Ilustracja przedstawiająca mesmeryzm pochodząca z książki Ebenezera Sibly'ego "A Key to Physics and the Occult Sciences" wydanej w Londynie w 1794 r. Fot. Alamy/BE&W
Mira Marcinów wrzesień 2020

Historia psychiatrii, czyli pole minowe

Obłąkanych w okresie przedpsychiatrycznym odnajdziemy w najróżniejszych miejscach. Są w przytułkach u braci miłosierdzia, w Tollhäuserach (domach wariatów) i w „szalonych kamienicach”. Przez wieki szaleniec będzie zmieniał swój status, raz jako opętany, innym razem jako „święty”, czarownica czy „wioskowy głupek”.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

Mira Marcinów

Schizo-fretki i kot-pulsywni psy-chopaci

Historią psychiatrii zajmuję się systematycznie od kilkunastu lat, a mimo to opowiadanie o początkach tej dyscypliny, śledzenie sposobów kształtowania się pojęcia choroby psychicznej i przywoływanie najważniejszych wydarzeń z dziejów szpitali psychiatrycznych wciąż nastręcza mi wielu trudności. Sama historia psychiatrii jest bowiem stosunkowo nową i niespokojną dziedziną wiedzy. Co więcej, stanowi ona, jak zauważa znany badacz przeszłości nauki o zaburzeniach psychicznych Edward Shorter, „istne pole minowe”. Tu wystarczy jedno nowe odkrycie, jeden nowy dokument, a rozbita zostanie w proch cała argumentacja danego historyka psychopatologii. W żadnym innym dziale historii medycyny nie znajdziemy też tak burzliwych polemik między specjalistami, tylu sporów, przeciwstawnych obozów i wykluczających się wizji przeszłości badanej dyscypliny co tutaj.

W licznych nieporozumieniach dotyczących korzeni psychiatrii zastanawia mnie kwestia, w jakim stopniu spory o przeszłość tej dyscypliny wiedzy i praktyki w istocie maskują konflikty dotyczące jej statusu we współczesnym świecie. Szczególnie odpowiedź na pytanie o początki myślenia psychiatrycznego stanowi wsparcie dla poglądów głoszonych przez zwolenników bądź przeciwników psychiatrycznego sposobu klasyfikowania i leczenia osób cierpiących psychicznie. W badaniach nad kształtowaniem się pojęcia choroby psychicznej chodzi zatem nie tyle o wojnę wczorajszą, ile o dzisiejszą. Zwykle nie dostrzegamy niebezpieczeństw zawartych w języku tej dyscypliny. Lecz taki język nie jest niewinny.

Myślę, że właśnie dlatego tak trudno przejść z metaopowieści do samej opowieści o historii psychiatrii. Ilekroć zbliżam się do opisu jakiegoś wydarzenia z przeszłości szpitali psychiatrycznych, napotykam mur niejednoznaczności. To nie jest prosta historia, jeśli takie w ogóle istnieją. Jednak w drapieżnym skrócie można by przecież dzieje psychiatrii przedstawić dość łatwo. Historia ta zaczynałaby się pod koniec XVIII w. w paryskich szpitalach Salpêtrière i Bicêtre. Pierwszymi jej bohaterami byliby twórcy „terapii moralnej”: Philippe Pinel – uważany za ojca psychiatrii, William Tuke – założyciel nowoczesnej instytucji dla chorych umysłowo Retreat w Anglii i działający we Florencji Vincenzo Chiarugi. Następnie na scenę wkraczałby obóz przeciwny: somatycy, którzy chorobę umysłową rozumieją jako zaburzenie uwarunkowane wyłącznie zmianami w ciele, zwolennicy Gehirnmythologie (mitologii mózgowej), z Wilhelmem Griesingerem na czele. Kolejno pojawiliby się freudyści ze swoim wywrotowym sposobem myślenia o chorobach umysłowych i z uwzględnianiem nieświadomości. A po nich następni rewolucjoniści: ci od zwrotu psychofarmakologicznego, a dalej ci od antypsychiatrii. Opowieść kończyłaby się dzisiaj, gdy nie mamy zintegrowanej wizji psychiatrii, lecz wiele zwalczających się podejść. Dlaczego więc chcący zrozumieć przeszłość psychiatrii głębiej, niż proponują to popularnonaukowe komiksowe opisy historii psychiatrii, nie mogą poprzestać na tym skrócie?

Niektórzy twierdzą, że historia szpitali psychiatrycznych stwarza szczególnie podatne pole dla chwytliwych koncepcji mówiących o tym, że psychiatria powstała, by zamykać w tych cieszących się złą sławą instytucjach wszystkich, którzy zakłócają porządek społeczny: odmieńców, buntowników, osobników w jakiś sposób niewygodnych politycznie. W tej interpretacji nie chodzi już nawet o zaszyfrowane w dyskusjach nad wartością psychiatrii spory o jej przeszłość i teraźniejszość, ale o znacznie szersze debaty na tematy społeczno-polityczne.

Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że historia psychiatrii stała się jednym z narzędzi rozwiązywania współczesnych konfliktów. A odmienne wizje przeszłości omawianej dziedziny biorą się z obecnej niezgody na jedną spójną definicję pojęcia normy i zaburzenia psychicznego.

Po jednej stronie tej batalii stoją więc zwolennicy klasycznej historii psychiatrii (zwanej również akademicką), którzy silnie podkreślają jej rozwojowy charakter, a choroby psychiczne traktują jak wszystkie inne choroby somatyczne. Z takiego podejścia wyłania się obraz psychiatrii jako nauki opartej na gromadzeniu faktów o zaburzeniach psychicznych. Przeciwnicy takiego myślenia – nieklasyczni historycy psychiatrii (nazywani również rewizjonistami) – chorobę umysłową traktują nie tyle jako „realną chorobę”, ile jako konstrukt społeczny. To ujęcie krytyczne wobec wizji postępu wiedzy w psychiatrii. Obydwa obozy toczą zażartą walkę, która w równej mierze dotyczy przeszłości psychiatrii, jak i jej teraźniejszości. Ta walka również ma swój specyficzny początek.

Moda na historię psychiatrii

Osobliwa moda na historię psychiatrii pojawiła się wraz z rozkwitem ruchu antypsychiatrycznego, będącego odrodzeniem idei romantycznych, kiedy to obłęd był ujmowany w kategoriach katalizatora zachowań twórczych. Za inicjatora krytycznego podejścia do dziejów psychiatrii uważany jest węgierski psychoanalityk Thomas Szasz. Początki tego nurtu przypadają na lata 60. XX w. Wtedy to wydano sztandarowe dzieło Szasza Mit choroby psychicznej, gdzie wyrażony został sprzeciw wobec psychiatrów. Sprzeciw ten nie dotyczył jednak ich nadzoru nad pacjentami, ale tego, że nazywali siebie naukowcami. Ojciec antypsychiatrii proponuje, by wyrażenie „choroba psychiczna” potraktować jako metaforę, figurę językową i na jej miejsce wprowadzić eufemistyczne określenie „zaburzenia psychicznego”. Miał być to pierwszy krok na drodze obalenia głównych fałszywych konstruktów myślowych współczesnej psychiatrii.

Podwaliny pod koncepcje antypsychiatryczne na płaszczyźnie praktycznych działań położyła kontrowersyjna organizacja scjentologiczna. Założył ją w roku 1951 Lafayette Ronald Hubbard jako swoistą alternatywę dla psychologii, psychoterapii i właśnie psychiatrii, a zatem dla dziedzin, które według nauk scjentologów miały przyczynić się do śmierci wielu ludzi. Prawdziwie leczące były zgodnie z tym podejściem jedynie tzw. technologie Hubbarda. Kościół scjentologiczny w swych początkach zasadzał się więc na ataku m.in. na psychiatrię. Dopiero następna dekada przeniosła ową krytykę na płaszczyznę teoretyczną. I choć sama antypsychiatria niejednokrotnie odcinała się od scjentologii, to obydwa ruchy połączyły swe siły, by stosunkowo niedawno, bo w roku 2005, otworzyć w Los Angeles szokujące muzeum „Psychiatria: Przemysł Śmierci”, poświęcone mrocznej stronie nauki o terapii osób chorujących psychicznie.

To właśnie powyższe zjawiska doprowadziły do przewrotu w historycznych badaniach nad psychiatrią, która odtąd przestała być postrzegana w tradycyjny sposób: w kategoriach rozwoju i kumulacji wiedzy o osobach chorujących psychicznie i sposobach ich leczenia. Przyczyniła się do tego jeszcze jedna niezwykle ważna postać: Michel Foucault, którego myśl konwencjonalnie opatrywano etykietą antypsychiatrii, czemu zresztą sam autor Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu konsekwentnie się sprzeciwiał. Foucault nie tyle zastanawiał się bowiem nad realnością choroby umysłowej, ile sugerował, że posługiwanie się tym określeniem jest niebezpieczne. Przypisuje się mu trzecią drogę w podejściu do historii psychiatrii, obok klasycznego i antypsychiatrycznego widzenia dziejów tej dziedziny. Foucault stał na najbliższym mi stanowisku problematyzacji pojęcia choroby psychicznej. Wskazywał, że nie można go używać niewinnie, podobnie jak trudno pisać o prostym postępie w historii nauki o zaburzeniach psychicznych. Co więcej, wywołał swoiste zamieszanie wokół wartościowania samych narodzin psychiatrii, o którym to zamieszaniu muszę napisać nieco więcej.

Mit początków psychiatrii nie mógł być przyjmowany z tą samą naiwnością co historie narodzin innych dziedzin wiedzy medycznej, również z powodu oczywistego związku psychiatrii z psychoanalizą. Szczególnie że twórca tej drugiej zasłynął z rewizjonistycznej wizji historii i przywiązania do prowadzenia demaskatorskich badań nad początkami jako kluczem do zrozumienia danego zjawiska. Z podejrzliwością wobec przeszłości wiąże się szczególnie jeden z tekstów Zygmunta Freuda Romans rodzinny neurotyków (Der Familienroman der Neurotiker) z roku 1909, gdzie przedstawiona zostaje fantazja dziecka o byciu adoptowanym. Jak zauważa Maria Janion, „Freuda najbardziej fascynował Familienroman, czyli scenariusz jednego z podstawowych fantazmatów, dotyczący początków i pochodzenia”.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Trudne początki psychiatrii

Tym trudniejsza robi się odpowiedź na pytanie, jak narodziła się psychiatria. Już w sam kontekst powstania nowoczesnego szpitala psychiatrycznego wpisana jest niejednoznaczność. Mamy rok 1793. Paryż po rewolucji francuskiej, w którym znajdujemy dwa szpitale ogólne (hôpitaux généraux): Bicêtre przeznaczony dla mężczyzn i Salpêtrière dla kobiet. Status tych instytucji, w których trzymano głównie obłąkanych, był różny od innych szpitali. Miejsca te pełniły funkcje nadzorcze, a nie lecznicze. Rząd jakobiński powierza wówczas kontrolę nad obydwoma szpitalami stosunkowo młodemu, bo zaledwie 38-letniemu, lekarzowi – wspomnianemu Pinelowi. Ten z kolei w reformatorskim geście rozkuwa z kajdan obłąkanych w Bicêtre, co zresztą uwiecznione zostało na wielu obrazach. Warto jednak zaznaczyć, że samo polecenie wydał ówczesny dyrektor szpitala Jean-Baptiste Pussin. Dwa lata później Pinel ponawia ten ruch w Salpêtrière, gdzie pełni już funkcję dyrektora.

Ten symboliczny gest z roku 1793 stanowi osobliwy mit założycielski psychiatrii. Osobliwy, bo nie ma zgody co do tego, czy Pinel postąpił słusznie. W końcu francuski lekarz zastąpił łańcuchy kaftanami bezpieczeństwa. Lecz nie o środki przymusu tu chodzi, tylko o to, jak zinterpretować tak zarysowane narodziny psychiatrii. Jedni sądzą, że dopiero za sprawą Pinela dostrzeżono w szaleńcu już nie tyle zbrodniarza, ile człowieka chorego, cierpiącego, potrzebującego medycznej pomocy. Inni, przedstawiciele nieklasycznych historii psychiatrii, zdają się interpretować ten fakt zgoła przeciwnie: jako posiadający dla samych obłąkanych negatywny wydźwięk. Z jednej strony progresywna historia psychiatrii wskazuje na ten moment jako na początki psychiatrii uważanej od tej pory za samodzielną dyscyplinę wiedzy i humanitarną dziedzinę praktyk terapeutycznych. Z drugiej strony mamy hipotezę „wielkiego zamknięcia” autorstwa wzmiankowanego Foucaulta. Hipotezę mówiącą, że w dobie klasycyzmu dokonano masowego internowania wykluczonych, do których zaliczano szaleńców, a ich domniemany akt uwolnienia przez Pinela miał w istocie utrwalić izolację obłąkanych poprzez wykluczenie ich ze sfery rozumu. Po latach Foucault podczas wykładów w Collège de France nieco zmodyfikuje swoją interpretację rewolucji psychiatrycznej. Położy nacisk na kluczowy dla zrozumienia, czym jest psychiatria, problem władzy. Jednak wciąż Pinel, jako ojciec tej dyscypliny, będzie traktowany jako osoba, która posiada wiedzę, a zatem władzę nad obłąkanymi. Sztandarowa postać nowożytnej psychiatrii przestaje być bohaterem, a staje się przedstawicielem władzy dyscyplinarnej, będącej warunkiem ukonstytuowania się wiedzy psychiatrycznej.

Protopsychoterapia – leczenie moralne

Jest jeszcze jedna kontrowersja związana z nazwiskiem ojca psychiatrii. Pinel – obok wspominanego Tuke’a i Chiarugiego – uważany jest za twórcę terapii moralnej chorych umysłowo, zastosowanej po raz pierwszy pod koniec XVIII w. To Pinel wprowadził pojęcie le traitement moral, co przetłumaczono u nas jako terapię moralną właśnie. Znaczenie tego sformułowania odnosi się do leczenia umysłowego czy też psychologicznego, polegającego na celowym wykorzystywaniu relacji lekarz–pacjent i bezpośrednim wpływie na psychikę pacjenta. W podejściu tym, obejmującym rozmowę z pacjentem, klasyczni historycy psychiatrii dopatrywali się kroku naprzód w stosunku do wcześniejszych, brutalnych metod leczenia obłąkanych. Widzieli w nim prototyp psychoterapii. Przeciwna interpretacja wskazywała, iż był to w istocie krok do tyłu, który utorował drogę „moralnemu zarządzaniu” chorymi umysłowo i zahamował rozwój terapii somatycznej, w której poprzez zmiany organiczne dochodzi się do przywrócenia zdrowia psychicznego pacjenta. Według Pinela to jednak właśnie terapia moralna miała decydować o różnicy między nowoczesnymi zakładami psychiatrycznymi a zwyk łymi przytułkami dla obłąkanych.

Nawet jeśli na moment odrzucić kontrowersje związane z jej warstwą interpretacyjną i pozostać na poziomie znajomości faktów, historia początków leczenia chorych umysłowo wciąż nie jest prosta. Niektórzy historycy wykazują, że metodę terapii moralnej zastosował jako pierwszy – już w roku 1793 – Vincenzo Chiarugi z Florencji. W jego wykonaniu polegała ona na rozbudzaniu i pielęgnowaniu nadziei wśród chorych umysłowo. Twarde dowody w postaci pism poświęconych le traitement moral znajdujemy dopiero u Pinela, który w roku 1800 po raz pierwszy użył tego określenia. Jak pisze w swoim Traktacie medyczno-filozoficznym, pacjentów należy „poddać swego rodzaju leczeniu psychologicznemu [d’institution morale], aby wykształcić i wzmocnić w nich władze umysłowe”.

Dalszy opis autorstwa Pinela wskazuje, że inspiracją dla stworzenia tej metody leczenia był sposób traktowania pacjentów, który przyjęła żona ówczesnego dyrektora szpitala w Bicêtre – Marguerite Jubline Pussin. Miała ona uratować kilku chorych psychicznie przed śmiercią głodową, zdobywając ich zaufanie. Pinel opisuje w traktacie sytuację, gdy madame Pussin – jak ją nazywa, nie zdradzając nigdzie jej imienia – przekonała do spożycia posiłku pacjenta będącego na skraju wyczerpania głodowego. Długo z nim rozmawiała, sama nieraz zachowywała się jak obłąkana, czym udało jej się pozyskać sympatię i ufność chorego. Według opisu samego ojca terapii moralnej metoda ta nie powstałaby bez inspirującego wpływu pani Pussin. W początki terapii moralnej wpisana więc została formacyjna rola kobiet. Podobnie jak w początki nurtu psychoanalitycznego, o których nieraz mówi się nieco humorystycznie (i mizoginistycznie), że psychoanaliza rozpoczęła się dzięki kobietom, pierwszym pacjentkom Freuda, które były na tyle gadatliwe, że przyczyniły się do stworzenia formuły, w której to pacjent mówi, a analityk słucha. Jednak udział kobiet, a właściwie konkretnej kobiety, w powstaniu terapii moralnej jest o wiele poważniejszy. Opierając się wyłącznie na relacji Pinela, można by napisać, że Marguerite Jubline Pussin była twórczynią le traitement morale. A opublikowany kilka lat temu w „The British Journal of Psychiatry” artykuł o początkach psychiatrii The man behind Philippe Pinel: Jean-Baptiste Pussin powinien nosić tytuł: „The woman behind Philippe Pinel: Marguerite Jubline Pussin”.

Nie sposób zyskać pełnego wyobrażenia o tym, jak wyglądało stosowanie techniki terapii moralnej. Jej niejasne początki mają też mglistą kontynuację w postaci spopularyzowania tej metody leczenia w Anglii przez kwakra Williama Tuke’a, któremu dziś zarzuca się naiwność i nadmierną wiarę w zwycięstwo siły woli nad chorobami psychicznymi. Niektórzy badacze historii psychopatologii przekonują jedynie, że „reformatorzy moralni, jak Tuke i Pinel, widzieli w szaleństwie załamanie wewnętrznej, racjonalnej dyscypliny chorego”. Inaczej niż przedstawiciele – uważanej za przeciwieństwo – terapii somatycznej, nazywanej również leczeniem fizycznym lub cielesnym, gdzie poprzez zmianę organiczną, bez moralizatorstwa, dochodzono do przywrócenia zdrowia psychicznego pacjenta. W historii idei leczenia chorych umysłowo szczególnie na terenie Francji doszło więc do podziału metod terapeutycznych na leczenie: moralne oraz fizyczne.

Warto zwrócić uwagę, że interesująca mnie idea terapii psychicznej trafiła na podatny grunt również w Stanach Zjednoczonych, gdzie Benjamin Rush (uważany za ojca amerykańskiej psychiatrii) prowadził pod koniec XVIII w. rozważania na temat perswazji moralnej, wyprzedzając – zdaniem jego biografów – późniejsze koncepcje leczenia psychologicznego. Co więcej, ówcześnie prowadzone badania statystyczne wykazały, iż skutki leczenia tym „naiwnym” (w naszych oczach) podejściem w szpitalu założonym przez Rusha niewiele różniły się od efektów uzyskiwanych we współczesnych, nowoczesnych instytucjach.

Dopiero jednak terapia moralna w rozumieniu badaczy z okresu niemieckiego romantyzmu antycypowała nowożytną psychoterapię. Znani pionierzy leczenia psychicznego: Johann Ch.A. Heinroth, Carl W. Ideler, Heinrich W. Neumann i inni, zwracali szczególną uwagę na rozmowę z chorym. I na odwoływanie się – podczas prekursorskich sesji talking cure – do pragnień, namiętności i poczucia winy, będących przyczyną cierpienia pacjenta. Tak rozumiana terapia psychologiczna dominowała do poł. XIX w., by następnie zostać niemal zupełnie wyrugowaną przez metody somatyczne. Warto zaznaczyć, że myślenie w kategoriach leczenia umysłowego powróciło do łask z końcem XIX stulecia. Jedno z pierwszych pism Freuda, pochodzące z 1890 r., a jednocześnie jego pierwsze dzieło poświęcone metodom terapii, dotyczyło właśnie kuracji psychicznej, a zatytułowane zostało Terapia psychiczna (terapia duszy).

Protopsychoterapia – mesmeryzm i hipnoza

Nawet powyższa miniopowieść o początkach myślenia psychiatrycznego i psychoterapeutycznego budzi liczne kontrowersje. Powszechnie przyjmuje się bowiem, że nowożytnej psychoterapii nie było przed psychoanalizą. Ta natomiast wyrosła z magnetyzmu zwierzęcego (mesmeryzmu), którego swoiste rozwinięcie w 2. poł. XIX w. stanowiła technika hipnotyczna. Hipoteza mówiąca o tym, że psychoterapia tkwi korzeniami w wyżej omówionej terapii moralnej, budzi wiele kontrowersji, bo zwraca uwagę na związki psychoterapii z manipulacją, moralizatorstwem, społecznym nadzorem i umieszczaniem obłąkanego w sferze społecznego wykluczenia. Argument ten wielokrotnie podnosili krytycy psychoterapii, stąd zapewne tak trudno przedostać się tej hipotezie do głównego nurtu historiografii psychiatrycznej.

Lecz powtarzana opowieść o wprowadzeniu psychoterapii do Francji dzięki Mesmerowi ma również punkty kontrowersyjne. Niemiecki lekarz Franz Anton Mesmer stworzył metodę, którą sam nazwał „magnetyzmem zwierzęcym”. W określeniu „zwierzęcy” (animal) chodziło mu o procesy, które zachodzą w świecie organizmów żywych. O podkreślenie, że jego doktryna dotyczy nie metali, ale materii ożywionej. Pisał, że nośnikiem wzajemnego wpływu między ciałami niebieskimi i organicznymi jest fluid magnetyczny. Jego przepływy można odpowiednio kierować: wzmacniać je lub osłabiać. Mesmer na początku korzystał z namagnesowanych metali, które przeciągał wzdłuż ciała pacjenta w celu manipulowania fluidami. W roku 1774 nastąpiła zmiana w modelu terapii magnetyzmem. Wtedy to Mesmer zauważył, że jego ciało może również zachowywać się jak magnes. A właściwie stwierdził, że ciało lekarza jest najlepszym magnesem. W jego ujęciu terapia magnetyzmem polegała więc na oddziaływaniu na chorego poprzez wywoływanie u niego specyficznego stanu snu magnetycznego, połączonego z konwulsjami (napadami). W tym celu stosował tzw. głaski mesmeryczne, rodzaj bezpośredniego oddziaływania magnetyzera na pacjenta. Warunkiem niezbędnym każdej terapii było doprowadzenie chorego do stanu, który objawiał się wspomnianym atakiem spazmów i paroksyzmów. Chodziło o kryzys (crise) – wstrząs, moment przełomowy, najcięższy etap w chorobie. A najlepszym sposobem na wywołanie tego kryzysu był właśnie magnetyzm zwierzęcy. Czyli wzmocnienie przepływu fluidu magnetycznego u chorego. Fluidu, który ożywia nerwy, czyniąc je drażliwymi. Te zaś, jeśli są osłabione, tzn. chore, pod wpływem magnetyzmu podatne są na wstrząsy.

Kiedy w roku 1778 Mesmer przyjeżdża do Paryża, to równie często co bezpośredni kontakt z pacjentem stosuje balię wypełnioną opiłkami żelaza (baquet de Mesmer). Ten wynalazek umożliwił mu wprowadzenie osobliwej terapii grupowej. Z wanny wypełnionej opiłkami wychodziły żelazne pręty. Wokół naczynia stawali pacjenci, trzymając tyki w rękach i pobierając leczniczy fluid. Zarówno przy głaskach magnetycznych, jak i w przypadku balii jedynym czynnikiem leczącym według Mesmera był fluid magnetyczny. Spotkania z jego zastosowaniem, mające prowadzić do całkowitego wyleczenia, trwały zwykle pół roku bądź dłużej. Mesmer przekształcił swoją naukę w rodzaj mody. W owym czasie pisano o epidemii magnetyzmu zwierzęcego. O tym, że „wszyscy mesmeryzują”.

Według twórcy magnetyzmu zwierzęcego sama metoda leczenia była fizjologiczna. A zatem nie były brane w niej pod uwagę czynniki psychologiczne. Co więcej, Mesmer miał na swoim koncie wiele uzdrowień. Na jakiś czas stracił jednak zaufanie społeczne, gdy postawiono mu zarzut o nadużycia seksualne wobec 18-letniej pacjentki Marii Theresii Paradis cierpiącej na ślepotę histeryczną. Dla naszej historii początków ważne jest jednak co innego: to, co wówczas określano jako magnetyzm, i leczenie wywodzące się z magnetyzmu. W poł. XIX w. nastąpił poważny zwrot w ramach zachodnioeuropejskiej protopsychoanalizy, kiedy to termin „magnetyzm zwierzęcy” został zastąpiony przez pojęcie „hipnotyzmu”. Swoje zastosowanie znalazły nowe techniki leczenia, gdzie zjawisko hipnozy było interpretowane na różne sposoby, m.in. przez psychologiczne rozumienie sugestii – zgodnie z wykładnią tzw. szkoły z Nancy.

To w hipnozie bowiem upatruje się najczęściej bliskiej poprzedniczki psychoanalizy, a co za tym idzie, psychoterapii.

I mimo że potocznie o hipnozie mówi się z nieufnością, to wciąż te korzenie psychoterapii budzą mniej kontrowersji niż te Pinelowskie. Tam gdzie da się porównać psychoanalizę do terapii moralnej – jak to robi np. Jeffrey Masson w Przeciw terapii – tam jest ona stracona jako moralizująca, opresyjna siła.

Świat przedpsychiatryczny

Wracając do gestu założycielskiego psychiatrii, jak do refrenu tej opowieści o początkach myślenia w kategoriach norm i chorób psychicznych: o co chodzi z tym powtarzanym jak mantra historii psychiatrii rozkuwaniem z kajdan obłąkanych, czyli jak wyglądało życie przed powstaniem psychiatrii?

Świat bez psychiatrii to rzeczywistość, wobec której nie możemy stosować pojęć zdrowia i choroby psychicznej. Choć obłąkanych w okresie przedpsychiatrycznym odnajdziemy w najróżniejszych miejscach. Są i u czubków, jak nazywano (od ich spiczastych kapturów) braci miłosierdzia, którzy tworzyli pierwsze przytułki dla obłąkanych. Znajdziemy ich również w Tollhäuserach (domach wariatów) i w „szalonych kamienicach” (jedną z pierwszych w Polsce stworzono w poł. XVII w. w Krakowie na ul. Szpitalnej 13). Przez wieki szaleniec będzie zmieniał swój status, raz jako opętany, innym razem jako „święty”, czarownica czy „wioskowy głupek”. Przed powstaniem nowoczesnych szpitali psychiatrycznych szaleńca traktowano przede wszystkim jak złoczyńcę stanowiącego zagrożenie dla społeczeństwa. Dylemat mad or bad (szalony czy zły?) rozwiązywano wobec obłąkanego na korzyść tego drugiego członu. Człowiek szalony był przede wszystkim niebezpieczny. Stąd te łańcuchy, w których zastał chorych umysłowo Pinel. Taka też była funkcja wielkich „szpitali ogólnych” – przytułków, o których była mowa. Trzeba było nadzorować tych, z którymi rodziny czy inne grupy społeczne nie potrafiły sobie dać rady. A nie leczyć. Dopiero właśnie pod koniec XVIII w. postawiono pytanie: jak zmienić domy wariatów w instytucje lecznicze? I padły pierwsze odpowiedzi: zastosować dyscyplinę, wprowadzić spokój, odbyć rozmowę. Nowa była też myśl, że samo przebywanie w szpitalu może mieć funkcję terapeutyczną. Choć wartość tego pomysłu wśród historyków psychiatrii wzbudziła nowe kontrowersje.

*

Na koniec chciałam zaznaczyć, że w tej swoistej pokorze pisania o przeszłości psychiatrii nie jestem osamotniona. Henri Ellenberger w monumentalnej pracy poświęconej dziejom psychiatrii dynamicznej i idei nieświadomości zastanawia się nad złożoną przeszłością psychopatologii i pyta: czy jakakolwiek inna gałąź psychologii zawiera więcej legend oraz niedomówień niż historia psychoterapii? Ta retoryka miała zmusić samego autora i innych badaczy do bardziej systematycznych studiów i przemyśleń na temat dziejów psychiatrii i psychoterapii. Ale wciąż zdecydowanie za mało miejsca poświęca się historii tej dziedziny wiedzy i praktyki. Jakby nauka o osobach chorujących psychicznie i sposobach ich leczenia nie miała przeszłości, lecz wyłącznie przyszłość. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać, iż jest inaczej. Mimo że podczas przygotowywania tego tekstu zdecydowanie dotknął mnie tzw. efekt Dunninga-Krugera, polegający na tym, że jako osoba wykwalifikowana w historii psychiatrii zwątpiłam w to, że mogę cokolwiek o tej dziedzinie napisać, podczas gdy osoby niewykwalifikowane w niej mogłyby pisać z pewnością siebie, jak kształtowało się myślenie o chorobach psychicznych.

Pomimo tych problemów przychodzi mi do głowy refleksja płynąca z (nie)pisania o historii psychiatrii: skoro tak trudno opowiedzieć o historycznych początkach pojęć zdrowia i choroby psychicznej, to z jaką delikatnością i świadomością komplikacji i niuansów powinniśmy mówić o problemach psychicznych obecnie? Mimo niewątpliwych trudności myślę, że warto się z tym tematem zmierzyć, szukać języka do mówienia o tym, co niełatwe, o cierpieniu psychicznym i o naszych dalekich obłąkanych krewnych, pierwszych pacjentach szpitali psychiatrycznych, pierwszych odbiorcach terapii psychicznej.

Tekst stanowi rozbudowaną wersję artykułu opublikowanego na portalu „Granice nauki”

Kup numer