym ucierpi. Znajomi przywołują sceny z filmów Cristiego Puiu, Radu Jude i Cristiana Mungiu, jakby to były dokumenty pokazujące nastroje społeczne.
Mój przyjaciel Stefan, który wielokrotnie pojawiał się na kartach Bukaresztu, tłumaczy mi teraz:
– Mungiu przeczytał gdzieś, że w transylwańskiej wiosce pracują w piekarni Palestyńczycy, i tak zrodził się pomysł na film Prześwietlenie. Scena, gdy w ośrodku kultury Rumuni i Węgrzy dyskutują o tym, czy ktoś ze Sri Lanki ma prawo robić tu chleb, a potem zaczynają się między sobą bić, to kwintesencja dzisiejszej Rumunii. Brakuje rąk do pracy, kto mógł, wyjechał za granicę, wioski się wyludniają, więc trzeba zatrudniać ludzi z Azji, a jednocześnie wszyscy krzyczą: Rumunia dla Rumunów! Zwróć uwagę, jak w najnowszym filmie Jude Kontinental ’25 pokazany jest rowerzysta Uber Eats – ma na plecaku wielki napis „Jestem Rumunem” i opaskę z narodową flagą na ramieniu, żeby kierowcom nie przyszło do głowy go stuknąć. A jednocześnie cała historia jest o tym, jak jedna komorniczka, po samobójstwie faceta, którego eksmitowała z piwnicy, radzi sobie z poczuciem winy.
