70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zawsze jest trzecie wyjście

Prawda o Bożej Opatrzności jest taka, że swoją opiekę nad nami Bóg sprawuje jako nad takimi, jakimi nas stworzył, a stworzył nas istotami rozumnymi, zdolnymi do wzajemnej solidarności, zdolnymi do podjęcia odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych

O. JACEK SALIJ: Kiedy myślę o Opatrzności, przypomina mi się najpierw, zapisana przez Ksenofonta, piękna rozmowa Sokratesa na temat bogów. Sokrates krok po kroku pokazuje Eutydemowi, że my, ludzie, jesteśmy przedmiotem szczególnej życzliwości i opieki ze strony  bogów. Z kolei Platon był tak głęboko przekonany o związku wiary w sprawowaną przez bogów opatrzność z naszym postępowaniem, że całą X księgę Praw poświęcił wywodowi, iż tylko ludzie wierzący w opatrzność mogą być dobrymi obywatelami. Zastanawiał się nawet, jaką karę należałoby wymierzać tym, „którzy nie wierzą w istnienie bogów, albo odbierają im pieczę nad światem, albo uważają ich za przekupnych” i ofiarami usiłują uczynić ich wyrozumiałymi dla swoich przestępstw.

Głęboki dialog O opatrzności napisał Seneka, współczesny apostołom, choć z chrześcijaństwem chyba jednak się nie zetknął – ale on nie był Grekiem. Już w erze chrześcijańskiej, znaczną część trzeciej enneady poświęcił opatrzności Plotyn. Podejmuje tam m.in. temat naszej współpracy z opatrznością – „z niebezpieczeństw wojny wybawia męstwo, a nie modlitwa”. Plotyn mocno podkreślał, że mądre zdawanie się na opatrzność polega na tym, że nie zaniedbujemy tego, co do nas należy.

Biblijny język hebrajski nie znał wyrazu „opatrzność”, choć prawda ta jest w Biblii dobrze znana. Wyraz „opatrzność” (pronoia) pojawia się dopiero w greckiej części Starego Testamentu, mianowicie w Księdze Mądrości. To właśnie Grecy znaleźli wyraz na określenie tej prawdy i wiele mądrych rzeczy na jej temat umieli powiedzieć.

Zanim podejmę Pana pytanie, dwa słowa o biblijnej nauce na temat tej prawdy. Otóż Opatrzność – uczy Biblia – to władza i opieka Boża nad wszystkim, co istnieje, a dlatego nad wszystkim, bo wszystko przez Boga zostało stworzone. „Podnieście oczy w górę i patrzcie: Kto stworzył te gwiazdy? – Ten, który w szykach prowadzi ich wojsko, wszystkie je woła po imieniu. Spod takiej potęgi i olbrzymiej siły nikt się nie uchyli” (Iz  40, 26).

Zarazem ta władza Boga nad wszystkim jest pełna czułości wobec swojego stworzenia, zwłaszcza w stosunku do człowieka: „Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił” (Mdr 11,23n).

Owszem, dopuszcza na nas Boża opatrzność różne złe przygody, niekiedy jednak już na tym świecie możemy się przekonać, że było to dla naszego dobra. I tak na przykład Józef  tłumaczy przerażonym braciom, że Bóg posłużył się krzywdą, jaką mu wyrządzili, dla ich ocalenia: „Nie smućcie się i nie wyrzucajcie sobie, żeście mnie sprzedali. Bo dla waszego ocalenia od śmierci Bóg wysłał mnie tu przed wami” (Rdz 45,5).

Pan Jezus na temat opatrzności uczył zarówno tego, że Bogu winniśmy zawierzyć się całkowicie: „Nie troszczcie się więc zbytnio, i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić?  (…) Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie” (Mt 6, 31); jak tego, że Bóg dobrotliwie czuwa nawet nad każdym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach, nad nami zaś czuwa najszczególniej: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).

MICHAŁ BARDEL: Czym różni się chrześcijańska idea Opatrzności Bożej od tej wypracowanej w filozofii greckiej?

Wydaje się, że greckie myślenie o opatrzności miało swój początek w tym, że filozofów ogromnie fascynował panujący w świecie porządek. Przypisywali go sprawowanej przez bogów opatrzności. To bogowie – twierdzili greccy filozofowie – nadali światu porządek i nim kierują.  Greckie pojęcie opatrzności kształtowało się wokół takich pojęć jak kosmoslogos – nomos. Porządek  (kosmos) panujący w świecie jest dowodem jakiejś myśli (logos), która nadała temu światu prawa (nomoi). Jednak Grecy nie znali tak ważnej dla biblijnego obrazu świata prawdy, że jest on stworzony przez Boga.

Wydaje się, że to stąd właśnie biorą się trzy dość radykalne różnice między greckim a biblijnym ujęciem opatrzności. Po pierwsze: Grecy rozumieli potęgę boskich sił, które rządzą światem, nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, że Boża opatrzność wypełniona jest miłością. Po drugie: Wydaje się, że kosmos grecki, który istnieje od zawsze, nie zmierza do żadnego przekraczającego go celu; dopiero dzięki objawieniu, że świat jest stworzony przez Boga, mogła pojawić się idea, że dąży on do wyznaczonego przez Stwórcę celu, do tego, żeby stać się „nowym niebem i nową ziemią”. Wreszcie po trzecie: Grekom trudno było sobie wyobrazić, żeby Opatrzność Boska mogła się rozciągać nad wszystkim, aż do ostatniego szczegółu. Tę prawdę w sporze z chrześcijaństwem filozofowie atakowali najpierw. Przytoczę może Frontona z Cyrty  (+ ok. 166):

„Ci chrześcijanie, cóż za dziwolągi wymyślają! Tego swojego Boga przedstawiają jako natręta niespokojnego, ciekawego aż zanadto, gdyż przy wszystkich czynnościach asystuje, po wszystkich miejscach się wałęsa, a nie jest w stanie oddać się jednemu, gdyż zajęty jest wszystkim, ani też wystarczyć ogółowi, gdyż pochłonęły go szczegóły”.

Fronton naiwnie sobie wyobraża, że albo-albo: albo ogólne rządy nad światem, albo zajmowanie się szczegółami. Celsusa z Aleksandrii denerwowała ponadto biblijna wiara, że człowiekiem Boża Opatrzność zajmuje się najszczególniej. Jego wypowiedź z roku ok. 178 Orygenes tak oto przedstawia:

„Żydów i chrześcijan porównuje Celsus do gromady nietoperzy, do mrówek wypełzających z mrowiska, do żab zebranych wokół bagna, do robaków zebranych w kałuży i spierających się, kto jest największy. Twierdzą: to nam Bóg wszystko odkrywa i przepowiada. To o nas się troszczy i zabiega, lekceważąc świat cały, nie zajmując się ruchem gwiazd i wielką Ziemią. To do nas posyła swoich wysłanników zatroskanych o to, byśmy połączyli się z Nim na zawsze. Według Celsusa jesteśmy podobni do robaków, które mówią: Bóg istnieje, my zaś zajmujemy zaraz drugie miejsce po nim. Wszystko jest nam poddane: ziemia, woda, powietrze, gwiazdy. Wszystkie istnieją dla nas. Wszystko jest na nasze usługi. Łatwiej takie głupstwa znieść, gdy rozprawiają o nich robaki i żaby, niż kiedy mówią tak Żydzi i chrześcijanie”.

Zobaczmy, że struktura zarzutu jest ta sama: jak można Bogu przypisywać szczegółową opatrzność, choćby tylko nad ogółem ludzi, skoro się zajmuje całym światem?

ADAM WORKOWSKI: Chrześcijańscy apologeci nie polemizowali z Seneką czy z Markiem Aureliuszem, ale do polemiki wybierali wygodnych przeciwników. Lecz może zamiast przypominać te ostre i czasem niezbyt mądre głosy ze strony stoickiej, warto byłoby pokazać mądrość starożytnych – przypomnieć, że już u Platona ten, który rządzi światem, jest dobry, a dobro z natury rzeczy jest źródłem miłości. U stoików natomiast cały świat jest zarządzany rozumnie, my znajdujemy w nim swoje własne piękne miejsce, a każda rzecz wokół nas jest elementem ładu opatrznościowego. Marek Aureliusz pisał,  że uczestniczymy w „pięknym przedstawieniu”…

Także u Cycerona znajdujemy metaforę teatru…

AW: Przypisane są nam mniejsze lub większe role, potem nasze zadanie aktorskie się kończy i powinniśmy dziękować opatrzności, że pozwoliła nam te role z godnością odegrać, że mogliśmy w tym pięknym zdarzeniu uczestniczyć. Możemy widzieć potężne różnice między cywilizacjami grecką i chrześcijańską, ale w kwestii opatrzności wydaje się, że wiele ich łączy

Najpierw tylko zwrócę uwagę na to, że pierwsi apologeci nie wybierali sobie przeciwników, ale próbowali odpowiadać, kiedy byli atakowani. Fronton czy Celsus wprost atakowali ich wiarę, natomiast Seneka w ogóle jej nie znał, a Marek Aureliusz napisał jedynie na temat chrześcijan jedną czy drugą kąśliwą uwagę. Pan ma rację, zresztą i ja to podkreślałem: Grecy mówili bardzo pięknie na temat opatrzności. Widzieli ją jako Rozum kierujący światem, jako Dobro rozlewające się na świat, jednak ani u Platona ani u stoików za opatrznością nie stoi miłość.

A co do metafory teatru, pojawia się ona nawet u apostoła Pawła: wyrazu theatron używa on w Pierwszym Liście do Koryntian, kiedy mówi o męczeństwie: „staliśmy się widowiskiem dla świata, dla aniołów i ludzi” (1 Kor 4, 9). Zatem chodzi o „teatr” bardzo na serio, w którym „aktorzy” dają świadectwo swojej całoosobowej miłości i osiągają swoje ostateczne spełnienie, zdobywają swój cel eschatologiczny.

MB: Czy jednak tę wizję teatru, z pewnością ładną i obrazową, możemy zaadaptować do chrześcijaństwa z całym dobrodziejstwem inwentarza? Pan Bóg jako obserwator spektaklu, Pan Bóg jako wielki reżyser? Jakie jest miejsce dla ludzkiej wolności w tym Boskim planie Opatrzności?

Boskiej przedwiedzy („Bóg jako obserwator spektaklu”) i Boskiej wszechwładzy („Bóg jako wielki reżyser”) wtedy tylko nie da się pogodzić z naszą wolnością, jeżeli wieczność Boga będziemy pojmować jako istnienie od miliardów, miliardów lat, tak że choćbyśmy się cofali w czasie w nieskończoność, nigdy nie dojdziemy do momentu, w którym owa wieczność by się zaczynała. Otóż nie tak jest z Bożą wiecznością, że On istnieje od zawsze. Bóg istnieje niewyobrażalnie więcej niż od zawsze. Wieczność Boga nie jest szczególnie uprzywilejowanym istnieniem w czasie. On istnieje ponad czasem, czyli w takim niepojętym „teraz”, które jest zawsze i nie przemija tak jak nasze ludzkie „teraz”. Bóg istnieje wyłącznie w swoim nieprzemijającym „teraz”, w takim „teraz”, które nie ma żadnego „przedtem” i nie będzie miało żadnego „potem”.

Owszem, chodzi tu o przekraczającą nas tajemnicę: Jak to możliwe, że jedno i drugie jest prawdą: że z jednej strony Bóg swoją przedwiedzą i swoją wolą ogarnia wszystko, a z drugiej strony my naprawdę jesteśmy wolni i Boska przedwiedza ani nawet przedwieczna wola Boża nas nie determinuje? Jedno i drugie jest prawdą, choć prawd tych nie potrafimy zharmonizować.

AW: Zatrzymajmy się na chwilę. Chrześcijanie wierzą w przedwiedzę Boga i w realność ludzkiej wolności. Lecz powiązanie wolności i przedwiedzy jest trudne i tajemnicze. Czy słowa Ojca, że przedwiedza Boga nie prowadzi do determinizmu nie są zbyt pośpiesznym rozwikłaniem tej tajemnicy? Mamy gotowe rozwiązanie, ale nie wiemy jak ono jest możliwe.

Nie byłoby tajemnicy wiary, gdybyśmy nie byli jej pewni. Gdybyśmy niczego nie byli pewni, bylibyśmy „podobni do fali morskiej, miotanej to tu, to tam” (Jk 1,6). Nasze zgłębianie takiej czy innej tajemnicy wiary w ogóle zaczyna się od tego, że już na początku jesteśmy pewni zawartej w niej prawdy. Na przykład prawda o Eucharystii dlatego jest tajemnicą wiary, że już na początku, zanim jeszcze zaczniemy ją zgłębiać, jesteśmy pewni tego, że jest ona darem Ciała i Krwi Chrystusa, jaki otrzymujemy pod postacią chleba i wina. Analogicznie, jeżeli chcemy naszą rozmowę prowadzić w wierze, już na początku przyjmijmy jako prawdę wiary, że Bóg swoją wiedzą i wolą ogarnia wszystko, również rzeczy przyszłe, a zarazem że nasza wolność nie jest fikcją, że jest czymś realnym.

AW: A może to jest właśnie okryte tajemnicą? Może u Boga to, co nam się wydaje sprzeczne, daje się jakoś pogodzić?

Właśnie to próbowałem powiedzieć. Żyjemy w takich czasach, a może w ogóle w takiej cywilizacji, że wobec Boga chcielibyśmy się ustawić na zewnątrz, poniekąd w pozycji obserwatorów, niekiedy chcielibyśmy nawet poznawać „psychologię” Pana Boga. A przecież Pana Boga da się poznać raczej sercem, kochającym sercem, niż poprzez takie obserwatorskie próby opisu. Otóż szukając Boga sercem, jednoznacznie wiemy, to jesteśmy wolni naprawdę, bo tylko wtedy sens mają słowa: „nawróćcie się”, „czyńcie dobro, dopóki macie czas”, „czas jest krótki”, itd. Zarazem jednoznacznie wiemy, że Bóg jest Bogiem i że wobec tego nie wolno nam relatywizować Jego wszechwiedzy i wszechwładzy.

AW: To już kolejna nasza rozmowa, podczas której mam dziwne poczucie, że to na nas spada obowiązek obrony Tomasza z Akwinu. Spora część jego Sumy przeciw poganom jest poświęcona temu, co Ojciec nazywa psychologią Boga: temu, że Bóg nas kocha, że o nas myśli… Dziś filozofowie i teologowie o wiele mniej zajmują się Bogiem niż w średniowieczu. W XIII wieku mieliśmy fascynujące próby zmierzenia się z tajemnicami Boga i Opatrzności. Brakuje mi czasem takich prób w naszych czasach.  

Ale w trzynastym wieku robiono to naprawdę z respektem dla Pana Boga, bez poczucia tej jakiejś „nadboskości”, która czuje się uprawniona rozstawiać Pana Boga po kątach.

MB: Wracając do problemu Boskiej pozaczasowości…

Ponadczasowości. Bo w czasie Bóg istnieje również. On jest i w czasie, i zarazem ponad czasem. Już w połowie II wieku św. Teofil z Antiochii pisał, że Bóg jest cały w każdym miejscu, a zarazem cały wszechświat nie jest w stanie Go ogarnąć, i jest obecny w każdym czasie, choć wszystkie czasy nie mogą Go ogarnąć. Święty Tomasz posługuje się tutaj troszkę niezdarną, choć niegłupią metaforą strażnika, który stoi na wysokiej wieży i widzi znacznie więcej (a Bóg wszystko), niż widzi ten, kto posuwa się drogą.

AW: W jaki sposób ów strażnik, który widzi wszystko, nie tylko – tak jak my – teraźniejszość, może działać w bardzo konkretnych momentach?

Bóg jest wszędzie, w każdym miejscu i we wnętrzu każdego bytu. On jest intimior intimo meo – jest bliższy mnie niż ja sam sobie. I każdemu bytowi jest On bliższy, niż ten byt sam sobie. Bóg jest cały w każdej biedronce – jak powiedziała pewna dziewczynka. A zarazem wszechświat jest za mały, żeby Go ogarnąć. Podobnie, jest On cały w najmniejszym momencie czasu, a zarazem miliardy lat świetlnych Go nie obejmą.

AW: Rozumiem. Ale spójrzmy na konkretne działania Opatrzności. Gdy Bóg wysłuchuje  mojej modlitwy, następuje zetknięcie wieczności z teraźniejszością. Właśnie tu i teraz namacalnie objawia się Opatrzność. I wówczas pytamy; jak się to dzieje? Czy Bóg widzi tylko z zewnątrz i dostarcza wszystkiemu istnienia, ale nie wtrąca się już w przebieg konkretnych wydarzeń?

To byłby deizm.

AW: Właśnie. Gdy mówimy o opatrzności nie mówimy o Bogu w Jego istocie, tylko o Bogu w Jego relacji do świata. Przykładanie palca do świata przez Pana Boga zaczyna być bardzo dręczącą zagadką. Bóg włącza się oto w związki przyczynowo-skutkowe.

Pan próbuje sprowadzić naszą rozmowę na bardzo niedobrą drogę. Konstruuje Pan pojęcie Boga, owszem nieskończonego, owszem Stwórcy, owszem mającego przedwiedzę, ale  w gruncie rzeczy pozostającego gdzieś na zewnątrz. Nie taki jest Pan Bóg .

AW: Przeciwnie, próbuję zobaczyć Go w świecie. Chcę zrozumieć, dlaczego na przykład wedle teologów średniowiecznych Pan Bóg nie może naprawić cnoty dziewicy, która została zgwałcona. Dlaczego Bóg nie może oddziaływać na przeszłość…

Dlaczego nie może sprawić, żeby się Hitler nigdy nie urodził.

AW: Tak, bo jeśli nie może, to jednak jakoś jest w ten czas ziemski wpisany.

Warto w ogóle zastanowić się nad tym, co znaczą zdania, w których pojawia się teza, że Bóg czegoś „nie może” – że „nie może” kłamać, „nie może” nikogo skrzywdzić, „nie może” przestać istnieć, „nie może” sprawić żeby nie było coś, co było. Na pewno nie jest tak, żeby były jakieś prawa wyższe nawet od samego Boga, którym On podlega, którymi On byłby związany, bo wtedy nie byłby On Bogiem. Przecież i zasady moralne i prawa logiki w Nim mają swoje źródło. Wyraz „nie może” pojawia się w naszych wypowiedziach na temat Boga tylko ze względu na słabość naszego języka. Nie jest tak, że Bóg czegoś „nie może”, to my nie potrafimy tych prawd wypowiedzieć w sposób pozytywny.

Zresztą tezę, że „Bóg nie może oddziaływać na przeszłość”, dawni teologowie opatrywali znamiennym komentarzem: „nie może” swoją wszechmocą zwyczajną (de potentia Dei ordinaria), mógłby jednak swoją wszechmocą absolutną (de potentia Dei absoluta). Słowem, to jest decyzja Jego mądrości, że „nie może”. Mówiąc inaczej, chodzi tu o to, że Bóg stworzył świat jako powiązany różnorodnymi więzami przyczynowo-skutkowymi. I właśnie nad takim światem, jakim go stworzył, sprawuje swoją Opatrzność.

Jakoś intuicyjnie to zresztą wiemy. Na przykład nie umiemy sobie nawet wyobrazić, żeby istniał gdzieś rolnik aż tak niemądrze pobożny, który tak mocno modli się o dobre urodzaje, że z tej pobożności zapomni obsiać pole.

Jeżeli zapomnimy o tym, że swoją Opatrzność Bóg rozciąga nad światem, w którym z Jego woli byty powiązane są zależnościami przyczynowo-skutkowymi, z konieczności Jego świętą Opatrzność będziemy rozumieli opacznie.  W latach pięćdziesiątych, kiedy chodziłem do szkoły, mieliśmy w którymś z podręczników czytankę o tym, żeby zdawać się na siebie, a nie na Boga. Bo kiedy dawniej ludzie zdawali się na Boga, modlili się o urodzaje, ale to nic nie pomagało i umierali z głodu; kiedy przyszła zaraza, ludzie urządzali procesję i jeszcze więcej się pozarażali. Kiedy zaś człowiek zaczął zdawać się nie na Boga, ale na siebie, to i nawozy sztuczne wymyślił, i szczepionki wynalazł, i w ogóle życie zmienia nam się na lepsze.

Manipulacja była tym bardziej przewrotna, że dokonywano jej na bezbronnych dzieciach. A przecież prawda o Bożej Opatrzności jest taka, że swoją opiekę nad nami Bóg sprawuje jako nad takimi, jakimi nas stworzył, a stworzył nas istotami rozumnymi, zdolnymi do wzajemnej solidarności, zdolnymi do podjęcia odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych.

MB: A co wtedy, kiedy pewne rzeczy przestają od nas zależeć? Kiedy na przykład modlimy się o powrót do zdrowia bliskiej osoby. Ze swojej strony zrobiliśmy wszystko i dalej robimy, co tylko możliwe, ale „reszta w rękach Pana Boga”. Jeśli zdrowie powróci, zasługę przypisujemy Panu Bogu. Czy rzeczywiście Pan Bóg ten palec do łańcucha przyczynowego przystawia i przesuwa tam jakąś zwrotnicę? Czy może modlimy się o to, żeby w Boskim planie to „cudowne” zdarzenie było już od początku zawarte? „Bądź wola Twoja” – mówimy.

Ojejku! Pan wybuchł kilkoma tematami naraz. Po pierwsze, naprawdę usuwajmy z naszego myślenia o Bożej Opatrzności i o skuteczności naszych błagalnych modlitw podejrzenie, jakoby Pan Bóg jakieś konkretne wydarzenia naszego życia zaplanował „od początku” i teraz muszą się one deterministycznie (czy nawet fatalistycznie) wypełnić. Jeszcze raz przypomnę, że boskie „od początku” nie znaczy: już przed miliardami lat, ale: w boskiej, ponadczasowej i dla nas niewyobrażalnej wieczności.

Po wtóre: Z faktu, że Bóg powiązał swoje stworzenia różnymi przyczynowo-skutkowymi zależnościami, nie wynika, że pozostawił sobie jedynie możliwość zewnętrznych ingerencji w te powiązania. On przecież jest najdosłowniej wszechobecny, zatem jest obecny również wewnątrz tego przyczynowego łańcucha, o którym Pan mówi – i naprawdę nie musi się zajmować przesuwaniem jakiejś zwrotnicy ani jakimś ingerowaniem z zewnątrz.

Po trzecie: Nigdy nie jest wolą Bożą, żeby spotkało nas coś złego, choć prawdą jest, że nieraz Bóg dopuszcza, żeby spotkało nas coś złego. Wtedy jednak jest wolą Bożą – za którą idzie Jego łaska i miłość – żeby nas to zło nie zniszczyło, ale raczej żebyśmy osiągnęli dzięki niemu coś dobrego. Kiedy mówimy: „bądź wola Twoja”, dobrze jest mówić to z wiarą, że Bogu na naszym dobru zależy bardziej niż nam samym. A kiedy spotyka nas coś złego, dobrze jest wierzyć Bogu, że jest Jego wolą, abyśmy to zło przyjęli mądrze, z duchowym dla siebie pożytkiem.

I jeszcze czwarta uwaga nasuwa mi się w związku z Pana pytaniem: Zamysły Bożej opatrzności wobec nas przekraczają horyzont życia doczesnego, Bóg pragnie doprowadzić nas do życia wiecznego, które jest naszym celem ostatecznym.

Z pytaniem, w jaki sposób Pan Bóg wysłuchuje naszych modlitw, warto się zwrócić do Pisma Świętego. Przypomnę pouczenie Pana Jezusa, że wie Ojciec nasz niebieski, czego nam potrzeba, zanim Go poprosimy (zob. Mt 6, 8). A zarazem Pan Jezus jest jak najdalszy od mówienia nam: wobec tego zaufajmy i nie prośmy. Przeciwnie, to On zostawił nam przypowieść o natarczywej wdowie, która nawet niesprawiedliwego sędziego potrafiła „przymusić” do wysłuchania swojej prośby.

Ponadto, w Piśmie Świętym znajdziemy przestrogi, że niektóre nasze prośby mogą wręcz Boga obrażać. Chodzi nie tylko o to, że mogą one dotyczyć czegoś złego (por. Jk 4, 3). Niekiedy bardzo o coś Boga prosimy, a nie przyjdzie nam do głowy, że przedtem wypadałoby porzucić swoje grzechy: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham, bo ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).

Przywołam jeszcze najpotężniejszą modlitwę, która została wysłuchana, choć przeciętnemu człowiekowi może wydawać się, przeciwnie, że Bóg jej nie wysłuchał: „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On [Chrystus] gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości”(Hbr 5,7). Można się zastanawiać, co to znaczy, że został wysłuchany, skoro Go ukrzyżowano, i to wśród tak okropnego poniżenia i mąk. Otóż Bóg wysłuchał Go w tym, co absolutnie najistotniejsze, to znaczy przeprowadził bezpiecznym przez tak potworną śmierć i uzdolnił do tego, że On, jako człowiek, przez zmartwychwstanie otwiera nam drogę do życia wiecznego. Natomiast o szczegółowych problemach nie podejmuję się mówić…

AW: Ale to one są najważniejsze! Matka prosi o dziecko, które umiera. I prosi błagalnie, bardzo pobożnie. Dziecko umiera. Czy tutaj nie ma czegoś w rodzaju próby dla wiary w Opatrzność? Bo nie da się przecież nawet pomyśleć, żeby ktoś naprawdę kochający nie odpowiedział na modlitwę, która jest czystą modlitwą. Jak można matce powiedzieć: ty się źle modlisz? Ona się modli o to, co dla niej na ziemi najcenniejsze. Często mówiąc o Opatrzności, przyjmujemy kosmiczny punkt widzenia, a przecież pojęcie Opatrzności gra największą rolę w najbardziej tragicznych momentami naszego życia, kiedy czujemy, że Bóg nas „upuszcza z rąk” – jak pięknie napisał Kierkegaard. Czy wystarczy wtedy powiedzieć: „To jest tajemnica”, „Ufaj Bogu”, „Bóg się nami opiekuje”?

Kiedyś przyszła do mnie matka, której dziecko umierało. Potrzebowała nie tyle rozmowy, co chciała „wybluźnić się” przeciwko Panu Bogu. Nie próbowałem jej powstrzymywać, a tym bardziej nie chciałem się wymądrzać. Bluźniła strasznie – jaki ten Pan Bóg okrutny… I może wyczuła, że jej nawet odrobinę nie potępiam, bo kiedy już tę całą flegmę z siebie wyrzuciła, to sama zaczęła mówić bardzo mądre i głębokie rzeczy, które gdybym ja jej przedtem próbował powiedzieć, to na pewno bym ją pobudził do jeszcze większych bluźnierstw. Naprawdę to jedyne, co wtedy zrobiłem, to swoim milczącym i nieaprobującym jej bluźnierstw współczuciem pomogłem jej wyciszyć się.

Dramat utraty dziecka zasługuje na to, żeby na chwilę odejść od naszego głównego tematu. Mówiła mi kiedyś matka, która musiała  pochować swoje dziecko, że szczególnie bolesne są wówczas takie „pocieszania”, których zrozpaczeni rodzice woleliby wówczas w ogóle nie otrzymywać. W listach żałobnych do osieroconych rodziców ludzie wypisują nieraz jakieś pomstowania na „cholerny świat”, na „okrutnego Boga”, jakieś zapewnienia o ostatecznym bezsensie wszystkiego. Warto zwrócić na to uwagę, bo naprawdę powinniśmy się więcej pilnować, żeby do czyjejś żałoby nie dolewać własnych ciemności.

Pyta Pan, co mówić matce, która utraciła dziecko. Ja staram się powiedzieć – ale  jakoś bez słów, bo słowa mogą tu brzmieć fałszywie i wtedy jeszcze dodatkowo ranią – że bardzo jej współczuję. Czasem odważę się powiedzieć, że modlę się, ażeby sam Pan Jezus raczył ją pocieszyć. Czasem, jeśli wyczuję moment, że wolno mi coś takiego powiedzieć, powiem jej, że Pan Bóg jest tajemniczy, ale warto Mu zaufać. Przypominam sobie taki ludowy sposób pocieszania matek, które utraciły dziecko – ale opowieść jest mocno okrutna, wolno ją opowiedzieć, i to nie każdej matce, dopiero w jakiś czas po pogrzebie dziecka. Otóż pewna matka ciężko chorego, umierającego dziecka, umęczona zdrzemnęła się przy jego kołysce. I śni jej się, że chłopczyk wyzdrowiał, pięknie się chował i wyrósł, ale z czasem zaczęły się problemy: zaczął kraść, w końcu kogoś zabił, był sąd, skazano go na śmierć i powieszono. Kiedy kobieta się przebudziła i zobaczyła, że dziecko właśnie umarło – a ona pod wrażeniem tego snu zawołała: „Bogu najwyższemu dzięki, że to był tylko sen!”. Ta opowieść, stosunkowo brutalna co prawda, jest jednak mądra. Zwraca uwagę na to…

MB: Że zawsze mogłoby być gorzej…

Nie, zdecydowanie nie. W ten sposób zwracano uwagę na to, że jest zło nieporównanie straszniejsze, niż nawet utrata ukochanego dziecka; że sens ludzkiego życia nie zamyka się w ramach doczesności. Mnóstwo naszych pretensji i zarzutów pod adresem Bożej Opatrzności bierze się z zapomnienia o tym, że człowiek został stworzony nie tylko dla tej ziemi.

AW: W jednym z tekstów Ojca natrafiłem na stwierdzenie, że często dopiero Bóg może spowodować, że w jakimś wydarzeniu zaczniemy dostrzegać nieznany dotąd sens, że Bóg może ze zła wyciągnąć dobro. Czy możemy zatem powiedzieć matce: dziecko umarło, ale Pan Bóg może z tego nieszczęścia wyprowadzić inne wydarzenia, i wtedy zrozumiesz, że to miało sens? Koniec końców dochodzimy na tej drodze do przekonania, że nawet jeśli wszystko tutaj na ziemi nie ma sensu, to ten sens zostanie „odzyskany” w wieczności. Ale czy nie zatracamy w ten sposób jakiejś naturalnej wizji Opatrzności, że Bóg tu, na tej ziemi, którą stworzył, sprawuje opiekę i tu, w tym świecie, powinniśmy dopatrzyć się sensu, a nie szukać go w wieczności? Inaczej chyba moglibyśmy się obejść całkiem bez opatrzności – wystarczyłoby wierzyć, że kiedyś będzie lepiej. 

To jest okrucieństwo i nieprawda mówić, że ze śmierci dziecka Pan Bóg wyprowadzi jakieś dobro. Bóg wyprowadza dobro nie z nieszczęścia, tylko z tego, że z Jego pomocą staramy się nie dopuścić do tego, że to nieszczęście nas załamie. A jeżeli coś więcej dobrego się stanie, to ten, kto tego doświadczył, sam to zauważy, inni niech mu tego nie podpowiadają.

Jeśli chodzi o ludzkie dramaty to byłbym bardzo ostrożny z wymądrzaniem się, natomiast główną energię skierowałbym na dobrą, wspomagającą obecność dla ludzi, którzy zostali dotknięci nieszczęściem. Osieroconym rodzicom nieraz czytam słowa Księgi Mądrości na temat sensu śmierci przedwczesnej i wiem, jak wielką są dla nich pociechą; zazwyczaj słuchają tych słów z niewyobrażalną wręcz łapczywością:

A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek.
Starość jest czcigodna nie przez długowieczność  i liczbą lat się jej nie mierzy:
sędziwością u ludzi jest mądrość,
a miarą starości – życie nieskalane.
Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość,
i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony.
Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli
albo ułuda nie uwiodła duszy:
bo urok marności przesłania dobro,
a burza namiętności mąci prawy umysł.
Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele.
Dusza jego podobała się Bogu,
dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości.
A ludzie patrzyli i nie pojmowali,
ani sobie tego nie wzięli do serca,
że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi
i nad świętymi Jego opatrzność.

(Mdr 4, 7-15)

Jestem księdzem od 41 lat, z osieroconymi rodzicami spotykałem się, niestety, często, i z doświadczenia wiem, że najgłębiej tylko Pan Bóg może pocieszyć człowieka. Ktoś przemądrzały może powiedzieć: najpierw zabrał dziecko, a teraz pociesza. Ale rodzice, którzy stracili dziecko, tak nie powiedzą. Trochę niezdarnie to teraz formułuję…

AW: To właśnie jest piękne, bo zwykle tak właśnie, niezdarnie, formułujemy najważniejsze i najtrudniejsze myśli. Proszę zauważyć, jak dziwną mamy sytuację: właściwie nie powinniśmy mówić o Opatrzności, tylko zwyczajnie być przy tych, których dotyka jakieś nieszczęście. Prawie każde wyjaśnienie jest tutaj, jak to Ojciec nazywa, mędrkowaniem. Czy jednak, mimo ryzyka śmieszności, powinnością chrześcijanina i filozofa nie jest zrozumienie, na tyle, na ile potrafi, tajemnic Bożej Opatrzności? Wydaje mi się, że to, co głosi Ojciec, choć piękne i skromne, może oznaczać smutną abdykację rozumu wobec tych problemów.

Muszę, jak widzę, dopowiedzieć jeszcze kilka zdań. Z jednej strony Ojciec nasz niebieski wie, czego potrzebujemy, zanim Go poprosimy; z drugiej strony Pan Jezus bardzo nas zachęca do modlitwy wytrwałej. Pojawia się pytanie: skoro Pan Bóg wie, zanim Go poprosimy, to dlaczego zależy Mu na tym, żebyśmy Go jeszcze usilnie prosili, jak jakiegoś niesprawiedliwego sędziego? O co tu chodzi? Otóż modlitwa, którą zanosimy do Boga, jakoś tajemniczo wpływa na świat, w którym żyjemy. Jeżeli modlimy się o czyjeś zdrowie (nie próbuję tutaj racjonalizować ani dezawuować nadprzyrodzonego sensu modlitwy), jeżeli modlimy się wytrwale, to modlitwa nasza powoduje – mimo że o to wcale nie prosimy – wzrost pokoju w naszych sercach, wzrost spokojnego zawierzenia Panu Bogu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale to – poza wszystkim innym – dobrze robi dla ludzkiego zdrowia.

AW: Modlitwa zmienia duszę modlącego się, ale także może wpłynąć na związki przyczynowe. Ale dlaczego czasem je przemienia, a czasem nie przemienia? Gdzie tu jest jakiś ład, który przecież miała wprowadzać Opatrzność?

Ktoś się modlił o ocalenie i kulka go nie trafiła, a dziesięciu innych zginęło, a też się modlili. Ale to jest dziwna logika. Bywa bowiem tak, że ktoś, kto prosił, nie został wysłuchany w tym o co prosił, ale dostał za to dużo więcej. Żebrak w Dziejach Apostolskich (3,1-10) prosił o jałmużnę, a został uzdrowiony, mimo że się tego nie spodziewał. Pan Bóg wysłuchuje jak ojciec, On wie lepiej od nas, czego nam potrzeba. Wielu różnych rzeczy boimy się jak ognia, a kiedy nas to spotka, nieraz wynika stąd coś bardzo dobrego. Studentka nie zdała egzaminu, a dzięki temu znalazła świetnego męża. Ktoś inny wpadł pod samochód i stało się to początkiem jego wielkiego nawrócenia.

AW: Te słowa są przekonywujące, a jednak czasem trudno zrozumieć, dlaczego ta łaska Boża jest taka nieobliczalna i z naszego punktu widzenia po prostu kapryśna.

Gdyby modlitwa prowadziła do obchodzenia związków przyczynowo-skutkowych, to tak by to można było rozumieć. Ale jeśli moja modlitwa była prawdziwa, a ja nie zostałem wysłuchany, a nawet – niech będzie! – stało się jeszcze gorzej, niż było, zanim zacząłem się modlić, ale ja dzięki tej modlitwie poznałem wreszcie, co to znaczy naprawdę zawierzyć siebie Panu Bogu…

MB: Inaczej Pan Bóg byłby czymś w rodzaju automatu do spełniania życzeń. Zupełnie nie byłoby wiadomo, gdzie postawić granicę Jego ingerencji w sprawy świata.

AW: To po co są cudowne Boże ingerencje w przebieg wydarzeń? Czy taka „specjalna” opieka nad światem nie niszczy boskiego ładu i sprawiedliwości? – takie pytanie mogliby, wyobrażam sobie, zadać stoicy.

Zasadę „wszystkim po równo” Pan Jezus paradoksalnie zakwestionował w przypowieści o robotnikach w winnicy – za bardzo różną pracę wszyscy otrzymali po denarze.

AW: Nie po równo, tylko wedle zasługi i pobożności.

Nie byłbym wcale taki pewien, że cudowna interwencja Pana Boga polega na wejściu w świat poza naturalnymi ciągami przyczynowo-skutkowymi. Bóg nie jest zewnętrznym obserwatorem, który to tu, to tam wtrąca się do świata. On jest we wnętrzu wszystkich ciągów przyczynowych. Ma niepojmowalne dla nas możliwości wejścia w sam ich środek.

MB: Przewiduje nie tylko swoją interwencję, ale i tę modlitwę, która o nią prosiła…

To nie jest dobry trop, słowo „przewiduje” zakłada jakieś „przedtem” i „potem” – Boża wieczność jest ponad wszelkim „przedtem” i „potem”. Zauważmy, że nawet to, co mogłoby się wydawać najbardziej absolutnym wejściem Boga poza wszelkimi ciągami naturalnymi, to znaczy przyjście do nas Syna Bożego, dokonało się jednak wewnątrz tych ciągów. Cud, oczywiście, ale jednak Syn Boży narodził się z ludzi…

AW: Może pójść tropem św. Tomasza, który rozróżnia ogólny porządek przyczynowy i w jego obrębie porządki lokalne? Bóg czasem ingeruje w świat przełamując lokalne porządki (na przykład poprzez cuda), ale to nie niszczy ładu całości.

Znam ludzi, którzy urodzili się w środowisku kompletnie zdemoralizowanym i zupełnie jak lilia na gnoju wyrośli z nich cud-ludzie. Też można by zapytać, jak to jest z tymi ciągami przyczynowo-skutkowymi….

AW:  A jednak Opatrzności doświadczamy przede wszystkim jako  wyłomu w naturalnym ciągu przyczynowym, jako zdarzenia cudownego. Zrządzeniem Opatrzności nazywamy tylko pewne wyjątkowe zdarzenia, a nie wszystko, co robimy. Kiedy myłem rano zęby, nie miałem poczucia działania Opatrzności. Żebym miał takie poczucie, musi wydarzyć się coś szczególnego. Na czym ta szczególność polega, że dopatrujemy się w niej ręki Pana Boga? Często zastanawiałem się nad słowami Jana Pawła II, a może księdza Dziwisza, że zamachowiec na placu św. Piotra wystrzelił kulę, a Boża ręka tę kulę prowadziła. 

Ktoś złośliwy może zapytać, dlaczego ta ręka nie przesunęła kuli odrobinę dalej…

AW: Ale dlaczego pewne zdarzenia wyróżniamy jako zrządzenia Opatrzności, a innych nie? Czy takie pytanie nie powinno burzyć spokoju tych, którzy wiedzą po prostu, że Bóg z definicji rządzi, z definicji mnie kocha i zgodnie z porządkiem dedukcji czuwa nad każdym krokiem swojego stworzenia? Przyznam, że często tak odbieram wielu współczesnych teologów…

Skomentuję najpierw Pańską uwagę, że kiedy rano mył Pan zęby, nie miał Pan poczucia działania Bożej Opatrzności. Przypomina mi się uwaga św. Augustyna na temat cudu: gdybyśmy byli świadkami  cudu rozmnożenia chleba, nie mielibyśmy wątpliwości, że to jest cud; zarazem rzadko pomyślimy o tym, jak wielkim cudem jest to, że pole obsiane pszenicą wydaje plon wielokrotny. Jeżeli pamiętać o tym, że Opatrzność Boża ogarnia wszystko, co istnieje, aż do ostatniego szczegółu, to ogarnia również nasze mycie zębów – tyle że nie jest to przedmiotem naszego zdumienia ani nie pobudza nas specjalnie do zawierzania siebie Bogu. Żeby tak było, musi nas spotkać coś bardzo dobrego albo coś bardzo złego.

Spróbujmy zatem przypatrzyć się tej drugiej sytuacji. Oto spotyka nas nieszczęście i natychmiast odwołujemy się do Bożej Opatrzności, czasem pierwszym odruchem jest pretensja: „Boże, dlaczego dopuściłeś?”. Słuszniej jednak będzie, jeżeli zaczniemy wówczas zwracać się do Boga i wołać: „Boże, pomóż mi, bo zginę”. I uwaga druga: Nie zapominajmy o tym, że swoją Opatrzność nad nami Bóg sprawuje jako nad takimi, jakimi nas stworzył, a stworzył nas istotami społecznymi. Nieszczęście jednego człowieka przynosi z sobą różne wezwania i zadania dla bardzo wielu bliźnich tego człowieka. To również jest jakiś zamysł Bożej Opatrzności. Zatem zamiast krytykować Pana Boga czy zastanawiać się, co On tu planuje, dopuszczając na mojego bliźniego nieszczęście, słuszniej będzie pomyśleć, co ja powinienem zrobić w obliczu tego nieszczęścia. To w ten sposób – przez to, że wzajemnie sobie okazujemy miłość – ujawnia się, że nasz świat jest naprawdę stworzony przez Boga, który jest miłością.

Poczucie, że znajdujemy się pod skrzydłami Bożej Opatrzności, może jeszcze więcej pojawia się w obliczu wydarzeń szczególnie pozytywnych. Zobaczmy to na przykładzie dobrego małżeństwa. Chłopak i dziewczyna wiele się napracowali, żeby się wzajemnie odnaleźć, a potem przyjdzie taki Mikołaj Rej i powie: „Dobra żonka darem Bożym jest”.

MB: Zła też będzie darem Bożym?

Oczywiście, choć darem trudniejszym do przyjęcia. Pan Bóg daje różne dary, również dary trudne do przyjęcia. Pamiętam rozmowę z młodzieńcem, który już przed trzydziestką wiedział, że życie ma z głowy, bo ożenił się z wiedźmą. Starałem się mu powiedzieć, tak jak umiałem najlepiej: staraj się tak, jak potrafisz, żeby się ona przemieniła w Twoją ukochaną wiedźmę…

AW: Ojciec jest radykalnym optymistą! W każdej sytuacji widzi Ojciec możliwość wyboru czegoś lepszego.  Nie istnieją dla Ojca sytuacje tragiczne, w których takiego wyjścia by nie było?

Tragedia jest możliwa tylko tam, gdzie nie wie się o tym, że świat stworzył Bóg, który jest miłością. Jako chrześcijanie powinniśmy uwierzyć, że jeżeli z jakiejś sytuacji są dwa wyłącznie złe wyjścia, to musi istnieć jakieś wyjście trzecie, dobre. Może trudne, może nawet przez męczeństwo, ale ono na pewno jest, bo ten świat jest Boży.

AW: Jeżeli wierzę tak mocno, to nie ma miejsca dla tragedii. Ale wyjściową sytuacją zwykłego człowieka jest „wierzę, zaradź niedowiarstwu memu” (Mk 9, 24).  Waha się, ma wątpliwości, usiłuje sprostać trudnym życiowym próbom. Właśnie te próby stanowią może  najgłębsze źródło pytania o Opatrzność.

Dokładnie tak! Cała mądrość Kościoła w czasach prześladowań sprowadza się do tego, żeby nikt nie ufał swoim siłom, ale żeby każdy umacniał się słowem Bożym i Eucharystią, a zarazem żeby wezwanych do męczeństwa nie pozostawiać samym sobie, ale żeby ich chronić przed utratą ducha w chwilach słabości.

AW: Ale czy nie jest tak, że człowiek, który nie jest wszechwiedzący, nie zawsze jest w stanie dostrzec trzecie wyjście? Czy też mamy z góry wierzyć w jakieś „gwarantowane trzecie wyjście”, które jest stale w naszym zasięgu?

Człowiek jest istotą społeczną. Ja mogę nie widzieć tego trzeciego wyjścia, ale ktoś inny może pomóc mi je zobaczyć. Przypomina mi się jakaś relacja z września 39 roku o oddziale polskich żołnierzy otoczonym przez Niemców. Nastrój wśród żołnierzy był taki, że Niemcom w żadnym razie się nie poddamy. Młody porucznik mówi wówczas: „żołnierze, niestety przyjdzie nam zginąć”. Na to jeden z jego starszych podwładnych powiada: „Pan porucznik sugeruje nam wyjście najprostsze, ja bym jednak szukał wyjścia bardziej skomplikowanego”. Sam fakt, że ta sytuacja została opisana, dowodzi tego, że to inne wyjście jednak się znalazło. Myślę, że uniknęlibyśmy wielu rozwodów, aborcji i różnych innych złych wyborów, gdybyśmy mocniej wierzyli, że przy Bożej pomocy w różnych, nawet bardzo trudnych sytuacjach zawsze jakieś wyjście da się znaleźć.

Jednak nie uogólniajmy. Każdy z nas, nawet duchowo najmocniejszy, może się znaleźć w sytuacji, która go przerośnie. Wtedy prawdziwym skarbem jest człowiek, który poda nam rękę i pomoże sprostać tej sytuacji.

MB: Zastanawiam się, czy ta optymistyczna wizja opatrzności, ta wiara w „gwarantowane trzecie wyjście”, w to dobro, w które każde zło się zawsze obraca, czy ta wiara nie działa na nas jakoś demotywująco? Czy nie osłabia naszej reakcji na zło? Czy nie stępia naszej odpowiedzi? Nie rozmiękcza nas? Czy to nie jest furtka do ucieczki przed odpowiedzialnością?

AW: „Stłukło się, ale mama odkupi!”

Bardzo trudno sobie wyobrazić, żeby sprzedany przez braci Józef, o którym mówiliśmy na początku naszej rozmowy, w momencie, kiedy go sprzedawali, mógł coś takiego im powiedzieć. Ale Pańskie pytanie zmienia naszą perspektywę. Dotychczas mówiliśmy o złu, które nas dotyka. Teraz zastanówmy się nad złem, które spotykamy w świecie. Przywołam tutaj słynne sformułowania św. Augustyna: „Nie dlatego Bóg dopuszcza zło, że nie jest wszechmocny, albo żeby nas nie kochał, tylko że jest dostatecznie wszechmocny i naprawdę nas kochając, ma moc wyprowadzić dobro ze zła”. Niektórzy bardzo niesłusznie dodają: „większe dobro”. Nie traktujmy tak lekko kwestii miary zła. Zła w ogóle być nie powinno. To, że zło się dzieje, jest niezgodne z wolą Bożą, ale zarazem Opatrzność Boska to dopuszcza, żeby naszą wolność szanować i nam samym pozwolić naprawić to zło, które my, jako ludzkość, wprowadziliśmy na ziemię.

MB: Czy mówimy tu tylko o złu moralnym, grzechu wynikającym z naszego działania, czy także o złu fizycznym, o naturalnych katastrofach, chorobach?

O jednym i drugim. Zła fizycznego też być nie powinno. Przywołałbym tutaj niezwykle głębokie, a zarazem proste intuicje Benedykta XVI, jakie znajdują się w jego książce Jezus z Nazaretu (w rozdziale I nie wódź nas na pokuszenie). Pisze on tak: Szatan, który nienawidzi Pana Boga, nienawidzi także człowieka, i stara się udowodnić, że główne dzieło Boże, tj. stworzenie kogoś na Jego obraz, jest wielką lipą. Tu Papież przywołuje Księgę Hioba; szatan, pierwszy mistrz podejrzeń, kwestionuje sprawiedliwość Hioba: „Gdybyś go nie otaczał swoją opieką, to byś sam zobaczył, jaki z niego twój dobry sługa”. Bóg dopuszcza te wielkie próby na Hioba, ażeby ujawniła się i oczyściła jego sprawiedliwość. My jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, ale to podobieństwo dopiero się w nas kształtuje i umacnia, nasze dobro nosi w sobie jeszcze bardzo wiele fasadowości. Próby, przed którymi staje człowiek, mają właśnie moc ujawniania tej fasadowości, przymuszania nas do większej autentyczności w upodabnianiu się do Pana Boga.

AW: Bardzo trudno powiązać wizję kochającego Ojca z nieustannym próbowaniem człowieka. Czy okazywanie miłości nie powinno być dostosowane do wrażliwości tego, kogo kochamy? Źle kocham, jeśli moja ukochana nie odczuwa mojej miłości. A przecież Bóg jest Mistrzem miłości. Czemu zatem zdarzają się momenty, w których ludzie nie odczuwają miłości Boga?

Przypomina mi się zupełnie niezwykła osoba, jedna ze stu osiemdziesięciu beatyfikowanych męczenników, Natalia Tułasiewicz. W obliczu wielkiego cierpienia bliskiej sobie osoby pisze takie oto słowa: „nawet nie modliłam się o ulgę w cierpieniu, bo to chyba jest jego udział w krzyżu Chrystusa, modliłam się, żeby Bóg dał mu siłę przejścia przez to cierpienie”. O wiele trudniej jest zobaczyć kochającego Ojca, kiedy tu rozmawiamy o nieszczęściach, niż wtedy, kiedy doświadcza się Go w momencie cierpienia. Myślę, że kiedy Pana albo mnie spotkają jakieś duże i bolesne próby, wówczas – jeżeli tylko wytrwamy w wierze, a ufajmy, że wytrwamy – będziemy po prostu doświadczali Jego czułej ręki.

AW: Co począć jednak z ludźmi, którzy jej nie doświadczyli? Przecież znaki miłości powinny być rozpoznawane jako znaki miłości właśnie. Jak wytłumaczyć załamanemu człowiekowi, że w cierpieniu doznaje Bożej miłości?

Bardzo ładnie mi się Pan tutaj podkłada! To jest właśnie wielka tajemnica boskiej bezsilności. Bóg do tego stopnia wydaje się w nasze ręce, że to, czy i ile dobra z Jego ręki doświadczymy, w ogromnej mierze zależy nie tylko ode mnie samego, ale również od innych. To trochę tak jak u bł. Natalii Tałasiewicz – nie wiem, jakby ta bliska jej osoba przeszła przez próbę wielkich cierpień, gdyby Natalia nie otoczyła jej takim kochającym, a zarazem wierzącym Bogu sercem.

AW: Czyli, że jeżeli wydaje się, iż Bóg milczy, to rolę przejmują inni ludzie.

JS: Więcej. Kiedy wydaje się, że Bóg jakby milczy, jest to oskarżenie nie przeciwko Panu Bogu, tylko przeciwko naszym zatwardziałym sercom. Zbyt często zapominamy o tym, albo pamiętamy o tym byle jak, że Ten, który jest Miłością, żąda od nas, żebyśmy naprawdę kochali się wzajemnie.

MB: Wyszliśmy od wszechmocy Boga, a doszliśmy do Jego bezsilności,

Ale to jest bezsilność wszechmocnego Boga! Przecież tajemnica Krzyża, przez którą dokonało się nasze odkupienie, jest właśnie tajemnicą bezsilności wszechmocnego Boga!

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata