70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Łańcuchy pokarmowe

Problem głodu uważano pierwotnie za niedostatek żywności. Później zaczęto go identyfikować z ubóstwem i brakiem możliwości zakupu jedzenia. Prawdopodobnie stawienie czoła temu wyzwaniu będzie nieefektywne dopóty, dopóki nie stanie się ono rzeczywistym priorytetem politycznym, a dostęp do żywności nie zostanie uznany na arenie międzynarodowej za prawo człowieka możliwe do wyegzekwowania na drodze sądowej.

Chris Mahoney ściągnął na siebie gromy, kiedy w sierpniu tego roku powiedział, że susza i niskie plony tworzą dobry klimat dla interesów. „Wysokie ceny, niestabilność na rynku, potrzeba przemieszczenia towarów w krótkim czasie dają duże możliwości pośrednikom” – stwierdził dyrektor ds. handlu surowcami rolnymi w szwajcarskiej firmie Glencore. „Będziemy mogli zapewnić światu odpowiednie rozwiązania… i powinno to być korzystne również dla nas” – dodał.
W teorii wszystko się zgadza – firma zajmująca się pośredniczeniem w handlu zarabia na tym, że jest popyt na jej usługi. Ktoś potrzebuje surowców i chce je kupić, ktoś inny ma do zaoferowania plony ze swoich pól, a światowy gigant pomaga jednym i drugim, pobierając za to opłatę. Ale można też tę sytuację opisać inaczej, tak jak internauci komentujący doniesienia prasowe na ten temat na portalu „Guardiana”: „Czy nie żyliśmy kiedyś w czasach, kiedy czerpanie zysków z czyjejś biedy albo trudnej sytuacji było określane jako »niemoralne« i »nielegalne«, a nie jako »dobre«, »dopuszczalne«, »logiczne«?”. Lub jeszcze bardziej wprost: „Ludzie umrą z głodu, Glencore się cieszy. Co za świat!”.
Wydaje się, że trudno jest wymagać od firm zajmujących się handlem, żeby nie czerpały z tego tytułu zysków. Jednak obecny kształt rynku żywności coraz częściej poddawany jest krytyce i coraz częściej pada pytanie o to, czy żywność należy traktować jak każdy inny towar, czy może raczej powinnyśmy myśleć o niej jak o dobru, do którego dostęp musi być zapisany wśród innych praw człowieka.

Krzywizna banana

Mimo susz i powodzi, które regularnie nękają różne rejony świata i niszczą uprawy, to nie brak żywności jest problemem i prawdopodobnie przez jakiś czas jeszcze nie będzie. Wszyscy są zgodni co do tego, że produkujemy o wiele więcej jedzenia, niż potrzebuje cała ludzka populacja. Według brytyjskiego historyka Tristrama Stuarta wiele krajów wysoko rozwiniętych utrzymuje swoje zasoby żywności na poziomie dwukrotnie wyższym niż zapotrzebowanie ich mieszkańców. Jeśli doliczymy do tego rośliny przeznaczane na pasze dla zwierząt (kukurydza, soja, pszenica), które mogłyby również być pokarmem dla ludzi, otrzymamy ilości jedzenia sięgające 300–400% zapotrzebowania danego kraju. Oczywiście nie wszystko z tych zapasów jest konsumowane.

Stuart w swojej książce Waste: Uncovering the Global Food Scandal (Marnotrawstwo. Odkrywanie światowego skandalu żywnościowego) pokazuje z jak trywialnych powodów tracimy dziesiątki milionów ton jedzenia rocznie. Wyrzucanie w domu czerstwego chleba wydaje się niewinną niefrasobliwością w porównaniu z masowym odrzucaniem warzyw i owoców ze względów czysto estetycznych. Sieci supermarketów nie przyjmują od rolników zbyt małych ziemniaków, jabłek z plamkami i dziurkami, sałaty o za jasnych liściach, a „wybrakowane” rośliny stanowią w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi autor, 20–40% całej produkcji. Dobrze znanym przykładem nadgorliwości urzędników ustalających normy dla żywności dopuszczonej do sprzedaży były rozporządzenia Komisji Europejskiej regulujące m.in. przysłowiową już krzywiznę banana. (Komisja wycofała się z niektórych wymogów dotyczących kształtu warzyw i owoców w 2009 r., jednak wiele podobnych ustaleń wciąż obowiązuje). Pozbywanie się zupełnie dobrej, zdrowej i świeżej żywności zdarza się również w restauracjach, sklepach, szkolnych stołówkach i domach, gdzie zapasy są po prostu większe niż zapotrzebowanie. Kolejną „okazją” do wyrzucania jedzenia jest przetwarzanie poszczególnych surowców i półproduktów. Np. w firmach przygotowujących gotowe kanapki prawie zawsze do kosza trafia pierwsza i ostatnia kromka chleba – w ten sposób traci się ich tysiące w ciągu dnia. Lista podobnych przykładów jest długa.

Według Stuarta gdybyśmy ograniczyli to marnotrawstwo, można byłoby zmniejszyć produkcję żywności o 1/3, nie schodząc poniżej ilości, jaka jest potrzebna, żeby wyżywić ludzkość. Jednocześnie pozwoliłoby to na ogromną oszczędność ziemi uprawnej i wody używanej do nawadniania pól. W tym świetle czarne scenariusze dotyczące możliwości wykarmienia rosnącej populacji przy ograniczonych zasobach wymagają co najmniej lekkiej korekty. Nie ulega wątpliwości, że dochodzimy stopniowo do granic poszerzania obszarów upraw, jednak ich dotychczasowego wykorzystania nie można nazwać oszczędnym i racjonalnym. Skoro żywności przy nieco skromniejszej produkcji mogłoby wystarczyć dla wszystkich ludzi, dlaczego nie wystarcza jej dla wszystkich teraz, kiedy mamy jej takie nadwyżki? Skoro jest tak dobrze, dlaczego wciąż jest tak źle?

Odczuwalna ręka rynku

Dużo tłumaczy przytoczona na wstępie wypowiedź – ogromną rolę w kształtowaniu dostępu do żywności odgrywa dziś rynek. Jeśli dany region nawiedzają klęski żywiołowe, zawsze można sprowadzić surowce rolne z innych miejsc na ziemi i m.in. z tego powodu pożądane jest, żeby żywność można było kupić w każdym zakątku globu. Problem pojawia się wtedy, kiedy zakup żywności jest jedyną możliwością jej pozyskania, a nabywca nie może zapłacić za konieczne do przeżycia produkty, co dotyczy dziś większości osób cierpiących na niedożywienie. Rozwiązania tego problemu, czyli de facto problemu głodu, upatruje się w dwóch scenariuszach. Pierwszy zakłada rozwijanie lokalnej produkcji żywności i wzmacnianie niezależności od handlu światowego. Drugi natomiast przejawia mniejszą nieufność wobec rynków i zaleca walkę z ubóstwem – rozumianym jako brak możliwości nabywania towarów – np. przez rozwijanie pozarolniczych, bardziej dochodowych gałęzi gospodarki danego kraju.

Wybór między tymi dwiema drogami wcale nie jest oczywisty i stanowi przedmiot sporu myślicieli zaangażowanych w znalezienie optymalnych dróg rozwoju społeczeństw. Jednym ze zwolenników rozwiązania rynkowego jest Amartya Sen, laureat ekonomicznego Nobla, który większość swojej naukowej działalności poświęcił analizowaniu sytuacji ludzi biednych i szukaniu sposobów polepszenia ich pozycji. W wywiadzie udzielonym „Observerowi” w 2002 r. stwierdził on: „Samowystarczalność żywnościowa jest wyjątkowo głupim sposobem myślenia o bezpieczeństwie żywnościowym. Nie ma większych problemów z tym, żeby bez odwoływania się do niej usunąć zagrożenie głodu – należy to robić poprzez walkę z biedą (tak żeby ludzie mogli kupować jedzenie) i przez zapewnienie dostępności żywności na rynku (tak żeby kraje mogły ją importować, jeśli nie mają u siebie wystarczających zapasów). (…) Nacisk musi być położony na dochód, dostępność i możliwość zapanowania nad zasobami żywności, od czego uwagę odwraca osobliwe uwielbienie dla idei samowystarczalności” („The Observer”, 16 czerwca 2002).

Wypowiedź ta szybko znalazła wielu krytyków. Aseem Shrivastava, indyjski ekonomista zajmujący się skutkami globalizacji, zarzuca Senowi, że mówi o dochodach i ekonomicznej dostępności żywności, jakby były czymś, po co wystarczy wyciągnąć rękę. O ile produkcja żywności na potrzeby lokalne jest rozwiązaniem znanym w historii i relatywnie łatwo dostępnym, o tyle zlikwidowanie ubóstwa przez rozwijanie różnych gałęzi gospodarki to plan na lata, jeśli nie dziesięciolecia. (Europejskie doświadczenia ostatnich miesięcy pokazują zresztą, że nawet kraje wysoko rozwinięte borykają się z problemem bezrobocia, a co za tym idzie – z problemem braku dochodów, i wiele działań podejmowanych w celu poprawy sytuacji po prostu nie przynosi żadnych efektów.) Shrivastava podkreśla, że sytuacja w krajach biednych znacznie odbiega od wyobrażeń ekonomistów pracujących na prestiżowych uniwersytetach. Podczas gdy ci ostatni snują wizję krajów rozwijających się, które lada moment przeżyją przełom przemysłowy i ich mieszkańcy masowo zmienią rodzaj wykonywaj pracy z uprawy ziemi na bardziej lukratywne zajęcia, dla osób borykających się z niedożywieniem każdy dzień jest walką o przetrwanie i trudno jest im postrzegać reguły dzisiejszego rynku jako zupełnie neutralne i nieszkodliwe. Każde wahanie cen żywności na giełdach światowych może ich kosztować bardzo wiele. Nawiązuje do tego Adam Leszczyński w swojej najnowszej książce Dziękujemy za palenie (2012) poświęconej problemom krajów afrykańskich: „Biedni nie mają co jeść wtedy, kiedy ich nie stać na zapłacenie rynkowej ceny za żywność. Decydują często grosze. Różnica kilkudziesięciu centów w cenie worka zboża czy ryżu, której przybysz z Europy w ogóle nie zauważy, bo to dla niego równowartość biletu autobusowego w ojczyźnie, może rozstrzygać o życiu i śmierci” (167).
Senowi chodziło prawdopodobnie o to, że produkcja lokalna nie musi być dziś priorytetem dla tych, którym zależy na bezpieczeństwie żywnościowym, ponieważ w wielu miejscach na świecie handel może ją efektywnie zastąpić w dostarczaniu jedzenia. Oburzenie Shrivastavy natomiast musiało być podyktowane świadomością, jak zgubne bywa zaufanie rynkowi, o czym boleśnie przekonują się regularnie najubożsi. Dla nich, jak pisze Leszczyński, liczy się każdy cent, a wahania cen podstawowych surowców rolnych w ostatnich latach (uwzględniając kryzysy żywnościowe 2008 i 2010) osiągały niejednokrotnie kilkadziesiąt procent.

Nowe relacje międzyludzkie

Szerszej analizy moralnego wymiaru relacji rynkowych dokonuje prof. Michael Sandel z Uniwersytetu Harvarda zajmujący się filozofią polityczną. W książce What Money Can’t Buy: The Moral Limits of Markets (Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynków) analizując przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że zachodzi dziś prawdopodobnie zmiana polegająca na – nieplanowanym i nieświadomym – przejściu od posiadania gospodarki rynkowej do bycia społeczeństwem rynkowym. W przypadku gospodarki rynkowej mowa o narzędziu pozwalającym organizować działalność produkcyjną. Społeczeństwo rynkowe zaś oznacza sposób życia, w którym wartości handlowe przenikają wszystkie aspekty ludzkich interakcji. Jak ujmuje to Sandel: „To miejsce, w którym relacje społeczne zostały stworzone na podobieństwo rynku”.

Sandel zajmuje się głównie specyficznym społeczeństwem Stanów Zjednoczonych, w którym pary niemogące mieć dzieci płacą za urodzenie potomka matkom-surogatkom w Indiach, bo ich usługi są tańsze niż w Stanach; w którym szkoły płacą dzieciom za czytanie książek, a firmy ubezpieczeniowe dają pieniądze ubezpieczonym za zrzucenie kilu kilogramów i dbałość o zdrowie. Pisze on o wycenianiu wartości, które wcześniej były bezcenne, więc jest to dyskusja, w którą teoretycznie nie wpisuje się zagadnienie sprzedawanej i kupowanej od wieków żywności. Jednak pytania, które padają w książce, można odnieść do każdej dziedziny życia, w której relacje handlowe wypierają inne ich rodzaje: Czy nie nazbyt łatwo ulegamy złudzeniu, że wszystko ma swoją cenę? Czy żywność potrzebna do przeżycia powinna podlegać prawom rynku w ten sam sposób co jachty i złote zegarki? Ile można zarobić na klęskach żywiołowych i czy zawsze jest to moralne? Być może żywność, tak bardzo związana z życiem, powinna podlegać innym regułom?

Trudno jest odrzucić diagnozę, która mówi, że problem głodu dzisiaj to problem możliwości nabywczych, więc logiczną intuicją wydaje się wskazanie, że rozwiązanie powinno do tych możliwości się odnosić. Trzeba jednak pamiętać, że możliwości nabywcze zależą również od tego, jak kształtują się ceny oferowanych produktów. Kryzysy żywnościowe 2008 i 2010 r. brutalnie przypomniały światu, że możliwości nabywcze nie są wartością stałą i zmieniają się razem z wahaniami cen. W jaki sposób zatem zabezpieczyć się przed niestabilnością rynku? Być może znów należy zadać pytanie o to, czy żywność powinna być towarem jak każdy inny?

Gdyby żywność miała rzeczywiście podlegać innym prawom niż pozostałe towary na rynku, co miałoby określać zasady obrotu surowcami rolnymi i produktami żywnościowymi? Najczęściej wspomina się o regulacjach mających na celu kontrolę wysokości i stabilności cen, co chroniłoby kupujących przed powtórką dramatu z 2008 r., kiedy wzrost cen przekroczył wszelkie przewidywania. Kolejnym problemem wymagającym regulacji jest dominująca pozycja międzynarodowych koncernów, na co wskazuje Olivier De Schutter, specjalny sprawozdawca ONZ ds. prawa do pożywienia. W wykładzie z 2011 r. wygłoszonym w John Hopkins Centre for Livabe Future powiedział on, że postrzeganie żywności jako towaru nie stanowi problemu. Problemem jest natomiast kształt, jaki osiągnęły dziś łańcuchy produkcji żywności, w których szczególnie silne koncerny mogą narzucać bardzo niskie ceny surowców rolnych ich producentom (rolnikom) i bardzo wysokie ceny produktów spożywczych ich odbiorcom (konsumentom). Według De Schuttera priorytetem powinno być zmniejszenie ogromnych różnic między tymi cenami.

Specjalny sprawozdawca wyjaśnia też, jak należy rozumieć sformułowanie „prawo do żywności”. Jego zdaniem chodzi przede wszystkim o pokazywanie, że głód nie jest czysto technicznym wyzwaniem dla agronomii i ekonomii, ale problemem politycznym, z którym możemy sobie poradzić tylko wtedy, kiedy rządy państw będą brały odpowiedzialność za swoje decyzje i kiedy niezależne ciała, takie jak sądy, będą miały możliwość kontrolować szkodliwość decyzji podejmowanych przez decydentów.

Szara polityczna rzeczywistość

Możliwość zaskarżania decyzji, które mają negatywny wpływ na sytuację ludzi głodujących, byłaby iście rewolucyjną zmianą. Dotychczas świat polityki i biznesu kierował się – i nadal kieruje – prawie bez wyjątku własnym interesem, nawet tego nie ukrywając. Zdaje się, że wiele państw wciąż inspiruje się słowami Richarda Nixona, który podczas kampanii prezydenckiej w 1968 r. przyznał otwarcie: „Głównym celem amerykańskiej pomocy nie jest poprawa sytuacji innych krajów, ale polepszenie naszej własnej sytuacji”. Na podobne pobudki w rodzimej polityce wskazuje raport Grupy Zagranica na temat polskiej pomocy rozwojowej w 2011 r., który jednoznacznie stwierdza, że głównym odbiorcą naszej pomocy bilateralnej (czyli niezapośredniczonej przez UE, ONZ, Bank Światowy czy inne organizacje międzynarodowe) są Chiny, do których trafia 47% przeznaczonych na pomoc innym krajom pieniędzy. Środki przekazane Chinom mają na celu zapewnienie zleceń wykonywanych tam przez polskie firmy (opłacane ze środków pomocowych), czyli są inwestycją w naszą własną gospodarkę. Cytowane na wstępie słowa Chrisa Mahoneya są tylko kolejnym dowodem potwierdzającym to, że daleko nam jeszcze do postrzegania pożywienia w kategorii praw człowieka.

Problem głodu uważano pierwotnie za niedostatek żywności. Później zaczęto go identyfikować z ubóstwem i brakiem możliwości zakupu jedzenia. Prawdopodobnie stawienie czoła temu wyzwaniu będzie nieefektywne dopóty, dopóki nie stanie się ono rzeczywistym priorytetem politycznym, a dostęp do żywności nie zostanie uznany na arenie międzynarodowej za prawo człowieka możliwe do wyegzekwowania na drodze sądowej. Wtedy można byłoby je dopisać do innych praw gwarantowanych przez tworzone w tym celu konwencje, na których straży stoją powołane do tego trybunały. Jednym z takich organów jest np. Europejski Trybunał Praw Człowieka zajmujący się rozstrzyganiem skarg międzypaństwowych i indywidualnych (te mogą składać osoby indywidualne i grupy osób) dotyczących praw zawartych w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i w uzupełniających ją protokołach dodatkowych uwzględniających nowe, dopisane później prawa. Najnowsze protokoły dodatkowe mówią o całkowitym zakazie kary śmierci i ogólnym zakazie dyskryminacji. Oznacza to, że w tych kwestiach udało się osiągnąć międzynarodowy konsensus, dzięki czemu zostały one uznane za godne dopisania do listy egzekwowalnych praw. Czy w najbliższej przyszłości uda się dodać również protokół dotyczący prawa do pożywienia? Choć nie widać zapowiedzi zmian na horyzoncie, droga do nich nie jest nigdy zamknięta.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata