70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Którędy do równości?

Pierwsze akty prawne zakazujące dyskryminacji powstawały w Stanach Zjednoczonych w czasach, kiedy czarnoskórzy obywatele mieli problemy ze zdobyciem edukacji i dobrze płatnej pracy. Dziś działania afirmatywne nie spełniają już pierwotnego celu, jakim było dawanie szansy najbiedniejszym. Biedni, niezależnie od koloru skóry, wciąż nie trafiają na uniwersytety.

Są dowody na to, że zmniejszenie nierówności to najlepszy sposób na poprawę jakości środowiska społecznego, a co za tym idzie, realnej jakości życia wszystkich obywateli” pisali w 2009 r. Richard Wilkinson i Kate Pickett. W swojej książce Duch równości (wydanej po polsku w 2011 r.) autorzy przekonywali, że w krajach, w których różnice między dochodami ludzi najbogatszych i najbiedniejszych są największe, najwięcej jest też zabójstw, zaburzeń psychicznych, ludzie częściej zmagają się z uzależnieniami i otyłością, częściej popełniają przestępstwa i trafiają do więzień, mają do siebie mniejsze zaufanie, a dzieci mają problemy z nauką. Wilkinson i Pickett, z wykształcenia epidemiolodzy, chcieli początkowo wyjaśnić, dlaczego ludzie biedniejsi chorują częściej niż ludzie bogatsi, czyli dlaczego w pewnych grupach społecznych niektóre choroby występują częściej niż w innych i w jaki sposób się rozprzestrzeniają. Ostatecznie jednak wyniki badań zebrane z wielu państw doprowadziły ich do wniosku, że im mniejsze różnice między bogatymi i biednymi, tym lepiej mają się osoby ubogie (rzadziej chorują, niższy jest stopień uzależnień, dzieci osiągają lepsze wyniki w nauce). Oznacza to tyle, że to nie sama bieda jest źródłem chorób i nieszczęść badanej grupy, ale różnice statusu społecznego istniejące między ludźmi w obrębie danego społeczeństwa. Kiedy jakieś państwo przechodzi transformację i bogaci się, ale jednocześnie rozwarstwia na bardzo bogatych i bardzo biednych, osoby o najniższym statusie społecznym, mimo że ich dochody mogą być nieco większe niż przed zmianami, znajdują się nagle w gorszej sytuacji – ponieważ spada zaufanie w społeczeństwie, trudniej im otrzymać pomoc (i nie chodzi tu tylko o wsparcie materialne), nie są w stanie zapewnić rodzinie takich standardów, jakie dla otoczenia stają się normą, przez co spada ich poczucie własnej wartości, popadają w uzależnienia i choroby. Co więcej, rozwarstwienie społeczne negatywnie wpływa też na osoby lepiej sytuowane. Żyją one w miastach, gdzie wysoka jest przestępczość, niskie zaufanie do sąsiadów, mniejsza chęć ludzi do współpracy. Ludzie bogaci w rozwarstwionym społeczeństwie borykają się też ze stresem, jaki towarzyszy zdobywaniu pozycji i walce o jej utrzymanie. Tytuł jednego z rozdziałów Materialny sukces, społeczna porażka dobrze podsumowuje istotę opisanego w książce zjawiska.

Duch równości, jak można było przewidzieć, wywołał szeroką dyskusję. Odbiorcy o poglądach lewicowych przyjęli ją z entuzjazmem, prawicowcy z dużą dozą sceptycyzmu. Wielu naukowców próbowało dowieść, że autorzy zbyt pochopnie wyciągają wnioski, a wskazane przez nich zależności wymagają dalszego udokumentowania i przeanalizowania. Nikomu jednak nie udało się wykazać, że ich teza jest całkowicie błędna. Wydaje się zresztą, że w wielu miejscach na świecie zasypywanie przepaści między grupami społecznie uprzywilejowanymi1 a tymi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia, od dawna przyświeca ustawodawcom. W Kanadzie i w Nowej Zelandii ułatwiony dostęp do edukacji na uniwersytetach ma ludność rdzenna – odpowiednio Indianie i Maorysi. W Malezji grupą wspieraną jako mniej uprzywilejowana jest malezyjska większość (około 52% społeczeństwa), ponieważ jej dochody są średnio niższe od dochodów rodzin, które przybyły do Malezji z Chin i Indii, a które tradycyjnie zajmowały się przemysłem i prowadziły przedsiębiorstwa. W Indiach działania mające na celu przezwyciężenie systemu kastowego wpisane są nawet w konstytucję. W Stanach Zjednoczonych polityką afirmatywną od ponad 50 lat objęci są Afroamerykanie, a u jej źródeł leży nie tylko przekonanie, że w rozwarstwionym społeczeństwie gorzej się żyje, ale przede wszystkim potrzeba zadośćuczynienia grupie, która przez dziesięciolecia była zmuszana do niewolniczej pracy, a później długo jeszcze jej przedstawicieli traktowano jako ludzi drugiej kategorii. Działania mające na celu wyrównanie szans na edukację i zatrudnienie kierowane były w różnych państwach także do kobiet, osób z niepełnosprawnością i młodych weteranów wojennych. Trzeba jednak zaznaczyć, że istnieje także wiele krajów, w których ten sposób walki z nierównościami, czyli faworyzowanie danej grupy określonej przez płeć, kolor skóry czy inne cechy niedotyczące kompetencji, jest zakazane jako sprzeczne z zasadą równości obywateli wobec prawa.

Od dyskryminacji do dyskryminacji

Podczas dyskusji na temat polityki afirmatywnej powracają niezmienne dwie kwestie. Pierwsza to pytanie o samą jej zasadność. Druga – o jej skuteczność. Do dziś nie osiągnięto konsensusu w pierwszej kwestii, ale po kilku dekadach kierowania działań afirmatywnych do grup marginalizowanych badacze mogą już powiedzieć, jakie skutki one przyniosły, a przez to odpowiedzieć po części na pytanie, czy podjęte środki były odpowiednie dla rozwiązania któregokolwiek z problemów łączonych z nierównością społeczną.

Ponieważ Stany Zjednoczone są jednym z lepiej udokumentowanych i przeanalizowanych przykładów państwa prowadzącego politykę afirmatywną, warto przyjrzeć się ich doświadczeniom. Pierwsze akty prawne zakazujące dyskryminacji rasowej podpisywali w latach 60. XX w. prezydenci Kennedy i Johnson. Były to dokumenty, które zobowiązywały zleceniobiorców pracujących dla państwa amerykańskiego do wprowadzania działań afirmatywnych (czyli promujących grupy marginalizowane) podczas zatrudniania pracowników. Zakazywały one dyskryminacji ze względu na rasę, religię i pochodzenie (w późniejszych latach do tej listy dodano kategorię płci). Na początku lat 70. opracowane były już szczegółowe wskazówki dotyczące zatrudnienia. Firmy budowlane realizujące zlecenia państwowe były zobowiązane przedstawić plany na przyszłość, szczegółowo określając liczbę czarnoskórych pracowników, których zatrudnią. Podobne wymogi szybko objęły także szpitale, banki, firmy transportowe, drukarnie, huty i linie lotnicze. Zmiany nie zawsze wprowadzano z entuzjazmem. Szczególnie stany południowe sprzeciwiały się zatrudnianiu Afroamerykanów. Ale największe kontrowersje nowe wymogi wywołały chyba na amerykańskich uniwersytetach, gdzie po dzień dzisiejszy proces rekrutacyjny wywołuje spory, a konflikty niejednokrotnie kończyły się w sądzie.

Początkowo wymóg niedyskryminowania czarnoskórych kandydatów podczas zatrudnienia nie był realnym wyzwaniem dla uczelni wyższych. Takich kandydatów nie było prawie wcale i właściwie nie zdarzało się, żeby władze uczelni musiały wybierać między kandydatami różnych ras ze stopniem doktora. Coraz częściej jednak dyskutowano o tym, jak zapewnić różnym grupom etnicznym równy dostęp do edukacji. Uczelnie mogły albo zachować dotychczasowy tok rekrutacji studentów oparty głównie na osiągnięciach naukowych, co w większości przypadków zamykałoby ich drzwi dla kandydatów kończących gorsze szkoły średnie funkcjonujące w biedniejszych dzielnicach, gdzie mieszkali Afroamerykanie i ludność latynoska, albo zmienić zasady przyjęć i wprowadzić dla nich specjalne ułatwienia. Amerykańskie uniwersytety zawsze cieszyły się dużą autonomią i choć nie były zobowiązane do konkretnych działań afirmatywnych, wiele z nich wprowadziło osobną ścieżkę rekrutacji dla przedstawicieli mniejszości etnicznych.

Przyjmowano – i do dziś przyjmuje się – różne rozwiązania. Niektóre uczelnie po prostu rezerwowały określoną liczbę miejsc na swoich listach dla kandydatów określonej grupy etnicznej. Inne uniwersytety przyjęły zasadę, że pierwszeństwo mają kandydaci, którzy ukończyli szkołę średnią z wynikiem mieszczącym się w 10% najlepszych wyników tej szkoły. Oznaczało to, że jeśli ktoś uczył się w gorszej szkole, nadal mógł iść na studia, jeśli tylko w swojej szkole był w czołówce uczniów. Jeszcze inne uczelnie opracowywały skomplikowany system punktowy, w którym poza ocenami liczyły się osiągnięcia sportowe, aktywność pozaszkolna, stopień niepełnosprawności, to, czy rodzice kandydata kończyli dany uniwersytet, i w końcu pochodzenie etniczne, za które można było dostać dodatkowe punkty. Wszystkie te rozwiązania miały na celu zwiększenie liczby czarnoskórych studentów. Wszystkie też były zaskarżane przez białych studentów, którzy motywowali pozwy tym, że nie zostali przyjęci na studia przez swój kolor skóry, co w ich opinii pozostaje w sprzeczności z prawami antydyskryminacyjnymi i 14. poprawką do konstytucji gwarantującą wszystkim obywatelom równe traktowanie przez prawo. Gdyby programy afirmatywne nie istniały, ich wyniki pozwalałyby im dostać się na wymarzoną uczelnię.

Działania uczelni mające wyjść naprzeciw marginalizowanym grupom etnicznym osiągnęły nieco dwuznaczny efekt. Z jednej strony rzeczywiście zwiększyły liczbę studentów czarnoskórych i latynoskich, z drugiej jednak, zamiast tworzyć dobrą atmosferę dla integracji młodzieży na kampusach, a przez to sprzyjać bardziej egalitarnemu społeczeństwu, wywołały u wielu osób poczucie niesprawiedliwości i nieuczciwej konkurencji, pogłębiając antagonizmy na tle etnicznym.

Po co nam uniwersytety

Tu dochodzimy do pytania o to, jaki właściwie jest cel rekrutacji na amerykańskich uczelniach wyższych. Biali studenci pozywający uczelnie wychodzą z założenia, że proces rekrutacyjny powinien wyłonić listę osób najbardziej uzdolnionych i osiągających najwyższe wyniki w nauce. Jednak uczelnie, wprowadzając drugą ścieżkę dla mniejszości etnicznych, porzuciły to założenie. Ronald Dworkin, filozof i profesor prawa na Uniwersytecie Yale, twierdził np., że przyjęcie na studia nie jest zaszczytem przyznawanym najlepszym uczniom w nagrodę za wyniki w nauce, ale narzędziem do wypełnienia misji uczelni, którą każdy uniwersytet sam sobie określa. Jeśli w misję wpisane jest promowanie różnorodności i nie dochodzi przy tym do działań dyktowanych nienawiścią rasową, wtedy działania afirmatywne są jak najbardziej uzasadnione.

Przeciwnicy takich działań pytają jednak, dlaczego to pochodzenie etniczne miałoby być brane pod uwagę przy promowaniu różnorodności. Pierwsze akty prawne zakazujące dyskryminacji powstawały w czasach, kiedy czarnoskórzy obywatele mieli problemy ze zdobyciem edukacji i dobrze płatnej pracy, przez co w ogromnej większości byli biedniejsi niż biali. Rasa wyznaczała ich status ekonomiczny. Dzisiaj jednak te dwa czynniki nie są ze sobą tak ściśle związane i na uniwersytety trafiają dzieci z bogatych rodzin białych oraz bogatych rodzin czarnych czy latynoskich. Działania afirmatywne nie spełniają więc już pierwotnego celu, jakim było dawanie szansy najbiedniejszym. Biedni, niezależnie od koloru skóry, wciąż nie trafiają na uniwersytety.

Obecnie wątpliwy jest też argument zadośćuczynienia czarnej społeczności za okres niewolnictwa. W procesie, jaki Abigail Fisher wytoczyła w 2008 r. uniwersytetowi w Teksasie, padło pytanie, czy osoba będąca Latynosem jedynie w jednej czwartej albo jednej ósmej również miała prawo do ulgowego traktowania podczas rekrutacji. Gregory Garre reprezentujący uniwersytet, odpowiedział, że kandydaci sami określają swoją tożsamość etniczną, a uniwersytet nie kwestionuje ich deklaracji. Komentatorzy zaczęli wtedy podkreślać, że działania afirmatywne nie są adresowane wyłącznie do potomków niewolników, a kryterium rasowe jest bardzo szeroką kategorią i obejmuje w dużym stopniu rodziny, które nie miały nic wspólnego z niewolnictwem, a w Stanach Zjednoczonych są od niedawna. Dlaczego więc dzieci imigrantów z Londynu mające czarnoskórego dziadka miałyby mieć łatwiejszy dostęp do wyższego wykształcenia niż dzieci imigrantów z Chin?

Problem z różnorodnością za wszelką cenę leży też w kosztach, jakie ponoszą łagodniej traktowani studenci. Ich osiągnięcia nie zawsze są tak samo cenione jak osiągnięcia białych, którzy edukację zdobywali bez taryfy ulgowej. Twierdzi tak m.in. sędzia Clarence Thomas, jedyny czarnoskóry członek amerykańskiego Sądu Najwyższego, który sam był beneficjentem polityki afirmatywnej. Jego zdaniem mniejsze wymagania sugerują, że czarni obywatele muszą być specjalnie traktowani, żeby osiągnąć sukces. Ukończenie prestiżowej uczelni przez utalentowanego Afroamerykanina może być postrzegane jako łut szczęścia, a nie owoc ciężkiej pracy i predyspozycji intelektualnych.

Niektórzy badacze wskazują też na problem niedopasowania studentów do poziomu uczelni. Osoby, które były łagodniej traktowane podczas rekrutacji, mogą mieć trudności, żeby dorównać bardziej zdolnym kolegom. W statystykach pokazujących, ile osób odpadło w trakcie studiów, dominują osoby z grup traktowanych ulgowo. W szkołach prawniczych kończy się to mniejszym odsetkiem czarnych studentów, którzy zdają egzamin końcowy pozwalający im na praktykowanie zawodu. Może to utwierdzać w przekonaniu, że pewne grupy są skazane na porażkę, jeśli nie dostają taryfy ulgowej, a przecież na innej uczelni, lepiej dopasowanej do poziomu studenta, te same osoby mogłyby odnosić sukcesy.

W niektórych stanach uniwersytety zdecydowały się porzucić działania afirmatywne. Tak stało się np. w Kalifornii. Zwolennicy taryfy ulgowej dla mniejszości podkreślają, że zakończyło się to dramatycznym spadkiem odsetka studentów czarnych i Latynosów. Na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley był to spadek o 61%, na tej samej uczelni w Los Angeles – 36%. Richard Sander, profesor na Wydziale Prawa Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, podkreśla jednak, że spadek liczby studentów reprezentujących mniejszości nie przełożył się na liczbę uzyskujących wyższe wykształcenie. Liczba Afroamerykanów i Latynosów, którzy zdobyli licencjat na tej uczelni, pozostała taka sama w kolejnych latach po zmianie polityki rekrutacyjnej.

Przepis na równość?

Gdyby tezy opisywane we wspomnianej już książce Duch równości okazały się prawdziwe, pewnie wiele osób marzyłoby o stworzeniu egalitarnego społeczeństwa, w którym wszyscy mieliby równe szanse i możliwości. Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje jednak, że nawet w przypadku tak ewidentnej nierówności, jaka dzieliła przez dziesięciolecia białych i czarnych mieszkańców Ameryki, i tak dużej chęci naprawy błędów historii, że znajduje ona odbicie w licznych aktach prawnych, trudno jest zasypać raz powstałą przepaść między ludźmi. W najlepszym wypadku rozwiązywanie jednych problemów rodzi kolejne.

Podobnie jest zresztą w kwestii działań afirmatywnych w innych regionach świata. Khoudia Sow, lekarz i socjolog pochodząca z Senegalu, podczas konferencji zorganizowanej w ramach Tygodni Społecznych w Paryżu w 2012 r. mówiła o tym, jak bardzo zmienia się sytuacja kobiet dzięki programom mającym ułatwić im dostęp do edukacji i zdobycie zawodu w jej kraju. Skutkiem ubocznym, którego nie przewidziały feministycznie zorientowane organizacje pozarządowe, jest słabnąca pozycja mężczyzn w społeczeństwie, wzrost ich niepokoju i zwrócenie się w kierunku fundamentalistycznych ruchów islamistycznych.

Czy to oznacza, że politykę afirmatywną należy porzucić jako pomysł z gruntu zły? Nie sądzę. Wydaje mi się, że analizując spokojnie jej wady i zalety, możemy odkryć, kiedy działania afirmatywne przynoszą dobre skutki, a kiedy stają się dla kogoś przeszkodą. Przykład akcji afirmatywnej w Stanach Zjednoczonych pod pewnymi względami okazał się ogromnym sukcesem. Jednym z nich jest właśnie to, że rasa nie dzieli dziś Amerykanów na biednych i bogatych. Być może więc czas już odrzucić w programach afirmatywnych kryterium rasy, a skupić się np. na problemie biedy lub szerzej – rozwarstwienia społecznego.

Zdaje się, że w wielu programach afirmatywnych wciąż brakuje dwóch elementów, które mogłyby więcej takich przedsięwzięć przekuć w sukces. Pierwszy to jasno zdefiniować, jaki cel chce się osiągnąć. W Stanach Zjednoczonych np. nigdy nie określono, do czego dążą uniwersytety w swoich działaniach afirmatywnych – wysokiego odsetka czarnoskórych studentów, podniesienia statusu ekonomicznego mniejszości etnicznych w kraju czy większej integracji między różnymi grupami? Ponieważ cel nie był jasno określony, nikt nie wie czy sukces został osiągnięty. Czy wybór czarnoskórego prezydenta może być postrzegany jako zwieńczenie tych działań czy nie. Drugi brakujący często element to wzięcie pod uwagę grupy, która na skutek promocji pewnych osób, poniesie straty – czy to rzeczywiste, czy potencjalne. Nie może się udać stworzenie społeczeństwa, które cechuje równość, jeśli pracuje się nad tym tylko z jedną jego częścią. A pracować nad powstaniem takiego społeczeństwa mimo wszystko warto. Nawet jeśli tylko połowa z wniosków Wilkinson i Pickett okazałaby się prawdą.

1 Nieco myląca może być kwestia terminów „grupy uprzywilejowane” i „grupy marginalizowane”. Nie chodzi tu bowiem o formalnie nadane przywileje ani celową marginalizację. Za takimi określeniami używanymi w naukach społecznych stoi przekonanie, że kształt społeczeństw, w jakich żyjemy, nie jest dany z góry, ale kształtowany przez decyzje ludzi, ich działania lub zaniechania oraz wartości, jakie decydują się oni wyznawać. Dlatego można powiedzieć, że np. osoby ubogie są skazane przez pewne społeczeństwa na życie na marginesie, na wykluczenie ze społeczeństwa („są marginalizowane”), a bogate ze względu na to, jakie wartości są cenione w danym społeczeństwie, cieszą się wieloma ułatwieniami („są uprzywilejowane” przez to społeczeństwo).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata