fot. Anna Rezulak / KFP /REPORTER
z Mirą Marcinów rozmawia Martyna Słowik styczeń 2022

Własny pokój i dobre relacje

Uprawiam ekstremalny model macierzyństwa. Chcę być z dziećmi bardzo dużo i korzystam z tego, że one są jeszcze w wieku, w którym chcą być ze mną. Jednocześnie gdy jestem poza domem, staram się być tu i teraz. Rozmawiać z koleżankami z filozofii o Arystotelesie albo o kosmetykach, a nie o tym, co dziecko powiedziało czy zjadło.

Artykuł z numeru

Osiem lekcji na numer 800.

Czytaj także

Mira Marcinów

Historia psychiatrii, czyli pole minowe

z Evą Illouz rozmawia Marek Maraszek

Miłość wymaga emancypacji

Podobno często na spotkaniach autorskich wokół książki Bezmatek słyszysz pytanie o to, jak wyobrażasz sobie jej czytanie przez swoje dzieci.

Bardzo go nie lubię, wkurza mnie, a niestety, prawie zawsze ono pada. Ludzie nie mają chyba świadomości, że takie pytania mogą być raniące.

Dlaczego?

Bo podważają świadomość i odpowiedzialność rodzica wobec dzieci.

Ostatnio to pytanie padło z ust kobiety i zawierało w sobie pewne założenie-obawę o reakcję mojej córki na książkę. Jednocześnie było to założenie na mój temat: że nie zastanowiłam się nad tym, co będzie, gdy Bezmatek przeczytają moje dzieci, i może zachowałam się lekkomyślnie czy egoistycznie.

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że moja córka już przeczytała. Jak sama mówiła, nauczyła się czytać, aby przeczytać moją książkę, i zrobiła to bardzo ostentacyjnie.

Teraz ma prawie osiem lat, jako czterolatka obserwowała, jak pisałam, wiedziała też, o czym książka będzie. Chodziła i powtarzała: „Moja mama pisze o swojej mamie, która umarła”.

Zakładam, że takie pytania wynikają ze szczerej troski i jednocześnie pewnego uwarunkowania rzeczywistości. Statystyka i codzienne doświadczenia ludzi potwierdzają, że przeważnie to wciąż kobiety są odpowiedzialne za opiekę nad dziećmi, a równy podział obowiązków to nadal bardziej postulat niż rzeczywistość. Wiele osób dowiadując się więc z książki, że jestem matką, „naturalnie” zaczyna się zastanawiać, kto opiekuje się potomstwem, gdy ja mam spotkanie autorskie, co powiedzą córka i syn, gdy przeczytają to, co napisałam, itd. Pisarze mężczyźni nie dostają takich pytań.

Ludzie próbują kontrolować, jak pisarka wywiązuje się z roli matki?

Tak. To dotyczy zwłaszcza matek małych dzieci. Społeczeństwo widzi cię wtedy przede wszystkim w jednej roli i bywa, że chce cię z niej rozliczać, inne spychając na bok. Później ten problem zanika. Gdy masz w domu nastolatka, to chyba nikt już nie pyta, z kim został. Możesz już funkcjonować po prostu jako „ty”, a nie tylko jako matka dziecka. Nie jest więc łatwo być kobietą-pisarką-matką.

Jednocześnie wykreowane marketingowo postaci pisarek matek, tworzących pod pseudonimem i broniących swojego ustabilizowanego życia rodzinnego, takich jak Elena Ferrante czy Carmen Mola, bardzo dobrze się sprzedają. O Carmen Moli mówiono, że to matka dwojga lub trojga dzieci, akademiczka, która pisze nocami – i jest to forma odpoczynku od innych obowiązków. Jej książki – o detektywce, która uwielbia uprawiać seks w SUV-ach – ukazywały się co roku i stawały się bestsellerami.

Sama zastanawiałam się, jak ona to robi. Jej prawdziwa tożsamość została ujawniona dopiero miesiąc temu, gdy otrzymała Planeta Prize – główną nagrodę literacką w Hiszpanii, która wynosi milion euro. Okazało się, że pod pseudonimem Carmen Mola kryje się trzech mężczyzn, biznesmenów, którzy skończyli iberystykę. Część środowiska feministycznego zareagowała oburzeniem i sprzeciwem wobec tego, że wykreowana postać autorki-żony-matki, która chroni swoją prywatność i życie osobiste, pomogła w odniesieniu takiego sukcesu.

A jaka była Twoja reakcja?

Pomyślałam, że coś jest na rzeczy. Pisanie pod pseudonimem i ukrywanie swojej tożsamości może pomóc wykreować alternatywną, która sprzedaje książkę. Kobietom twórczyniom pozwala uniknąć męczących, seksistowskich pytań o łączenie ról pisarki, matki, żony, o odbiór naszych książek przez dzieci itd. Sama nosiłam się z myślą, by wydać Bezmatek pod pseudonimem, ale nie zdążyłam.

Jak to?

Długo nie mogłam zdecydować się na wydawnictwo. Wysłałam propozycję do kilku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak się raczej nie robi. Kiedy podpisałam umowę z Wydawnictwem Czarne, redaktorka naczelna od razu ogłosiła to na swoim Facebooku. Wtedy już wiedziałam, że jest za późno na pseudonim, a kilka fajnych miałam przygotowanych.

Chciałaś uniknąć pytań i komentarzy oceniających Bezmatek przez pryzmat funkcji żony i matki, które pełnisz na co dzień?

Tak. I moje przeczucia się potwierdziły. Po dużym wywiadzie w „Wysokich Obcasach” i lekturze książki zainterweniowały matki koleżanek mojej córki. Wcześniej nie wiedziały, że pracuję zawodowo, były przekonane, że zajmuję się tylko dziećmi – które były w edukacji domowej – a mnie jakoś nieszczególnie zależało, żeby pracą się chwalić. Usłyszałam, że bardziej kochałam własną matkę niż córkę, skoro w książce jest o niej tak mało, i że to musi być dla dziecka trudne. I że one chcą się ze mną spotkać, porozmawiać, wytłumaczyć mi, gdzie popełniam błąd. Oberwałam za wychodzenie wyłącznie poza rolę matki.

Przecież Bezmatek jest o czymś innym – o Twojej relacji z matką, nie córką.

Tak właśnie odpowiadałam.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Ma to niewątpliwie związek z autobiograficznym wymiarem książki. Bezmatek wychodzi od mojego doświadczenia, jednak nie jest przecież autobiografią. W moim przekonaniu pakt autobiograficzny z czytelnikiem nie został w tym przypadku zawarty.

Istnieje więc dość absurdalne oczekiwanie wobec pisarek, które są matkami, żeby w swojej literaturze, nawet jeśli dotyczy ona czegoś innego niż macierzyństwo, najpierw udowodniły, że wystarczająco mocno kochają własne dzieci?

Obserwuję, że często tak jest. Chyba dlatego nie jestem w stanie dokończyć żadnego tekstu o macierzyństwie. Coś mnie blokuje – może właśnie oczekiwania i presja, wobec której jest we mnie duży sprzeciw.

W pracy, którą rozpoczęłam po urodzeniu dziecka, przyznałam, że jestem matką, dopiero gdy moja córka miała trzy lata. Nie dlatego, że wstydzę się macierzyństwa. Chyba po prostu nie chciałam być osobą, która tłumaczy tym różne niedociągnięcia czy trudności. Nie chciałam być traktowana ulgowo. Czerpałam satysfakcję z tego, że dobrze sobie radzę bez usprawiedliwiania się – że muszę wyjść wcześniej, że dokończę to jutro, bo dziecko chore, itd. Teraz – od czasu wybuchu pandemii – to co innego.

Jesteś w związku małżeńskim i masz rodzinę, co uchodzi dziś za dość konserwatywną formę życia.

Tak, ale zdziwiłabyś się, ile konserwatywnych pytań i oczekiwań w związku z tym życiem słyszę od osób ze środowisk uchodzących za liberalne obyczajowo i światopoglądowo. Na przykład, że nie mam vibe’u żony, że w rozmowach z płcią przeciwną powinnam od początku wspominać, iż mam męża. Zdarzało mi się też od tych otwartych środowisk słyszeć pytania o to, dlaczego pozwalamy sobie z moim mężem chodzić na różne wydarzenia w pojedynkę.

Jesteśmy razem 20 lat. Z punktu widzenia psychologii nie najlepiej rokują związki zawarte, gdy było się nastolatkiem, gdy tożsamość dopiero się kształtuje. Uznaje się, że kompatybilne dojrzewanie ze sobą na poziomie psychicznym i emocjonalnym jest trudne, choć nie niemożliwe. Potrzeba dużo przestrzeni i my ją sobie dawaliśmy. Sporo mieszkaliśmy oddzielnie, w różnych miejscach. Jednocześnie gdy się spotykaliśmy – i tak jest do dzisiaj – byliśmy maksymalnie razem. Były momenty, że w pewnym sensie trzeba było się od siebie oddalić, żeby móc być razem.

Dopiero po 11 latach zdecydowaliśmy się wziąć ślub, bo chcieliśmy mieć dzieci, a bez ślubu trzeba by dopełniać formalności związanych z uznaniem ojcostwa itp. Zanim go zawarliśmy, chciałam dowiedzieć się wszystkiego, co mogłam, na temat różnych koncepcji małżeństwa. Przeczytałam gdzieś wtedy, że to jednocześnie bardzo konwencjonalny i najbardziej anarchistyczny twór.

W jakim sensie?

Małżeństwo to stan, w którym łatwo stworzyć rewolucję.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer