Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Eliza Mórawska-Kmita luty 2026

Zagraj to jeszcze raz. Na żywo

Koncerty mogłyby być lekarstwem na receptę. W zależności od tego, gdzie i co nas boli, o czym chcemy zapomnieć lub o czym porozmawiać.

Artykuł z numeru

Walczę o życie bez strachu

Walczę o życie bez strachu

Czytaj także

Karol Kleczka

Karol Kleczka

Mniej mailowania, więcej gadania

Czy chodzą Państwo na koncerty? Siedzę właśnie w pociągu relacji Warszawa–Poznań, wracam z występu solowego Igora Herbuta i nie mogę się otrząsnąć i pozbierać. Zawsze, kiedy wychodzę z koncertu, który poruszy mnie mocniej niż zwykle, czuję, jaki to luksus móc zanurzyć się na dwie godziny w świecie artysty, zapomnieć o wszystkich własnych zmartwieniach albo – wręcz przeciwnie – uzmysłowić sobie, że ktoś ze sceny mówi nam to, czego nie chcemy widzieć i co wypieramy.

Gdy rzeczy można kupić tak łatwo, nowe albo z drugiej ręki, luksusowe lub te tańsze, w czasach szybko rozwijającej się sztucznej inteligencji, która właśnie stworzyła pierwszą aktorkę AI, kupienie biletu pozwalającego uczestniczyć w jakimś misterium wydaje mi się czymś niewystarczająco omówionym.

Koncerty mogłyby być lekarstwem na receptę. W zależności od tego, gdzie i co nas boli, o czym chcemy zapomnieć lub o czym porozmawiać. Czy potrzebujemy towarzystwa, a może raczej samotnego wyjścia, gdzie w siódmym rzędzie będziemy w spokoju przeżywać wszystkie emocje. Płakać, śmiać się, milczeć.

I mimo że zawsze były w moim życiu jakieś koncerty, jakieś sztuki teatralne, lepsze, gorsze, to jednak od kiedy czuję wszechogarniający przesyt treściami bombardującymi mnie z telefonu, radia i telewizji, muzykę na żywo zaczęłam cenić bardziej niż wszystko inne. Sama sobie jestem tym lekarzem od koncertów na receptę. I najczęściej chodzę sama. Przeżywam je jeszcze długo, siedząc później nocą na przystanku, przeglądając kilka zrobionych zdjęć, oglądając fragment piosenki.

Wracam wspomnieniami do pierwszych występów, na jakich byłam w życiu, i zastanawiam się, jak przez te wszystkie lata ewoluowało moje postrzeganie muzyki. Niewiele się zmieniło. W środku jestem wciąż tą samą osobą, która wzrusza się, płacze i nie może zapomnieć. Pozwalam sobie na to, wolno mi. Właściwie najwięcej wzruszeń doświadczyłam podczas koncertów Igora Herbuta, bo to artysta, którego na scenie widywałam najczęściej. Widziałam go na wielkiej scenie, widziałam w domu kultury, a raz nawet na pętli tramwajowej w Warszawie, gdzie wiele lat temu zorganizowano koncert świąteczny. I choć można powiedzieć, że wielkim artystom nie wypada występować w takich miejscach, to ja wiem, że na taki występ przyjdzie ktoś, kto akurat tego potrzebuje – ktoś, kto ma złamane serce albo jakąś trwogę, jakiś ból, kto w innych, tych „lepszych” okolicznościach nie miałby szansy posłuchać i się wzruszyć. I ja czułam wtedy wdzięczność, trzymając w objęciach moją malutką córeczkę, bo czas wtedy nie był dla mnie łaskawy.

A dziś wracam wspomnieniami do ostatniego koncertu Igora, na który bilety wyprzedały się pół roku wcześniej. Na te kolejne, z nowej trasy koncertowej, też już nie ma miejsc. Kiedy siedziałam w grudniu na sali koncertowej wśród osób, które czują podobnie, pomyślałam o tym, że wciąż jest dla nas nadzieja. Pomimo burz, chaosu, nadmiaru bodźców.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się