70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Etyka nad techniką. Przyszłość Planety wg Kościoła

Zgadzamy się na ogromną niesprawiedliwość w świecie. Pozwalamy, żeby 20% populacji Ziemi korzystało z 80% jej zasobów. Ta nierówność wpisana w system jest grzechem społecznym i strukturalnym, ale godzimy się na nią i przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Czy można się łudzić, że rozwiązaniem jest rozwój technologii?

Marzena Zdanowska: Czy ekologia leży w polu zainteresowań Kościoła katolickiego?

o. Stanisław Jaromi: To jedno z tych pytań, na które trudno krótko i jednoznacznie odpowiedzieć. Wiele osób na podstawie relacji prasowych i wypowiedzi samych ekologów, szczególnie radykalnych, dochodzi do wniosku, że ruch ekologiczny jest daleki od myśli katolickiej. Jednak gdy przyjrzymy się bliżej oficjalnym tekstom Kościoła, zaczniemy czytać encykliki i wypowiedzi ostatnich papieży, wtedy okaże się, że ów temat jest podejmowany wprost, nie pośrednio, w setkach dokumentów.

Zainteresowałem się ekologią, kiedy jeszcze jako student seminarium zostałem poproszony o opracowanie tematu „Co Kościół katolicki mówi o ekologii?”. To była końcówka lat 80. i już wtedy udało mi się znaleźć około setki cytatów, a wśród nich były fragmenty z dokumentów wysokiej rangi, np. z encykliki Redemptor hominis. W Sollicitudo rei socialis poświęcono ekologii cały rozdział. Evangelium vitae rozważa ten problem w kontekście troski o życie. Inspirująca jest także ostatnia encyklika Caritas in veritate, która próbuje adaptować naukę społeczną Kościoła do wyzwań globalizującego się świata w dobie kryzysu. Jest w niej również miejsce na kwestie związane z troską o środowisko oraz na refleksję nad – jak to ujmuje Papież – „stanem zdrowia ekologicznego planety”.

Do tego należy dodać liczne przemówienia kierowane do rolników i do ludzi nauki. Benedykt XVI jest nazywany przez niektórych „zielonym papieżem”, ponieważ wyjątkowo często mówi o ekologii. Jego najobszerniejsza wypowiedź to orędzie na Światowy Dzień Pokoju z 2010 r., które nosi tytuł Jeśli chcesz krzewić pokój, strzeż dzieła stworzenia. Podobnie też najdłuższym tekstem Jana Pawła II poświęconym ekologii jest orędzie na Światowy Dzień Pokoju z 1990 r. Pokój z Bogiem Stwórcą, Pokój z całym stworzeniem. Jest tam wszędzie wprost napisane, że ekologia to ważne zagadnienie moralne.

Można więc odpowiedzieć jednoznacznie, że ekologia jest istotnym tematem w Kościele. Natomiast coś dziwnego dzieje się na poziomie recepcji tego przesłania. Jestem zdumiony tym, że istnieje mnóstwo omówień nauczania społecznego Kościoła czy chociażby encykliki Caritas in veritate, które podejmują wiele wątków, ale kwestie ekologiczne pomijają. Nie krytykują tez tam stawianych, tylko je ignorują. Nie wiem, czy jest to działanie świadome. Być może publicyści i komentatorzy katoliccy nie widzą w tym temacie niczego interesującego.

Dlaczego ekologia pojawia się w tych dokumentach? Jak jest definiowana we wspomnianych przez Ojca tekstach?

Kluczem interpretacyjnym może być Kompendium nauki społecznej Kościoła. Jego druga część wśród siedmiu „klasycznych tematów” nauki społecznej, takich jak solidaryzm społeczny, znacznie rodziny, relacje między pracodawcami a pracownikami czy jakość wspólnoty międzynarodowej, wymienia też troskę o pokój w świecie oraz ekologię. Ta ostatnia jest przez Kościół rozumiana dwojako. Po pierwsze, jako troska o stworzenia, czyli świat przyrody, który został nam ofiarowany przez Boga. Jest to znaczenie, z którym zazwyczaj kojarzymy ten termin. Po drugie, jest to troska o ekologię społeczną, czyli o ten fragment świata, który sami stanowimy. Mówimy więc o ekologii, myśląc o środowisku naturalnym razem z nami, wszystkimi mieszkańcami, również mając na uwadze przyszłe pokolenia. Otrzymaliśmy w darze pewien świat i mamy obowiązek przekazać go w dobrym stanie następnej generacji.

Nie jest to wcale perspektywa oczywista. Mało która filozofia traktuje ten temat tak, jak czyni to nauka społeczna Kościoła. Można przecież walczyć o ekologię, a jednocześnie występować przeciwko ludziom i dobru społecznemu. Katolicy razem z innymi ludźmi wierzącymi szukają dobrych rozwiązań zarówno dla środowiska przyrodniczego, jak i społecznego.

Jakie idee w debatach o ekologii są wkładem katolicyzmu?

Wspomnieliśmy już o odpowiedzialności międzypokoleniowej. Skoro przyroda jest darem Boga dla ludzkości, nie możemy zaanektować jej tylko dla siebie, ponieważ należy też do tych, którzy będą tu żyli po nas. Kolejnym elementem charakterystycznym dla perspektywy katolickiej jest patrzenie na środowisko razem ze wszystkimi mieszkańcami. Innymi słowy – człowiek jest częścią tego środowiska, i to bardzo ważną, nie można więc sprostać wyzwaniom globalnej ekologii bez rozwiązania problemów ludzkich, takich jak nędza i ubóstwo. Możemy o tym przeczytać w encyklice Centesimus annus. Idealnie pokazuje to przykład lasów tropikalnych w Amazonii. Miałem szczęście tam być i dopiero wtedy zrozumiałem, jak to wszystko się zazębia. Nie ma abstrakcyjnej Amazonii, jest tylko taka, gdzie od pokoleń mieszkają różne plemiona. Jest to też dom dla ludzi, którzy przyjechali później w poszukiwaniu pracy, zwłaszcza na przełomie XIX i XX w., i utrzymywali się z produkcji kauczuku. To ich świat. W wielkich debatach o „zielonych płucach Ziemi” aspekt ludzki jest często zupełnie pomijany. Na to Kościół nie może się zgodzić. Sytuacja człowieka powinna być kryterium sprawdzającym jakość rozwiązań ekologicznych. Perspektywa związana z ludźmi, zwłaszcza ubogimi, to jest kolejny wkład Kościoła katolickiego.

Następnym elementem jest perspektywa moralna, czyli w konsekwencji odpowiedzialność. Jan Paweł II w swych analizach społecznych już w latach 80. pisał o zagrożeniach związanych z pewnego rodzaju „nadrozwojem” polegającym na „nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych”. To rodzi chęć mnożenia dóbr już posiadanych oraz zastępowania rzeczy wciąż użytecznych przez inne, nowe, jeszcze doskonalsze lub aktualnie modne. Anomalia społeczeństwa konsumpcyjnego polega właśnie na tym, że produkcja jest dostosowana nie do obiektywnych potrzeb gospodarczych, ale do możliwości nabywczych konsumentów. Aby zapewnić swoim wyrobom rynki zbytu, producenci wydają gigantyczne sumy na reklamę, wskutek której klienci nabywają mnóstwo towarów niepotrzebnych, a nierzadko wręcz szkodliwych. Koszty takiej rozrzutności są wysokie. Następuje wzrost tempa wydobycia zasobów naturalnych, powstają tony odpadów i „rzeczy do wyrzucenia”. Pogarsza się prawdziwa jakość życia: jakość powietrza, którym oddychamy; żywności, którą spożywamy; środowiska, w którym przebywamy, oraz stosunków społecznych stanowiących ważną tkankę naszego życia. Można nawet mówić o nowym zjawisku kulturowo-społecznym, wyrażającym się kultem komfortu i racjonalizacji życia i prowadzącym do absolutyzacji konsumpcji w świadomości społecznej. Czyż nie tu leży źródło obecnych kryzysów? Kategoria „nadrozwoju” wydaje się oryginalnym wkładem Jana Pawła II. Odpowiada jej pojęcie „niedorozwoju”, wyrażające ogromne zacofanie Południa oraz sytuację, jak pisze Papież, „milionów ludzi, którzy stracili nadzieję”.

Z czego wynika wezwanie do odpowiedzialności w katolicyzmie? Niektórzy zarzucają cywilizacji judeochrześcijańskiej, że słowa: „Czyńcie sobie ziemię poddaną” z Księgi Rodzaju, zinterpretowała jako „róbcie z nią, co chcecie”.

Nie powinno się interpretować tych słów tak jednoznacznie i radykalnie. Choć rzeczywiście tradycja takiego odczytywania była obecna wśród chrześcijan. Jednak nie jest to jedyny biblijny model relacji między człowiekiem, Bogiem i naturą. Kiedy przyjrzymy się pozostałym księgom biblijnym, wyłaniają się z nich inne obrazy ukazujące te relacje.

Jest model rajski, w którym istnieje doskonała harmonia między wszystkimi stworzeniami. Nie ma drapieżnictwa, zabijania na pokarm, człowiek i zwierzęta żywią się roślinami – jest to stan idealny, archetyp istniejący przed pojawieniem się zła w świecie. Kolejnym obrazem jest nowe przymierze, które Bóg zawiera z istotami żyjącymi po potopie. Tworzy ono nowy porządek. Poprzedni ufny stosunek do Boga i do innych stworzeń się załamał, ale wciąż podkreślana jest troska o różnorodność istot żywych i opiekuńcza rola Boga w przyrodzie. Pobłogosławione jest owo panowanie człowieka nad ziemią, jednak należy je rozpatrywać w sensie troski o właściwą relację ze Stwórcą i Jego stworzeniem. Kolejny model związany jest z biblijnymi prorokami. We fragmencie z Księgi Izajasza czytamy, że pustynia stanie się piękną, kwietną łąką – jest w tym tęsknota za przyjściem Mesjasza mającego pojednać cały świat i zapoczątkować nowe królestwo, nowy Eden, w którym znów będzie pełna harmonia.

Mamy również model ewangeliczny, który pokazał nam Jezus Chrystus. Bóg staje się człowiekiem, staje się częścią naszego świata, częścią stworzenia, żyje w pewnym środowisku społecznym i przyrodniczym. Sam siebie powołuje do bycia nie kim innym jak pasterzem, który opiekuńczym okiem ogarnia stado powierzonych mu owiec. Na koniec ofiarowuje swoim uczniom dar Eucharystii, w którym tajemnicę wiary wyraża poprzez wino i chleb, będące, jak do dziś mówimy, owocem ziemi i pracy rąk ludzkich. Można więc wysunąć tezę o sakramentalnym wymiarze darów ziemi i świata, a przyrodzie nadać godność głosicielki Boga. Człowiek w pewnym sensie zamiast eksploatatora staje się w tych różnych modelach stróżem, gospodarzem bądź wręcz kapłanem stworzenia. Wszystkie te idee są rozwijane teologicznie w pracach, o których wspominałem na początku rozmowy.

Czy te modele są owocem nowych odczytań Biblii czy zawsze były obecne w tradycji Kościoła?

Wszystkie wspomniane obrazy można znaleźć na kartach biblijnych, choć trudno wykazać dokładnie, jak te idee w poszczególnych okresach zyskiwały bądź traciły na znaczeniu. W średniowieczu powszechnie twierdzono, że Boga można poznać przez dwie księgi – Pismo Święte i księgę natury, czyli świat stworzony. To się oczywiście zmieniało, wiek XIII zawiera zarówno tradycję franciszkańską, jak i tradycję tomistyczną, bardziej spekulatywną. Charakterystyczna dla niej hierarchia bytów była interpretacją filozofii greckiej, co pokazuje, że wizja świata i przyrody, jaką w danym momencie przedstawiał Kościół, do pewnego stopnia odzwierciedlała stan wiedzy i wyobrażeń funkcjonujących też poza nim.

W świecie chrześcijańskim bardzo długo panował model teocentryczny, co pokrywało się w czasie z systemem geocentrycznym Ptolemeusza. Wszystko tłumaczono i opisywano w odniesieniu do Boga. Początków przełomu można upatrywać w odkryciach Kopernika, ideach renesansowych, pracy Leonarda da Vinci, później Johannesa Keplera i Newtona. Zmiany zachodziły stopniowo, Newton traktował jeszcze swoją pracę jako służbę Panu Bogu. W międzyczasie powstawała na kontynencie filozofia Kartezjusza, który fascynował się mechanizmami. Przedmiotem jego kontemplacji był zegar, a nie kwiaty i gwiazdy. Mechanicyzm kartezjański stał się bardzo wpływowy w filozofii, umożliwił duży postęp w medycynie, w nauce. Pokazanie nowych możliwości badawczych sprawiło, że bariery mentalne i religijne zostały przełamane. Okazało się, że ludzkie ciało oficjalnie można kroić. Da Vinci robił to jeszcze po kryjomu. Wtedy właśnie następował proces odczarowania przyrody. Co ma znaczenie i pozytywne, i negatywne.

Pozytywne jest to, że przyroda staje się bliska człowiekowi. Stawy i lasy nie są już jak dawniej zaludnione skrzatami, topielicami, złymi duchami, których ludzie się bali. Wpływ franciszkanizmu sprawia, że przyroda staje się bezpiecznym środowiskiem, jak rodzina. Święty Franciszek mówił wprost o siostrze Księżycu i bracie Słońcu. Jednak ta odczarowana przyroda jawi się też jako tylko mechanizm, z którym można robić, co się chce. Mentalność mechanistyczna zradykalizowana przez racjonalizm oświeceniowy doprowadziła człowieka do przekonania, że może dowolnie eksperymentować z przyrodą. Nawet dziś takie tendencje są ciągle obecne w twierdzeniach, że człowiek może naprawić to, co popsuł w dowolnej skali – całej Ziemi czy nawet kosmosu.

Jak katolicyzm patrzy na to podejście mechanistyczne – „popsuliśmy, ale naprawimy”?

Nie da się ukryć, że wielu katolików uwierzyło, że to możliwe. W okresie pokartezjańskim widzimy początek rozdźwięku pomiędzy chrześcijańskim sposobem traktowania świata jako daru od Boga, gdzie my jesteśmy tylko lennikami, a przekonaniem o zupełnej autonomii ludzkiego postępowania. Postawę Kościoła należy dobrze zrozumieć. Kościół nigdy nie odrzucał nauki jako takiej, choć czasem sprzeciwiał się pewnym jej nurtom. Dziś mówimy o perspektywie fides et ratio, posługując się tytułem encykliki. Jan Paweł II pisze, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła – znów metafora przyrodnicza! – na których duch ludzki unosi się ku poznaniu prawdy. I jedno, i drugie jest ważne. Kiedy jedno jest zranione lub słabsze, wtedy już się na nich nie uniesiemy.

Jako katolicy mamy ogromne zaufanie do rozumu i zdolności twórczych człowieka, twierdzimy, że to dar od Boga. Jednocześnie wyznaczamy sobie granicę ingerencji w świat przyrody. Tą granicą jest odrzucenie biblijnej pokusy, żeby być jak Bóg. Człowiek jest twórcą, ale nie powinien chcieć być stwórcą, bo ten jest jeden.

Wróćmy jeszcze do tego, co Biblia mówi o relacji człowieka do świata, w którym żyje. Jako najważniejsze Jezus wskazuje przykazanie miłości. Być może należy to przykazanie odnieść do całego stworzenia. Za tym przemawiają obrazy pasterza, symbolika chleba i wina, które przywołaliśmy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że całościowe przesłanie Pisma Świętego powinny wyrażać słowa „Czyńcie sobie ziemię kochaną”.

Przed ludzkością pojawiają się pewne wyzwania, takie jak zmiany klimatyczne czy klęski głodu, i uzyskujemy na nie odpowiedzi ze strony nauki w postaci nowych technologii. Cechy roślin możemy zaprojektować w laboratorium. Trwają prace nad wieloma rozwiązaniami, które zminimalizują wpływ zmian klimatu. Czy nie należy z tego korzystać?

Nie znam oficjalnych tekstów Kościoła sprzeciwiających się manipulacjom genetycznym w świecie roślin i zwierząt, ale ciągle pojawia się pytanie: po co to robimy? Czemu to służy? Czy autentycznemu dobru, czy posuwamy się do tych działań tylko dlatego, że mamy techniczne możliwości? Ważna jest w tym kontekście perspektywa moralna. Jak to ujął Jan Paweł II w swojej pierwszej encyklice: prymat osoby nad rzeczą, więcej być przed więcej mieć, etyki przed techniką, miłosierdzia przed sprawiedliwością… Trzeba mieć na uwadze dobro wspólne.

W przypadku organizmów genetycznie modyfikowanych przyglądamy się, jakie nadzieje i jakie zagrożenia się z tym wiążą. Naukowcy są podzieleni. Sprawdzamy obietnice koncernów zajmujących się GMO, które nakreślają świetlaną przyszłość. Do dziś, jak się wydaje, żadna z nich nie została dotrzymana, mimo że takie rośliny są uprawiane w Stanach Zjednoczonych już od kilkunastu lat. Nie potwierdzają się zapowiedzi, że zmniejszy się zużycie nawozów sztucznych, że zlikwidujemy głód, nawet wyższa produktywność wydaje się mitem. Być może w pierwszym roku jest ona nieco większa, ale w kolejnych maleje. Natomiast potwierdza się jedno – to, że koncerny zyskują monopol na produkcję żywności. Pytamy więc, czy te cele są na tyle ważne, żeby stosować tego typu środki. Czy nie za dużo tracimy przy okazji? Na pewno tracimy różnorodność biologiczną, a wiemy już dzisiaj, że jest ona skarbem.
W Indiach uprawia się również modyfikowaną bawełnę. Tam katastrofę społeczną wywołuje związany z uprawami GMO system ich finansowania. Nasiona trzeba kupować od producenta każdego roku. Najpierw było to wpisywane do umów zawieranych między rolnikiem a firmą posiadającą patent na daną odmianę. Teraz wprowadza się do roślin gen, który sprawia, że po jednym cyklu wegetacyjnym dalsze wykorzystanie nasion jest niemożliwe, bo nie są one zdolne do kiełkowania w drugim pokoleniu. Jest to tzw. terminator technology. Widzimy więc, że w podejściu koncernów to nie walka z głodem jest priorytetem, tylko zyski.

Nacisk kładzie się w tych działaniach na technologię i prawa patentowe, pomijając tradycje rolnicze, lokalną kulturę upraw i współpracę między gospodarzami. Tworzymy rolnictwo bez rolnika i skazujemy miliony mieszkańców wsi na wykluczenie społeczne, ponieważ nie proponujemy im niczego w zamian. To jest likwidacja pewnej opcji społecznej, która funkcjonowała od zawsze. Czy warto?

Czyli znowu wracamy do wymiaru społecznego podejścia katolickiego.

Można powiedzieć, że wątpliwości pojawiają się na dwóch poziomach. Pierwszy dotyczy bezpośrednio inżynierii genetycznej i biologii. Należy zadać pytanie, czy można traktować życie w kategoriach ludzkiego wynalazku i domagać się dla niego ochrony patentowej. Czy można godzić się, aby technologia kontrolowana przez nielicznych potentatów zastąpiła naturalny cykl życia? Drugim poziomem jest poziom organizacji i funkcjonowania takich „wynalazków” – handlu, finansowania, pozycji rolnika względem firm, pozycji konsumenta, pozycji państwa, monopolu koncernów na konkretne gatunki roślin czy zwierząt.

Trochę inaczej wygląda kwestia inżynierii klimatu i technologii, które pozwolą człowiekowi adaptować się do zmieniających się warunków klimatycznych. To może być po prostu konieczność.

Kolejne wielkie projekty społeczne i regulacje upadają. Konferencja klimatyczna ONZ, która ostatnio odbyła się w Durbanie, to potężna inicjatywa mająca na celu skorygowanie negatywnych trendów w rozwoju świata. Podpisywane są tam pewne ustalenia, ale przebieg tych spotkań pokazuje, że nie ma porozumienia, brakuje troski o dobro wspólne i zwyciężają interesy partykularne. Kolejny szczyt klimatyczny był niestety porażką.

Uczestniczyłem w konferencjach ONZ w Nairobi i w Poznaniu. Mam wrażenie, że podczas takich spotkań mówi się dużo o pieniądzach i nowych technologiach, sporo o współpracy międzynarodowej i pomocy najuboższym, trochę o ekosystemach zagrożonych wskutek perturbacji klimatycznych, a najmniej o etyce, odpowiedzialności i wartości dzikiej przyrody. Ważnym słowem, które powtarzano w wielu wystąpieniach rzeczywiście była „adaptacja” oznaczająca podjęcie kroków dostosowawczych, mających na celu zminimalizowanie gospodarczo-społecznych skutków zmian klimatycznych. Podkreśla się, że na drodze do owych celów należy zastosować nowe czyste, energo- i materiałooszczędne technologie. Dużo wysiłku wkłada się w pokonanie prawno-ekonomicznych trudności w ich transferze do krajów ubogich, szczególnie afrykańskich. Tymczasem ludności państw najdotkliwiej dotkniętych zmianami klimatycznymi bardziej służyłoby porozumienie ambitne, zobowiązujące do przestrzegania protokołu z Kioto. Stanowisko Watykanu jest w tej kwestii jednoznaczne: za skażenie muszą płacić ci, którzy są za nie odpowiedzialni.

Czy jest to wystarczający powód, żeby nie podejmować działań adaptacyjnych?

Jak wspominałem wcześniej, mamy obowiązek starać się przekazać następnym pokoleniom naszą planetę w dobrym stanie. Istnieją ruchy, które promują coś, co można określić jako dobrowolną skromność. Takie grupy inspirowane myślą katolicką i duchowością franciszkańską spotkałem w Czechach, we Włoszech, w Brazylii czy USA. Mogę coś mieć, ale nie muszę. Wybieram świadomie. Czuję odpowiedzialność i wiem, że nie potrzebuję wszystkiego. Takie podejście można wprowadzać w życie na każdym kroku, choćby przygotowując święta. Czy zawsze muszą być tak wystawne? Możliwości jest szalenie dużo, ale zacząć trzeba od pewnego namysłu. Żaden program nie uda się, jeżeli człowiek będzie zaborczy i chciwy, a nie umiarkowany, dobrowolnie skromny, odpowiedzialny, solidarny.

Adaptacja to propozycja dla świata, któremu nie udało się zachować umiaru. Znowu można postawić pytanie, kto na niej zyska, a kto straci. Już rozpoczynają się spory o złoża naturalne, znajdujące się pod Arktyką. Korzystanie z tych zasobów będzie jednoznaczne z katastrofą ekologiczną dla całej półkuli północnej. Jednak dopóki nie ma katastrofy, a Arktyka jest pod lodem, nikt się na nich nie może wzbogacić.

Ci, którzy proponują adaptację jako jedyną możliwość, wykazują dużą pewność siebie. To jest przejaw wiary, że możemy popsuć, ale możemy też naprawić. Nie wiem, skąd bierze się taka postawa, przecież nie potrafimy kontrolować systemów o wiele prostszych. Przykładem może być stworzony przez człowieka sektor finansowy, którego działanie powinniśmy świetnie znać, a który wymyka się spod naszej władzy.
Musimy zastanowić się, co oznacza w tym kontekście adaptacja. Zawsze używaliśmy różnych technologii, to element ludzkiej kultury, ale istnieją pewne ograniczenia. Zaczyna nam w wymiarze światowym brakować wody, pojawiają się choroby, z którymi sobie nie radzimy, tracimy odporność.

Zaczyna też brakować ziemi, którą można uprawiać.

Na ten problem pojawiają się próby odpowiedzi ze strony nauki i techniki. Buduje się sztuczne wyspy, prowadzi eksperymenty nad produkcją roślin na alternatywnych podłożach w zamkniętych systemach. Jednak znowu można zadać te same pytania o dobro wspólne: czy to jest odpowiedź na sytuację potrzebujących? Czy to są rozwiązania dobre w wymiarze ogólnoludzkim?

Zgadzamy się na ogromną niesprawiedliwość w świecie. Pozwalamy, żeby 20% populacji ziemi korzystało z 80% jej zasobów, jak podawały raporty milenijne (choć dziś zmiany w tych proporcjach wprowadza wzrost konsumpcji liczebnych krajów Azji). Ta nierówność wpisana w system jest grzechem społecznym i strukturalnym, ale godzimy się na nią i przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Czy można się łudzić, że rozwiązaniem jest rozwój technologii?

Od lat żyjemy w sytuacji kryzysu – najpierw był to kryzys ekologiczny, później obserwowaliśmy załamanie sektora finansowego, teraz mamy kryzys totalny. W tle tych wydarzeń jest kryzys moralno-etyczny. Straciliśmy pewne priorytety, pewne wartości, dlatego dziś świat przypomina kolosa na glinianych nogach – nie wiemy, kiedy runie.


O. STANISŁAW JAROMI, OFMConv. – dr filozofii, ukończył teologię i ochronę środowiska, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu (REFA), wieloletni delegat franciszkanów ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia. Ostatnio wydał Eko-book o Eko-Bogu

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter