Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita wrzesień 2025

Wszyscy potrzebujemy ogrodów

Zawsze warto mieć coś, o co dbamy, o czym myślimy, co odwdzięczy się nam z nawiązką.

Artykuł z numeru

Uwolnić się od kultu produktywności

Uwolnić się od kultu produktywności

Piszę te słowa w środku wakacji. Otaczają mnie pola zbóż, wydaje się, że są już prawie gotowe do zbiorów. Przekwitły maki i goździki polne, zakwitły krwawniki i wrotycz, na targu pojawiły się ostatnie truskawki i pierwsze wiśnie. Lato jest kapryśne w tym roku. Susza, przelotne deszcze, zbyt krótkie, żeby ziemia napiła się tyle, ile potrzebuje.

Mój ogród, który zaczęłam zakładać jesienią ubiegłego roku, ścigając się z suszą i intensywnym wiatrem, przy ograniczonych środkach finansowych, a przede wszystkim z dużą pokorą, właśnie obdarował mnie pierwszymi nagrodami. Zebrałam rzodkiewki, sałaty, liście buraka, poziomki i zioła. Wysiewane drżącą ręką ogóreczniki wybiły w górę i są stołówką dla owadów, głównie trzmieli, odwiedzających je tak licznie, że nie mam sumienia ich ściąć. Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze rok temu była tu dzika łąka porośnięta trawą po pas, mogę być z siebie dumna. Zbiory są zbyt małe, by codziennie gotować z nich obiady, ale wystarczające, bym poczuła się zachęcona do tego, żeby kolejnego lata pójść krok dalej.

Mojemu młodemu ogrodowi mogę poświęcać jedynie weekendy. Robię więc, co mogę. Od samego początku wiedziałam, że spróbuję się dostosować do warunków, jakie tu mam: piaszczystej, kwaśnej ziemi, porośniętej sosnami, brzozami i leszczynami. Łąkom, jakie mnie otaczają, daleko do bajkowych łanów pełnych kwiatów, jakie widzimy na opakowaniach mieszanek kwietnych. To raczej suche i gęste trawy walczące ze wszystkim, co znajdzie się w ich pobliżu. Moje nieśmiałe próby przenoszenia roślin z miejsca na miejsce nawet w obszarze tej samej działki spełzły na niczym. Natura wie lepiej, po prostu.

I kiedy słucham w radiu o suszy i zagrożeniu powodziowym, mam przed oczami książki moich ogrodniczych guru. Ludzi, którzy w swoim myśleniu sięgają dalej, wiedzą więcej i próbują bardziej zawzięcie. Kupiłam książkę Wonderlands autorstwa Clare Coulson z fotografiami Évy Németh. To przepiękny album o prywatnych ogrodach największych tuzów współczesnego brytyjskiego ogrodnictwa. Wśród nich m.in. Sarah Price, Nigel Dunnett, Tom Stuart-Smith czy Dan Pearson. To, co może zaskoczyć najbardziej, to fakt, że prezentowane tu ogrody wyglądają jak dzikie, nietknięte ludzką ręką. Nie ma tam rzędów tui, hortensji czy grzecznych wielkich połaci równo przystrzyżonego trawnika. Nie ma tam niczego, co znamy z ogrodów najczęściej uprawianych w Polsce.

Dan Pearson, do którego mam największą słabość, kupił stary dom z kawałkiem ziemi, na której po sześciu latach od zamieszkania założył ogród. Jego celem było to, by żaden jego skrawek nie wyglądał sztucznie, „jak stworzony ludzką ręką”. Chciał się zarazem wtopić w otoczenie i upiększyć je, by wyglądało, jakby było tam tak od zawsze. I żeby przetrwało trudne czasy, których jesteśmy świadkami: gwałtownie zmieniającego się klimatu i posuchy. Dan Pearson, wśród swoich ogrodowych przewodników, wymienia nieżyjącą już Beth Chatto, którą można uznać za królową ogrodów żwirowych, rosnących w najtrudniejszych warunkach. Przez lata w swoich podróżach i obserwacji przyrody szukała skupisk roślin, które radzą sobie w suszy. Jej ogród, dostępny dziś dla zwiedzających, jest hołdem dla natury i inspiracją dla nas wszystkich. Bo jeśli pomyślimy o tym, co nas czeka za 10, 20 czy 30 lat, to będziemy wiedzieli, że już dziś możemy sadzić rośliny odporne. Te, które będą cieszyć nas i przyszłe pokolenia, będąc wytchnieniem i schronieniem dla wszystkich żywych istot. A żadna roślina nie rośnie w odosobnieniu.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się