70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bezgraniczne niebezpieczeństwo

Zaczęło się od wzmożonej kontroli na lotniskach, dziś wiemy, że się na tym nie skończyło. Stany Zjednoczone na masową skalę gromadzą e-maile i rozmowy telefoniczne, podsłuchują polityków, włamują się do baz danych zagranicznych firm, prowadzą działania mające na celu uzyskanie dostępu do wszystkich informacji szyfrowanych w Internecie i infekują dziesiątki tysięcy komputerów oprogramowaniem, dzięki któremu przejmują nad nimi kontrolę.

Niespełna rok temu Brandon Friedman, amerykański weteran wojen w Afganistanie i Iraku, opublikował na stronie „Time’a” artykuł o wymownym tytule: Zapomnijcie o dronach. Prawdziwym problemem jest „wojna bez granic”. Termin „granice” został użyty w sensie dosłownym – tekst analizował, jak we współczesnych konfliktach traktowane są terytoria państw. Uzasadnione byłoby jednak również szersze odczytanie tego ostrzeżenia – grozi nam bowiem taki stan, w którym znaczenie tracą nie tylko granice krajów, rozmywane są też granice wielu kategorii związanych z wojną, jaką znamy. W pewnym stopniu dzieje się to na naszych oczach. Konflikty niewiele mają dziś wspólnego z wypowiadaniem wojny i podpisywaniem rozejmu, można więc stracić pewność, czy żyjemy w czasie pokoju czy wręcz przeciwnie. Powoli tracą znaczenie nie tylko granice między państwami, ale także linia oddzielająca świat wirtualny od realnego. Przenoszenie zaś zadań żołnierza na automaty i roboty może zacierać granice odpowiedzialności za konkretne działanie, np. zabicie człowieka.

Nie sposób wymienić wszystkich wątpliwości, które nasuwają się w kontekście przemian rzeczywistości wojennej. Warto jednak zastanowić się choćby nad kilkoma przykładami pokazującymi, na czym może polegać trudność w opisaniu współczesnych wojen.

Policjant świata

Zacznijmy może od wspomnianego artykułu Friedmana. Teoretycznie nie wnosi on wiedzy, której byśmy do tej pory nie mieli – autor przypomina, że powszechnie akceptujemy stwierdzenia mówiące, że w wojnie z terroryzmem cały świat jest polem walki. Wynika to oczywiście z faktu, że terroryści nie pochodzą z jednego państwa, nie reprezentują polityki żadnego kraju, mogą mieszkać i działać w dowolnym miejscu na ziemi, a ci, którzy z terroryzmem walczą, odpowiadają po prostu na to zagrożenie w sposób do niego odpowiedni. Pojawia się jednak problematyczne pytanie: jak jednoznacznie ustalić, kto jest „terrorystą”? Z jednej strony to jeden z ważniejszych przeciwników Stanów Zjednoczonych, z drugiej – cel bardzo niedookreślony. Brak tego dookreślenia wpływa zaś na definicje wszelkich działań organizowanych w ramach „wojny z terroryzmem”.

Friedman sugestywnie pokazuje, że przedefiniowanie słów „wojna” i „pole walki” może mieć niemal groteskowe konsekwencje: „Prawda jest taka, że nawet jeśli gdzieś ktoś (kto posiada broń) nienawidzi Stanów Zjednoczonych, nie sprawia to wcale, że jego – albo jej – miejsce pobytu staje się »polem bitwy«, na którym możemy wedle upodobania używać sił zbrojnych. Albo to, że jakiś ideolog z kamerką internetową chce zaszkodzić naszym interesom, wcale nie znaczy, że jesteśmy z nim w stanie »wojny«. Taka interpretacja byłaby zbyt pojemna i skazywałaby Stany Zjednoczone na nieustanne prowadzenie wojen (co zdaje się też zrobiła)”.

Friedman, który służył jako oficer piechoty nie tylko w Afganistanie i Iranie, ale też w Pakistanie i Kuwejcie, sądzi, że to jak zgodziliśmy się definiować wojnę, ma z wojną niewiele wspólnego. Ściganie pojedynczych przestępców jest według niego zadaniem przynależnym policji, ale ostatnimi czasy umówiliśmy się, że będziemy używać do tego środków zwyczajowo zarezerwowanych dla operacji wojennych. Przyczyna jest zapewne łatwa do odgadnięcia – trudno byłoby uzasadnić obecność amerykańskich policjantów wszędzie tam, gdzie wysyła się amerykańskich żołnierzy.

Nie chodzi przy tym o trywializowanie wydarzeń, które dały początek wojnie z terroryzmem. Atak na World Trade Center był bezsprzecznie wielką tragedią. Ale jak przypomina Friedman: ciało Osamy bin Ladena zostało wrzucone do oceanu dwa lata temu, większość jego kolegów już nie żyje albo odsiaduje wyroki w więzieniach, a drugoklasiści, którym George W. Bush czytał bajki, kiedy atak z 11 września miał miejsce, są dziś na studiach. A to oznacza, albo że wydarzenia sprzed dwunastu lat są wykorzystywane przez polityków jedynie jako pretekst do przesuwania granic prawnych i politycznych, co w pewnym momencie będzie musiało się skończyć – trudno przecież byłoby w nieskończoność usprawiedliwiać swoje działania wydarzeniami z coraz odleglejszej przeszłości – albo że rok 2001 był punktem zwrotnym, od którego zaczyna się era zupełnie innego definiowania wojny i pokoju, bezpieczeństwa i zagrożenia, wroga i sojusznika oraz praw i obowiązków sił zbrojnych.

„Orwell był optymistą”

Definicje mają swoje konsekwencje. Niektóre konsekwencje przedefiniowania wojny już zresztą znamy. Od samego początku wojny z terroryzmem obywatele Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich zgadzali się na różnorakie ograniczenia swoich wolności w imię ochrony bezpieczeństwa. Skoro terroryści to jednostki niezwiązane na stałe z danym krajem, podróżujące i mieszkające również na Zachodzie, to żeby ich namierzyć, należy darzyć pewną dozą podejrzliwości wszystkich podróżujących i mieszkających na Zachodzie ludzi. Zaczęło się od wzmożonej kontroli na lotniskach, dziś dzięki Edwardowi Snowdenowi wiemy, że się na tym nie skończyło. Regularnie ujawnia on kolejne informacje o poczynaniach Agencji Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych (NSA), która m.in. na masową skalę gromadzi e-maile i rozmowy telefoniczne, podsłuchuje polityków, włamuje się do baz danych dużych zagranicznych firm, prowadzi działania mające na celu uzyskanie dostępu do wszystkich informacji szyfrowanych w Internecie i infekuje dziesiątki tysięcy komputerów oprogramowaniem, dzięki któremu przejmuje nad nimi kontrolę i może niepostrzeżenie pozyskiwać dane w dowolnym momencie.

Na początku reakcje na te doniesienia były mieszane. Niektórzy się oburzali, ale większość wydawała się wykazywać zrozumienie – przecież po to są wywiady, żeby szpiegować i wiedzieć, co w trawie piszczy. Spokojne przyjęcie doniesień Snowdena można tłumaczyć tym, że pierwsze informacje, które ujawnił, dotyczyły telefonów i e-maili zwykłych obywateli, a ci najczęściej nie dbają nawet o prywatność w sieci. Jednak im więcej ujawniał były współpracownik NSA, tym więcej znajdowało się krytyków poczynań amerykańskiej agencji. Jednym z nich jest Mikko Hyppönen. Podczas wykładu wygłoszonego w październiku zeszłego roku w Brukseli (w ramach konferencji TED), odnosząc się do działań NSA, stwierdził, że Orwell był optymistą.

Hyppönen nie jest przypadkowym krytykiem posunięć Amerykanów – zawodowo zajmuje się bezpieczeństwem komputerowym i właśnie na ten aspekt zwraca szczególną uwagę. Według Fina próba kontroli całej aktywności w Internecie musi skończyć się obniżeniem bezpieczeństwa cyfrowego. Podczas gdy oficjalnie mówi się o pewnych ograniczeniach wolności w celu zwiększenia bezpieczeństwa państwa i obywateli, analiza działań wskazuje na coś odwrotnego. Hyppönen podaje przykład treści szyfrowanych, do których NSA chce mieć dostęp, i porównuje je do kilkucyfrowego kodu, który wpisujemy na domofonach, żeby otworzyć drzwi wejściowe, albo którym zabezpieczamy alarm przeciwwłamaniowy w mieszkaniu. Możemy sobie wyobrazić, że policja w danym kraju będzie miała alternatywny kod otwierający wszystkie zamki, który będzie pozwalał m.in. dostać się bez wyważania drzwi do mieszkania przestępcy, żeby przeszukać jego rzeczy lub go aresztować.

Tylko że jednocześnie kod ten będzie otwierał również wszystkie inne przejścia. Nie jest trudno zgadnąć, że możliwość wprowadzenia takiego kodu do wszystkich alarmów i zamków zmniejsza ogólne bezpieczeństwo, mimo że pozwala łatwo schwytać złodzieja czy nawet mordercę. Podobnie jest z narzędziami umożliwiającymi odczytywanie szyfrowanych danych osobom trzecim. Nawet jeśli założymy, że NSA albo inny wywiad kontroluje nasze komputery i całą komunikację wyłącznie dla naszego dobra, to nie jest powiedziane, że takie narzędzia nie zostaną kiedyś wykorzystane przez kogoś, kto nie życzy nam dobrze. Tylko czy założenie, że obcy wywiad działa w naszym interesie może być uzasadnione inaczej niż naiwnością?

Nowe opisanie wojny

Przedstawione działania budzą wiele pytań. Po pierwsze, czy powinniśmy przyzwyczajać się do tego, że jesteśmy traktowani tak, jakbyśmy mieli cały czas status podejrzanych? Jeszcze niedawno to właśnie podejrzenia, że ktoś popełnił czyn karalny, usprawiedliwiały jego śledzenie, podsłuchiwanie, czytanie jego listów i przeszukiwanie rzeczy. Prowadzenie takich działań w stosunku do wszystkich bez wyjątku mogło kojarzyć się tylko z Rokiem 1984.

Po drugie, czy można jednoznacznie określić, w czyim interesie prowadzona jest ta powszechna inwigilacja? O ile można jeszcze założyć, że wśród obywateli Europy ukrywają się terroryści gotowi wysadzić w powietrze stację metra, o tyle trudno szukać groźnych bojowników wśród przywódców europejskich państw. Wiele zresztą wskazuje na to, że „wojna z terroryzmem” prowadzona przez Amerykanów ma dużo wspólnego z kwestiami gospodarczymi, przykładem niech będzie tajne pozyskiwanie danych z firm mających znaczenie strategiczne (np. włamanie się do sieci Petrobrasu, brazylijskiego giganta naftowego). Można oczywiście powiedzieć, że tropienie ekstremistów i szpiegostwo gospodarcze to dwa różne działania. Ale to właśnie pod pretekstem walki z terroryzmem Stany dążą do osłabienia bezpieczeństwa w sieci, dzięki czemu skuteczniej mogą pozyskiwać informacje gospodarcze. Bo kiedy zniknie przekonanie o konieczności walki z terrorystami wysadzającymi się w powietrze, czy zgodzimy się poświęcać wolności obywatelskie dla walki o dominację gospodarczą, w przypadku Polaków – nie swojego kraju?

Po trzecie w końcu, jak twierdzi Hyppönen, Stany Zjednoczone, wykorzystując swoją przewagę technologiczną, zaczęły traktować Internet jak swoją kolonię – działają w niej tylko według ustalonych przez siebie zasad i czerpią z tego korzyści. Agencje rządowe mają w swoich szeregach specjalistów od łamania zabezpieczeń i kradzieży danych, a ich zdobywanie można przełożyć na wymierne rezultaty gospodarcze i finansowe. Czy nie należałoby więc powiedzieć, że inne państwa są w ten sposób atakowane? Czy jesteśmy u progu ery, w której wojny będą prowadzone w sieci, bez rozlewu krwi? Jeśli tak, to wydaje się, że wielu graczy jeszcze się nie zorientowało, iż nowa wojna już się zaczyna.

Telewizor na mnie patrzy

Podczas jednej z rozmów redakcyjnych poprzedzających przygotowanie tego numeru Rafał Tarnogórski powiedział: „Pierwsza wojna przyszłości rozpoczęła się 11 września 2001 r.”. Atak na World Trade Center rzeczywiście rozpoczął nową epokę, w której definicje dotyczące wojny należy napisać na nowo. Trzeba jednak pamiętać, że temu nowemu definiowaniu wojny towarzyszy wciąż duża niewiedza. Wciąż nie wiemy, jak daleko sięga śledzenie obywateli i komu ostatecznie posłużą pozyskane informacje.

Pod koniec listopada ubiegłego roku serwis internetowy BBC, powołując się na odkrycie pewnego blogera, napisał o szczególnej funkcji pewnego modelu telewizorów LG. W ustawieniach użytkownika można było włączyć lub wyłączyć opcję zbierania informacji o oglądanych programach. Lista z detalami dotyczącymi przyzwyczajeń telewizyjnych użytkownika była przesyłana do producenta, a następnie personalizowano wyświetlane reklamy. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie to, że po wyłączeniu funkcji zbierania informacji była ona dalej aktywna, a producent wciąż wiedział, co jest wyświetlane na ekranie jego produktu. Co więcej, kiedy do monitora podłączono dysk zewnętrzny, nazwy plików również trafiały do LG. Tak więc rodzice oglądający zdjęcia swoich dzieci opisane zbyt dokładnie mogli np. poinformować firmę, co robią ich pociechy na co dzień, gdzie bywają i z kim.

Czy w takiej sytuacji obywatel jest obserwowany przez nadgorliwą firmę, która chce za wszelką cenę sprzedać mu kolejny produkt, czy może jest właśnie inwigilowany przez rząd i (potencjalnie) podejrzewany o terroryzm? Trudno to ocenić. Tym bardziej że nie mamy jasności na temat zasad współpracy agencji rządowych i korporacji, od których pozyskały informacje. Możliwe zresztą, że – podobnie jak w przypadku Facebooka czy Yahoo – rząd pewnego dnia poprosi firmę o informacje, które pierwotnie nie były zbierane w celach wywiadowczych. Różnica będzie jedynie taka, że tym razem będą to informacje, których nie zostawiamy w sieci dobrowolnie.

Być może w całym tym gąszczu ewoluujących definicji należy wrócić do kilku stałych punktów odniesienia, nienegocjowalnych i oczywistych praw, które określałyby zasady współistnienia różnych państw i ich obywateli. Problemem może być jednak to co zawsze: że na wojnie – wiadomo – jak w miłości. Wszystkie chwyty są dozwolone.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter