70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pluralizm debaty publicznej

Czy pluralizm debaty publicznej zakłada istnienie pewnej wspólnoty etycznej, która stanowi fundament jakiejkolwiek rozmowy o polityce? Czy wykluczanie ze sfery publicznej głosów skrajnych prowadzi do rozpadu tej założonej wspólnoty? Wreszcie czy język tragedii lub farsy – ostatnio pojawiający się dość często w debacie publicznej w Polsce – jest pierwszym sygnałem rozpadu tak opisanej wspólnoty? To tylko niektóre z problemów, jakie pojawiły się podczas pierwszego Otwartego Kolegium Redakcyjnego miesięcznika „Znak” 9 listopada 2010 roku w Krakowie. Poniżej wybrane wypowiedzi z tej debaty.

HENRYK WOŹNIAKOWSKI

Zgadzamy się wszyscy, że żyjemy w społeczeństwie pluralistycznym, w którym różnice są rzeczą naturalną. Niemniej w dyskusji o tym, co nas dzieli, często zdarza się nam wykraczać poza pewne normy publicznej debaty. Kiedy mówię o debacie publicznej, mam na myśli przede wszystkim rozmowę polityków między sobą, rozmowę, która jest oczywiście wzmacniana przez media. Kiedy zaś wskazuję na wykraczanie poza normy, myślę o czymś, co nazwałbym wykluczaniem się wzajemnym ze wspólnoty etycznej. To dokonuje się przede wszystkim wskutek nadużywania argumentacji o charakterze etycznym właśnie. Nie mówi się przeciwnikowi, że się myli, mówi mu się, że jest kłamcą; nie mówi mu się, że niewłaściwie rozpoznaje interes narodowy, lecz że jest zdrajcą – i tak dalej. Moim zdaniem ten czynnik polskiej debaty publicznej świadczy o chorobie i niedojrzałości naszego publicznego dyskursu. Problem polega na tym, że sytuacja, w której wzajemnie wykluczamy się ze wspólnoty etycznej, uniemożliwia jakikolwiek dyskurs wspólnotowy, jakikolwiek rodzaj dialogu, ponieważ z kimś, kto nie należy do naszej wspólnoty etycznej, z kimś, kto stoi zupełnie gdzie indziej, np. tam gdzie stało ZOMO, czyli nie w przestrzeni wartości, lecz w przestrzeni antywartości – w zasadzie nie da się rozmawiać. Ten ktoś jest zdrajcą, a ze zdrajcą nie da się prowadzić dialogu.

Zdrada jest pojęciem etycznym, które ma długą tradycję w polskiej historii.

Jeżeli kogoś nazywamy zdrajcą, to zakładamy, że wszystko, co my powiemy, będzie przez niego użyte przeciwko nam. Nie ma takiej możliwości, że rozmówca będzie chciał nas pozytywnie odczytać, zrozumieć i ewentualnie przyjąć jakąś część naszych argumentów. Z takim stanem wykluczania ze wspólnoty, a więc i z debaty godnej tego miana, mamy nieustannie do czynienia. To jest specyficzna cecha polskiego dyskursu publicznego. To jest coś – w mojej ocenie – groźnego, czemu trzeba się przeciwstawiać.

Druga uwaga dotyczy jednego z zadanych tematów tego spotkania, mianowicie miejsca tragedii i farsy w naszym życiu i dyskursie publicznym. Istotnie, chwilami tragedia lub farsa zdają się dominować w polskiej debacie. Ta ostatnia staje się przede wszystkim spektaklem, w którym kategorie estetyczne – i w dodatku te właśnie kategorie – odgrywają główną rolę. Nie należy jednak zapominać o tym, że choć polityka w dużej mierze rozgrywa się w słowach i w komunikacji – lub jej braku – to przecież nie sprowadza się tylko do słów i do wystąpień publicznych. Polityka jest tworzeniem pewnych sytuacji i stanów rzeczy wpływających na życie zbiorowości, zmieniających je w określonym celu. Dlatego sprowadzanie polityki do tragedii lub do farsy, czyli do spektaklu i właściwej mu estetyki – co w Polsce się często dzieje – jest zwyczajnie politycznie nietwórcze. Z tragedii i z farsy nic istotnie politycznego moim zdaniem nie wynika, tragedia i farsa spełniają się same w sobie, nie mają dalszego ciągu. Możemy mówić o tragicznej katharsis, którą wielu Polaków przeżyło np. po katastrofie pod Smoleńskiem, ale choć miała ona wiadome reperkusje w życiu publicznym, z polityką to nie miało wiele wspólnego. Chyba że redukuje się politykę do wymiaru walki o władzę. Przy założeniu takiej redukcji bowiem wszystko staje się polityczne, bo wszystko może stać się bronią do niszczenia przeciwnika. To samo dotyczy też farsy, która jeszcze wyraźniej wskazuje na pewien pozór polityki. Farsa jest sztuką dworską, w której sprawy państwa są zastąpione przez dworskie intrygi, najważniejsze jest to, kto komu co szeptał do ucha. Zarówno tragedia, jak i farsa są zjawiskami, których w życiu publicznym i w debacie publicznej należy unikać, ponieważ – nie przeczę – bywają estetycznie satysfakcjonujące, natomiast politycznie są jałowe.

Na zakończenie podzielę się jeszcze jedną myślą. Jest takie powiedzenie łacińskie, które uważam za niesłychanie mądre: Corruptio optimi pessima. To znaczy, że kiedy to, co najlepsze, się zepsuje, wtedy robi się czymś najgorszym. Ale sentencję tę można odwrócić i powiedzieć, że to, co najgorsze, niesie też odblask tego, co najlepsze, z którego się być może wywodzi. I to bym odniósł do jednej z przypadłości naszego dyskursu, w którym tak trudno o porozumienie. Otóż jest w naszym narodzie – wracam tu do początku mojej wypowiedzi – jakaś niespełniona tęsknota właśnie do etycznej wspólnoty. Do pewnego rodzaju jedności, która ma oczywiście charakter utopijny. Ale ona wywodzi się w dużej mierze z pięknej pamięci. Starsi spośród nas pamiętają doświadczenie Solidarności, tej pierwszej Solidarności, która mimo różnych rysujących się w tym ruchu podziałów była jednak doświadczeniem wspólnoty, doświadczeniem jednoczącym o wielkiej sile. Ta pamięć w jakimś sensie istnieje do dziś, a ja mam wrażenie, że może się ją nawet dziedziczy z pokolenia na pokolenie. I często jest tak, że różne przypadłości naszych debat, właśnie w sytuacji, kiedy odmawiamy sobie prawa do zajmowania miejsca na wspólnej „etycznej platformie”, wynikają z tej niespełnionej tęsknoty i do końca niemożliwej do spełnienia potrzeby etycznej jedności, która ma piękne i bardzo szlachetne źródło. Tylko trzeba sobie zdać sprawę, że takie wydarzenia jak pierwsza Solidarność, są jak wspaniała błyskawica, która rozświetla niebo i która powinna pozostać w pamięci, ale po prostu nie może trwać długo, podobnie jak inne momenty przełomu, chwile nadzwyczajne, osobliwe w fizycznym sensie tego terminu. Chodzi natomiast o to, żeby wspomnienie, które po tych chwilach pozostało, było wspomnieniem twórczym, to znaczy takim, które nie odrzuca, lecz przeciwnie – buduje możliwości porozumienia. I tutaj mamy do czynienia z dialektyką tego, co najlepsze, i tego, co najgorsze, którą dobrze mieć w pamięci i którą warto w naszych dyskusjach rozbrajać, odwołując się zawsze do tego, co najlepsze.

JAN HARTMAN

Nie przyłączam się do głosów lamentu nad stanem polskiej debaty publicznej i nie sądzę, żeby działo się w tej chwili coś bardzo niepokojącego. Współczesna agora oznacza w gruncie rzeczy publikowanie artykułów w gazetach i występowanie w radiu i w telewizji, a zasadą ich działania jest biznes, maksymalizacja zysków. Oczywiście, ta przestrzeń zbliża się coraz bardziej do tego, jak wyglądają rozmowy na ulicy, ale nie ma w tym – moim zdaniem – nic dziwnego ani szczególnie złego.

Dawniej rzeczywiście było inaczej. Wyobrażaliśmy sobie, że przestrzeń publiczna, debata publiczna, będzie w jakiś sposób zarezerwowana dla ludzi, którzy mają pewną wiedzę, kulturę osobistą i tak dalej, a ludzie z ulicy nie będą tak łatwo dopuszczani do głosu. Pewnie i dziś dojście do głosu nie jest całkiem łatwe, ale jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej dla reprezentantów tzw. ludu – w tym również samych dziennikarzy i innych uczestników debaty publicznej, którzy przekonująco odgrywają rolę takich reprezentantów. Kiedy w XVIII i XIX wieku rodziły się media, były zarezerwowane dla wąskiej grupy kulturalnej publiczności, czyli zaledwie paru procent populacji. Dzisiaj korzystają z nich właściwie wszyscy, co nie znaczy, że wszyscy robią to w ten sam sposób.

Czasem doświadczamy pewnego złudzenia, kiedy mówimy, że media – np. „Gazeta Wyborcza” – mają charakter opiniotwórczy. Mają, ale tylko w zakresie jednego, dwóch milionów obywateli. Pozostali albo w ogóle nie czytają tego typu gazet, albo nawet nie wiedzą, że takie istnieją. Gdy pytam studentów, jakie są w Polsce gazety, to zwykle poza „Faktem” i „Super Expressem” nie potrafią wymienić żadnego tytułu. I nie mówię tego z jakimś szyderstwem, bo już dawno się przekonałem, że nasze wyobrażenia o roli inteligencji, o jej społecznym znaczeniu, są zwykle przesadne i fałszywe.

Dawniej debata publiczna była w tym sensie kulturalna, że mieliśmy tylko tzw. quality newspapers, takie jak powiedzmy dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”, a nawet wtedy, kiedy pojawiła się telewizja, była ona skierowana w dużym stopniu do inteligencji. Dzisiaj natomiast żyjemy w demokracji i ludzie występujący w telewizji, radiu i gazetach gadają, co im ślina na język przyniesie. Co więcej, w mediach pracują ludzie, którzy sami chcą występować w roli komentatorów, a środowisko dziennikarskie rekrutuje się z – powiedziałbym – warstw drobnomieszczańskich i jest dość reprezentatywne, jeśli chodzi o społeczeństwo jako całość. To wszystko stwarza wrażenie dziwnej magmowatości, gdyż media się robią przez to do siebie podobne, a zwłaszcza stacje telewizyjne. W mediach występują tysiące ludzi, a inteligencja, zepchnięta do narożnika kilku czasopism, jednej gazety codziennej i jakiegoś jednego niszowego kanału telewizyjnego, czuje się trochę osaczona i popada w iluzję, że coś się bardzo złego stało z debatą publiczną. Patrząc zaś na te sprawy chłodnym okiem, można stwierdzić, że tak jak dawniej były poważne, opiniotwórcze gazety, w których toczyła się racjonalna i wyważona dyskusja, tak istnieją one i dzisiaj, tyle że o ile dawniej błyszczały jasnym światłem nad jakimiś nędznymi bulwarówkami i brukowcami, o tyle dzisiaj ta przestrzeń mass mediów ludowych całkiem zdominowała krajobraz, przez co te niewielkie klejnociki ambitnych czasopism są po prostu mało widoczne. Więc nie mylmy naszych kompleksów z rzeczywistością, nie pozwólmy im rzutować na naszą ocenę przestrzeni publicznej w ogóle. Po prostu dzisiaj widać, co ludzie myślą, bo oni przychodzą do gazet, do telewizji i tam ich widać.

Możemy mówić o jeszcze jednym zjawisku, poza tą deprecjacją wyższej kultury życia publicznego. W komunie żyliśmy w bardzo infantylnym stosunku mentalnym. Mianowicie wyobrażaliśmy sobie, że świat możemy opisywać za pomocą przeciwstawienia: „oni”, czyli głupia komuna, i jacyś „my”. I ten dualizm wystarczał nam za całe myślenie polityczne. Potem przyszła wolność i wszyscy zajęliśmy się udawaniem Zachodu, czyli przystosowywaniem się do nowych warunków, ale tak naprawdę wszystko było trochę na niby, gdyż prawdziwym życiem był dla nas Zachód. Wszyscy albo chcieli zagranicznych rzeczy, albo chcieli wyglądać jak ludzie z zagranicy lub pojechać tam na jakiś czas. Łączyło nas to wspólne narodowe zadanie stania się Zachodem. Ale niestety ten złoty okres adolescencji demokratycznej już się skończył i wchodzimy w dorosłość. Zaczynamy wieść autentyczne życie polityczne, w którym dochodzą do głosu autentyczne podziały – mogą one czasem prowadzić do zachowań skrajnych, bijatyk na ulicach, wybijania szyb, a nawet rewolucji. Zdarzenia radykalne są normalną rzeczą w życiu publicznym. Do tej pory mieliśmy taką dyspensę na dojrzewanie, a teraz wracamy do normy.

Niemniej, moim zdaniem, Polacy są narodem dość spokojnym i łagodnym. Dużo przeszli i nie lubią, jak się ktoś za bardzo awanturuje, ciska, jak ktoś ich życiową stabilizację podważa, zagraża im. To jest już społeczeństwo w dużej mierze mieszczańskie, które ceni sobie spokój i bezpieczeństwo, nie przepada za wszelkiej maści wariatami i nawiedzeńcami.

Małe miejscowości, społeczności wiejskie, które znam, zmieniają się w społeczności drobnomieszczańskie, czyli takie, które zajęte są aspiracjami emancypacyjnymi – pracą nad awansem społecznym. Istotą drobnomieszczańskiego społeczeństwa jest to, że żyje ono na dorobku i marzy o bogaceniu się. I to nie jest nic złego. Wręcz przeciwnie, społeczeństwo drobnomieszczańskie jest o wiele bardziej stabilne, o wiele bardziej odporne na rewolucje i zaburzenia niż ludowo-proletariackie. W związku z tym – wracając do poprzedniego wątku – te wszystkie zjawiska gwałtowne i brutalne w przestrzeni publicznej w Polsce, z którymi czasem się spotykamy, choć będą się zapewne nasilać, bo były z przypadkowych przyczyn przez dłuższy czas nienaturalnie tłumione, nie osiągną tych rozmiarów, co w Polsce przedwojennej, a nawet tych, jakie możemy obserwować we Francji, o której nieustannie słyszymy, że jest krajem wewnętrznie zrewoltowanym.

Ale oczywiście mamy w Polsce parę milionów oszołomów, fanatyków, nienawistników, frustratów, którzy mówią, że rząd to jest spisek żydowski. Są ludzie, którzy zaakceptowaliby jedynie rządy religijnych fundamentalistów nienawidzących demokracji liberalnej, ponieważ nie jest to ustrój, w jakim mieliby absolutną, autorytarną władzę. Jest też – rzecz jasna – wielu polityków, którzy właśnie na takich zrodzonych z frustracji i mitomaństwa nastrojach budują kapitał polityczny. Tylko że zawsze tacy ludzie byli, są i będą. Zresztą dotyczy to każdego kraju, tyle że Polska jest jeszcze krajem na dorobku i u nas to jest 20 , a może nawet 30 procent ogółu społeczeństwa, a na Zachodzie 5 do 10 procent. Ale wierzę, że będziemy do tego zachodniego odsetka powoli dochodzić. Analfabetów, prymitywów, prostaków i wariatów, szaleńców i antysemitów będzie coraz mniej i zostanie nam społeczeństwo mieszczańskie, z grubsza podzielone na to bardziej konserwatywne, obyczajowo tradycyjne i takie bardziej nowoczesne, wyzwolone. Ale to są już zupełnie niegroźne podziały, żadną destabilizacją nie zagrażające.

Co więcej, powiedziałbym, że podziały są czymś jak najbardziej naturalnym, a nawet że w debacie publicznej możemy bez obaw stosować retorykę etycznego wykluczenia: wy nie macie zdolności honorowej, ja wam ręki nie podam, ja z wami gadać nie będę. Nie mam żadnego problemu z tym, żeby tak stawiać sprawę. Zresztą moim zdaniem nie ma w tym stanowisku niczego nadzwyczajnego, bo wszędzie są ludzie, z którymi nie należy gadać i z którymi gadać nie chcemy. Napomnienie, żebyśmy wszyscy wzajem się szanowali, jest słuszne, ale traktowanie go jak dogmatu prowadzi prostą drogą do hipokryzji lub terroru fałszywego, wymuszonego szacunku dla wszystkiego, nawet tego, co na szacunek żadną miarą nie zasługuje jak zabobon, paranoja, insynuacje, pogarda czy nienawiść. Mam nadzieję, że jesteśmy szczerzy i autentyczni i nie będziemy gadać ze wszystkimi tylko dlatego, że niby tak wypada. Jest mnóstwo ludzi w Polsce, z którymi nie należę do jednej wspólnoty etycznej, ręki im podać nie chcę, nie przyznaję im żadnej zdolności honorowej i uważałbym, że byłbym cyniczny, gdybym to robił w imię jakiegoś ideału nadrzędnej zgody i wspólnej odpowiedzialności za państwo czy czegokolwiek. Nie przypisuję im zdolności ani chęci kierowania się ideałami politycznymi. Nie ma nic złego w tym, że się wyklucza kogoś, byleby się wykluczało właściwą osobę czy grupę. Idiota, fanatyk i paranoik nie zasługują na nic innego, zwłaszcza gdy są jadowici i agresywni. Na razie brak nam trochę, zwłaszcza w mediach, tej zdolności etycznego wykluczania, ale kiedyś, jak obrośniemy w piórka i poczujemy się pewniej, nauczymy się i tego.

RAFAŁ PROSTAK

Podzielam rezerwę Profesora Hartmana i również nie zachęcam do bicia w dzwon. Nie sądzę, aby poziom rywalizacji w naszym życiu politycznym, bardzo ostrej konkurencji i konfliktu był zagrożeniem dla stabilności naszego ustroju. Polityka to szczególna dziedzina życia, która swe siły witalne czerpie z dwóch źródeł – rywalizacji i współpracy.

Politykę można bowiem definiować jako ogół działań związanych z dążeniem do zdobycia władzy oraz do jej utrzymania. Konflikt, często bardzo ostry, jest więc wpisany w aktywność polityczną, jako że uprawianie polityki jest grą o sumie zerowej – gdy ja posiadam władzę, ty jesteś jej pozbawiony – stanowiska polityczne i prawna zdolność podejmowania decyzji władczych to dobra niezwykle rzadkie.

Jednakże istnieje alternatywne rozumienie polityki. Polityka to działanie, w którego efekcie dochodzi do uzgodnienia interesów różnych grup społecznych poprzez przyznanie im właściwego udziału w podejmowaniu decyzji zbiorowych, proporcjonalnie do ich znaczenia.  Polityka to sztuka wypracowywania porozumienia (swoistego modus vivendi) warunkującego przetrwanie i dobrobyt wspólnoty politycznej.

„Polityka rywalizacji” ma tę przewagę nad „polityką współpracy”, że zdecydowanie szybciej osiągamy dzięki niej satysfakcję; łatwiej nam uwolnić tę niezwykłą energię; wzmocnić  przeświadczenie, że jesteśmy twórcami rzeczywistości, w której funkcjonujemy, nie zaś tworzywem w ręku innych. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. W atmosferze ostrej rywalizacji z przeciwnikiem politycznym mogę wykazać swoje pełne zaangażowanie oraz poddać próbie lojalność towarzyszy politycznych – ważne wartości w polityce. Mówiąc krótko, polityczna rywalizacja pozwala mi poczuć, że rzeczywiście jestem zwierzęciem politycznym.

I to jest sytuacja normalna, a do pewnego stopnia nawet zdrowa, o ile tylko będzie zrównoważona przez konkurencyjne rozumienie polityki w duchu Arystotelesa, który widział w niej poszukiwanie porozumienia ponad podziałami, jedności w wielości, wreszcie – dążenie do wspólnego działania w imię dobra wspólnego.

Uczestnika polityki współpracy czeka zadanie zdecydowanie trudniejsze. Wymaga bowiem stworzenia konkretnej wizji dobra wspólnego, wyobraźni pozwalającej zbudować spójny obraz Polski, na przykład, za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Pozyskanie akceptacji dla własnej propozycji wymaga niezwykłego wysiłku, cierpliwości oraz otwartości na propozycje innych uczestników polityki. Trzeba pokonać w sobie pokusę dyktatu i zaangażować się w dialog, często żmudny i wręcz irytujący.

Może więc źródłem naszych współczesnych problemów z polityką jest właśnie „czynnik czasu”. Polityka rywalizacji pozwala nam szybko osiągnąć ów stan politycznego spełnienia. Szybko uzyskujemy satysfakcję, dowód, że „mieliśmy rację”. Szybko wprowadzamy się w stan swoistej ekstazy. Wygrywamy wybory – bezsprzecznie akt rywalizacji politycznej – lecz co to naprawdę oznacza? Co się rzeczywiście stało? Zwyciężyliśmy. Zmonopolizowaliśmy, na pewien czas, dostęp do władzy, mamy ją we własnych rękach. Inni jej nie mają. Ekstaza, niesamowite emocje, które dzielą z nami nasi wyborcy, nierzadko z wyższością spoglądający na elektorat politycznych konkurentów. Przypomnijmy sobie nasze reakcje w czasie ostatniego wieczoru wyborczego. Co wtedy czuliśmy? Czuliśmy w ustach nektar zwycięstwa lub gorycz porażki. Emocje bezwzględnie wzięły górę nad rozumem. Zarówno tryumfalizm i ulga zwycięzcy, jak i wściekłość oraz lęk przegranego są nieracjonalne.  Pokonani w walce wyborczej zarzucają tryumfatorom, że brak im spójnej wizji Polski, że ich program wyborczy jest „księżycowy”, że ignoruje potrzeby ważnej części polskiego społeczeństwa. Czy należy się tym jednak przejmować? Czy tego samego nie można powiedzieć o propozycjach przegranych? Na szczęście wybory odbywają się na tyle często, że szansa na kolejne ekstatyczne uniesienie pojawi się już niebawem. Koncentracja na kalendarzu wyborczym zapewne wydłuża polityczny żywot, lecz skraca czas na myślenie o dobru wspólnym.

Deficyt cierpliwości, ufności w rozumność politycznych konkurentów i zwyczajnej empatii powoduje rezygnację z polityki współpracy.

Co z tym począć? Nie ma innego wyjścia jak zwielokrotnić wysiłki na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego, którego słabość w Polsce nie stanowi żadnego problemu dla polityki rywalizacji. Jeśli brak nam rzeczowej debaty publicznej w życiu politycznym, dyskusji nad dobrem publicznym, to musimy znaleźć dla niej miejsce poza parlamentem. I w żadnym razie nie jest to odrzucenie polityki jako takiej. Żyjemy bowiem w republice, czyli w rzeczywistości, w której podmiotem polityki są obywatele. To my jesteśmy tymi obywatelami. Tęsknota za „lepszą polityką” jest mirażem społeczeństwa, które woli pozostać bierne i swą apatyczność przerywa jedynie po to, by wyrazić negatywną opinię o „klasie politycznej”, o jej brutalnym języku i moralności.

Musimy jednak pamiętać, że nie unikniemy podziałów i rywalizacji. Tu nie chodzi o zastąpienie rywalizacji współpracą. Chodzi raczej o równowagę, o balans. Tych, którzy marzą o pełnym zwycięstwie polityki konsensusu, współpracy, słusznie nazwać możemy utopistami. Tęsknota za republikańskim, Russowskim ideałem przezwyciężenia podziałów i osiągnięcia jednomyślności co do celów, wartości i wizji powszechnego dobra jest niebezpiecznym mirażem. Tu nie chodzi o to, aby osiągnąć stan, który towarzyszył chociażby budowniczym wieży Babel – wspólny język, wspólne marzenie, wspólny cel, pełna jednomyślność i całkowite poświęcenie realizacji wspólnego przedsięwzięcia. Taki postulat jest niebezpieczną ułudą. Trwała jednomyślność jest bowiem zabójcza dla wolności. To wielość języków, rozumianych jako rywalizujące ze sobą systemy wartości, odmienność opinii i postaw oraz interesów decydują o dialogicznej naturze polityki.

Tak więc chodzi o balans. Nieakceptowalny dla wielu język polityki, narastająca agresja słowna, brak rzeczowej dyskusji, gorszące opinię publiczną rozgrywki personalne i brak dalekosiężnego spojrzenia słusznie rodzą nasz sprzeciw. Nie oznacza to jednak, że w Polsce mamy kryzys polityki jako takiej, chyba że uznamy jej zbalansowaną dwuwymiarowość (rywalizacja i współpraca) za stan naturalny, a wszelkie wychylenie w kierunku jednego z biegunów za aberrację. Wtedy zgoda.

KAROL KLECZKA

Niestety nie podzielam Państwa optymizmu. Mówię to z perspektywy człowieka młodego, reprezentującego pokolenie dopiero co wchodzące na dzisiejsze agory. Żyję
w społeczeństwie zatomizowanym, społeczeństwie młodych dramatycznie poszukujących własnej tożsamości, zagubionych pośród wielości rozwiązań. Jestem członkiem pokolenia, któremu w dużej mierze wybory etyczne wydają się obce, zaś podstawowym kryterium identyfikacji pozostaje płytka estetyka, o której wspominał Henryk Woźniakowski. Podobnie jak on nie widzę w tym niczego dobrego.

Kategoria zdrady, jaką się posłużył, jest bowiem pojęciem zestetyzowanym, wartościującym negatywnie, opierającym się na retoryce wykluczenia. Tak też rozumiem głos doktora Rafała Prostaka. Brakuje rzeczowej debaty już na najniższym poziomie komunikacji. Grupy, w ramach których przyszło nam funkcjonować, w wielu wypadkach pozostają dysfunkcyjne ze względu na obcość. Nie potrafią wypracować swoistego tertium comparationis. Przede wszystkim dlatego, że brakuje im samokrytyki. A właśnie w niej widzę konieczny warunek owocnej dyskusji będącej wymianą argumentów z poszanowaniem racji strony przeciwnej.

Oczywiście są grupy stawiające się poza dyskusją, dokonujące samodzielnego wykluczenia. Tutaj niewątpliwą rację ma profesor Hartman. Wydaje się jednak, że ten kluczowy element debaty publicznej profesor przedstawia dość jednostronnie. Być może dokonam tu pewnego nadużycia, ale odczuwam, że za jego słowami kryje się popularny podział na „młodych, wykształconych, z wielkich miast” oraz „starych, analfabetów, z prowincji”. Lecz starcie świata „młodych” i „starych” nie jest wojną pozytywnie rozumianego postępu z uwsteczniającym konserwatyzmem. Ten powtarzający się konflikt przybiera całą gamę barw, zależnie od nasilenia. Przywołam chociażby trwałe w pamięci Polaków konflikty o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Przyznam szczerze, że radykalizacja zachowań po jednej, jak i po drugiej stronie uniemożliwiły mi dokonanie jakiejkolwiek oceny prócz negatywnego odniesienia do obu stanowisk spornych, między którymi w zasadzie nie widzę różnicy. Obie grupy były niebezpieczne, bo same zamykały się na dialog. Podobną sytuację możemy obserwować widząc z jednej strony zwolenników pewnego posła z Lublina, a z drugiej – marsze z pochodniami. Zresztą można wymienić wiele takich przykładów. Pod względem formalnym okopy Świętej Trójcy są zaskakująco bliskie nowym, wspaniałym światom.

Największe zagrożenie stanowi zatem radykalizacja postaw. Nie pluralizm, lecz momenty krańcowe, tak po lewej, jak i po prawej stronie agory. Momenty, które uniemożliwiają dokonanie oceny na wyższym poziomie abstrakcji, które zamykają usta przeciwnikowi. A dialog w świecie pełnym często sztucznych podziałów jest nieodzowny. Dialog, który poszukuje wymiernego efektu, zatem jest gotowy na kompromisy. Dialog fundujący civitas, społeczeństwo obywatelskie.

PAWEŁ SŁOŃ

Demokracja to efekt sprzężenia dwóch idei: z jednej strony władzy ludu, a z drugiej –  reprezentacji. Nieraz dochodzi między nimi do konfliktu, czego najlepszym przykładem są ruchy populistyczne przeciwstawiające sobie złe, oderwane od społeczeństwa elity oraz wyposażony w możliwość artykułowania woli powszechnej lud. Pojawienie się takiego ruchu na scenie politycznej jest znakiem ostrzegawczym, że coś w demokracji szwankuje, co można było obserwować w Austrii (niezadowolenie z politycznego klientelizmu) lub we Francji (nierozwiązany problem imigrantów). Jeżeli partia populistyczna czy ekstremistyczna zdobywa 15 procent głosów w wyborach to znaczy, że trzeba się poważnie zastanowić. Wzajemne wykluczanie z dyskursu politycznego pojawia się też na Zachodzie, jednak nie jest częścią dyskursu największej opozycyjnej partii w danym kraju, co ma miejsce w Polsce.

Natomiast pojawia się pytanie, co powoduje, że aż tyle osób posługujących się taką wykluczającą retoryką zasiada w ławach Sejmu czy Senatu. Wydaje mi się, że zanadto skupiono się w naszej dyskusji na mediach, tymczasem kluczowym problemem jest system rekrutacji elit partyjnych. Nie wiem, czy ktoś z zebranych na sali należy do młodzieżówek partyjnych, jednak z tego co wiem, sytuacja we wspomnianych organizacjach nie napawa optymizmem. Najmłodsi działacze są częstokroć o wiele bardziej radykalni w retoryce i nienawiści do oponentów politycznych niż starsi. Inną sprawą jest to, że kumoterstwo i personalne wojenki między działaczami uniemożliwiają wybicie się młodym i zdolnym.

Odnosząc się do kategorii optymizmu i pesymizmu, jakimi posługiwał się profesor Hartman, chcę zauważyć, że operowanie takimi pojęciami w polityce może być dość niebezpieczne.

Filozofowie mogą się pokłócić o refleksje o takim życzeniowo-opiniotwórczym charakterze, jednak polityk musi reagować na realne i potencjalne zagrożenia.

W tym momencie nie ma miejsca na pesymizm czy optymizm, ale chłodny i obiektywny realizm.

Przestrzegałbym też przed ślepym wpatrywaniem się w Zachód i popadanie w taki błogi stan ducha wyrażający się konstatacją, że „tam jest świetnie, a jedynie kwestią czasu jest gdy znajdziemy się na takim etapie rozwoju jak Niemcy czy Francja”. Dynamika ponowoczesnego świata jest na tyle duża i nieprzewidywalna, że ze zdwojoną mocą powinniśmy obserwować co się wokół i u nas dzieje oraz w porę na to reagować. Historyczny determinizm wyszedł z mody lata temu i nigdzie nie jest zapisane, że skazani jesteśmy na kwitnącą gospodarkę, demoliberalny ustrój czy społeczny spokój.

Przed Polską stoją niemałe wyzwania – dość wspomnieć reformę finansów publicznych, problem imigrantów czy starzejącego się społeczeństwa. Podobnie jest z ekstremizmami. Należy podchodzić do nich z należytą ostrożnością i dystansem. Trzeba głośno mówić o niesłuszności takich poglądów i bacznie obserwować ich rozwój, ale delegalizowanie takich ugrupowań czy wykluczanie ich z politycznej debaty przynosi więcej szkody niż korzyści. Dlatego w kwestii ekstremizmów – jak i innych mniej lub bardziej realnych zagrożeń – nawoływałbym do zdroworozsądkowego podejścia i politycznej rozwagi. A tych – jak mi się wydaje – nieraz u nas brakuje.

BENIAMIN BUKOWSKI

Moim zdaniem trudno w ogóle mówić o poziomie debaty publicznej w Polsce – zbyt łatwo tu o sądy krzywdzące, często uciekające do stereotypów. Choć daleko nam w tym względzie do społeczeństw zachodnich, staliśmy się narodem wielogłosowym, co znajduje swój oddźwięk w dyskursie.

Oczywiście otrzymujemy też pewne sygnały alarmowe. Bardziej od samej kultury języka  (która skądinąd wydaje się w ostatnich latach nawet mniej zaciekła) niepokojący jest poziom merytoryczny dyskusji odbywającej się na najwyższych szczeblach władzy. O ile uciekanie się do sloganów i populistycznych haseł to nic nowego, o tyle widoczny niski poziom kompetencji osób zabierających głos jako reprezentanci społeczeństwa nie napawa optymizmem. Mimo to taki kurs dziwić nie powinien – pamiętajmy, że ceną rozwiniętej demokracji jest nieuchronne obniżenie standardów publicznej debaty poprzez dopuszczenie do niej ludzi niekoniecznie obdarzonych odpowiednimi predyspozycjami. Tego problemu nie da rozwiązać się bez wdrożenia jasno określonych kryteriów, a także systemu ich egzekwowania. Ceną obecnej sytuacji jest też pewna bezideowość, choć to – patrząc na radykalność nurtów skrajnych – martwić nas nie powinno.

Opiniotwórczy mainstream pozostaje w pewnym bezruchu: nawet osoba średnio zorientowana w polityce bez trudu określi polityczny światopogląd ważniejszych mediów. A jednak podziały te wydają się dość powierzchowne. Telewizyjne dzienniki, portale internetowe i tabloidy częściej donoszą o kolejnych przejęzyczeniach i skandalach obyczajowych polityków, niż o problemach pierwszoplanowych. Debata publiczna uzupełniania jest jednak przez liczne fachowe czasopisma, jednorazowe wydarzenia, debaty, oddolne inicjatywy. Otwarte kolegium redakcyjne „Znaku” jest zresztą żywym tego dowodem. Choć daleko nam do zadowolenia, to w przeprowadzonych nie tak dawno badaniach świadomości politycznej młodzieży, Polska uplasowała się na jednym z czołowych miejsc w Europie. Jeśli gdzieś tkwi problem, to przede wszystkim upatrywałbym go w fakcie niemożności przebicia się konstruktywnych głosów do powszechnej świadomości.

Wydarzenia sprzed kilku miesięcy – spór obrońców i przeciwników krzyża na Krakowskim Przedmieściu – paradoksalnie pokazują zdolność Polaków do działania w przestrzeni publicznej. Jednocześnie – na czym skoncentrowała się większość opinii komentatorów – obnażają jego powierzchowność. Wszak niczym w muzyce polifonia wybrzmi właściwie dopiero przy umiejętnej koordynacji poszczególnych głosów.

ANDRZEJ BRYLAK

Wyraźne polepszenie się sytuacji ekonomicznej, stabilna pozycja na arenie międzynarodowej, przewidywalna polityka krajowa, respektowany system prawny. Tak, to opis Polski po ponad dwudziestu latach transformacji. Mógłby on jednak brzmieć zupełnie odwrotnie. Decydujący podział polityczny w dzisiejszej Polsce, to podział na zadowolonych i niezadowolonych. Wspólnota niezadowolonych, która jest katalizatorem tego, co nazwaliśmy „Tragedią i farsą w życiu publicznym”, jest podzielona ideologicznie, klasowo i ze względu na wiek. Mimo tych podziałów za trzon tej grupy uznawanych jest „parę milionów oszołomów fanatyków, nienawistników i frustratów”. Ludzie ci są – można powiedzieć – najbardziej ortodoksyjni w swoim pesymizmie, nie mogą cieszyć się polskimi przemianami, nawet jeśli je dostrzegają, ponieważ negowałoby to ich rolę i diagnozę. Grupa radykalnie niezadowolonych, kwestionująca demoliberalny ład jest wciąż większa niż w starych demokracjach. Ich sposób myślenia jest produktem pewnej epoki. Epoki, która jak słusznie zauważył prof. Jan Hartman, przechodzi do historii na naszych oczach. Jednak radykalnie niezadowoleni, nadal w dużym stopniu kształtują dyskurs publiczny. Nie należy ich lekceważyć. By zrozumieć sytuację, w jakiej znajduje się Polska tu i teraz, musimy zrozumieć skąd się wzięli. Mowa tu o ludziach na ogół wykluczonych z pozytywów transformacji, z racji swojej pozycji społecznej i ekonomicznej, pozbawionych możliwości przyglądania się dobrym skutkom przemian. Nieprzypadkowo reprezentant radykalnie niezadowolonych ma dla nas twarz staruszka. Ludzie starsi są jedną z najbardziej społecznie wykluczonych grup we współczesnej Polsce. Zasadnicze pytanie to, czy istnienie grupy niezadowolonych z przemian, wykluczonych jest koniecznym skutkiem transformacji, czy efektem transformacji przeprowadzonej tak a nie inaczej? Osobiście uważam, że nie było możliwości uniknięcia pojawienia się takiego sposobu myślenia, dlatego jego zniknięcie będzie prawdziwym domknięciem transformacji. Kolejne pokolenia mają wysokie aspiracje, a te kłócą się z radykalizmem. Podział na zadowolonych i niezadowolonych jest powodem, dla którego brak w Polsce jasnego kryterium podziału politycznego. Nie mamy prawicy i lewicy, bo ani PiS nie jest partią prawicową, choćby ze względu na program gospodarczy, ani PO nie przyznaje się do braku ideologii. Sukces tych partii polega na wykorzystaniu omawianego podziału.


HENRYK WOŹNIAKOWSKI, publicysta, tłumacz, prezes SIW ZNAK

JAN HARTMAN, filozof, publicysta, profesor UJ

RAFAŁ PROSTAK, dr politologii, wykładowca WSE im. ks. J. Tischnera w Krakowie

KAROL KLECZKA, redaktor „Pressji”, student filozofii UJ

PAWEŁ SŁOŃ, student politologii UJ

BENIAMIN BUKOWSKI, student MISH UJ

ANDRZEJ BRYLAK, student judaistyki UJ

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata