fot. Michael Kappeler/DPA/PAP
z Anną Alboth rozmawia Martyna Słowik czerwiec 2022

Rozwijające uczucie

Jeżeli sami nie jesteśmy zadbani, mamy niezaspokojone podstawowe potrzeby, to nie pomożemy skutecznie innym. To jest analogiczna sytuacja jak w samolocie, gdy trzeba założyć maskę tlenową. Najpierw musisz założyć ją sobie, aby pomóc innym, np. dzieciom.

Artykuł z numeru

Moje duchowe miejsce

Czytaj także

z Janiną Ochojską rozmawia Marzena Zdanowska

Chodzi o to, żeby silniejszy wyciągnął rękę

Po Marszu dla Aleppo, który zorganizowałaś w 2016 r., w jednej z rozmów przyznałaś, że z powodu rozłąki z najbliższymi i przeróżnych napięć omal nie rozpadła się Twoja rodzina. Czy da się w ogóle skutecznie pomagać innym, zachowując psychiczne rezerwy i nie tracąc tego, co dla nas ważne?

Po latach przeróżnych doświadczeń w  pomaganiu już wiem, że jest ono bardzo obciążające. Czasami może nam się wydawać, że to prosta i naturalna sprawa: ktoś jest w potrzebie, więc pomagamy – i już. W dużej mierze to prawda, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że zawsze płaci się jakąś cenę – czy to jest oddanie swojego czasu, który można by przeznaczyć na siebie czy bliskich; czy chodzi o poświęcenie pieniędzy, które można by wydać na coś innego; czy to jest zdrowie, bo można by się wyspać i lepiej zjeść; czy kariera, bo zamiast pomagać, moglibyśmy piąć się po kolejnych szczebelkach; czy też przeczytane książki, obejrzane filmy, rozwijane zainteresowania…

Przeżyliśmy narodowy zryw solidarności, rzuciliśmy się do pomagania ludziom uciekającym przed wojną w Ukrainie. Czasami od razu zaczynaliśmy od przysłowiowej głębokiej wody, np. braliśmy pod swój dach ukraińskie rodziny, choć często z własną nie wytrzymujemy dłużej niż trzy dni, a metraż naszych mieszkań pozostawia wiele do życzenia. Teraz fala szoku i współczucia opada. Nie przewidzieliśmy własnych ograniczeń?

Mam wokół siebie osoby, które pomagają innym od lat w bardzo różny sposób. Przyzwyczaiłam się, że tak jest. Mimo to gdy obserwowałam, co się dzieje w  związku z  wojną w  Ukrainie, byłam podbudowana, że na pomoc ruszyło wielu ludzi, którzy wcześniej nie byli zaangażowani i nagle zaczęli aktywnie działać.

Jednak pomagający bardzo szybko zderzają się z  rzeczywistością, o której wcześniej, w przypływie współczucia, nie było czasu pomyśleć. Chodzi o  przyziemne rzeczy – gdy człowiek jest śpiący, to mylą mu się słowa po ukraińsku, z większą trudnością myśli, porusza się. Gdy jest chory i  nie pójdzie do lekarza, nie zadba o siebie, to za chwilę rozchoruje się jeszcze bardziej i  sam nie będzie mógł pomagać. Jeżeli sami nie jesteśmy zadbani, mamy niezaspokojone podstawowe potrzeby, to nie pomożemy skutecznie innym. To jest analogiczna sytuacja jak w samolocie, gdy trzeba założyć maskę tlenową. Najpierw musisz założyć ją sobie, aby pomóc innym, np. dzieciom. Nie da się pomagać, jeżeli samemu nie jest się w dobrym miejscu. O tym za mało się mówi.

Za pomaganie, aktywizm, włączenie się w sprawy innych płaci się cenę. Warto wcześniej zadać sobie pytanie: dlaczego poświęcamy czas i inne zasoby? Jak to na nas wpływa, co nam daje, a czego nie? Taka samoświadomość i wiedza pozwolą nam rozłożyć siły oraz pomóc w mądrzejszy sposób.

Zadałaś sobie te pytania przed Marszem dla Aleppo?

Nie. Teraz jestem o to mądrzejsza.

Marsz to była wielka sprawa, długie i trudne przedsięwzięcie. Dużo więcej mogłabym przewidzieć, gdybym zastanowiła się nad tym, zanim wyruszyłam. Ale działałam spontanicznie i  nie pomyślałam, czym będzie taka długa rozłąka dla mojej rodziny, dzieci i męża. Przyjeżdżałam czasami do Berlina, jednak emocjonalnie było mnie znacznie mniej. Nagle poświęciłam się Syrii i to Syryjczycy byli wtedy dla mnie najważniejsi. Nie zastanawiałam się nad tym, co mówię moim bliskim taką postawą. W mojej głowie było jasne, że to oni są dla mnie najważniejsi na całe życie, jednak w tamtym momencie, gdy Syryjczykom źle się działo, czułam, że mogę i powinnam zrobić więcej dla nich niż dla najbliższych razem z grupą, która czuła tak samo jak ja. Moja rodzina i ja ponieśliśmy konsekwencje tej spontaniczności. Pozbieraliśmy się i  teraz wszystko jest dobrze, ale to był naprawdę trudny czas. Pamiętam, że w jednym z wywiadów, którego udzieliłam po Marszu, powiedziałam, że jeśli moja rodzina by się rozpadła, to cena tej pomocy byłaby za duża. Na szczęście tak się nie stało. Udało nam się przepracować i zrozumieć to, co się wydarzyło. Myślę, że sytuacja, gdy w odruchu serca bierzemy do siebie ukraińskie rodziny bez umówienia się między sobą, na jak długo i na jakich zasadach je przyjmujemy, jest bardzo podobna. Stwarza potencjał do powstania wielu problemów.

Gdy opowiadasz o swoich doświadczeniach z pomaganiem, dochodzę do wniosku, że jego mądrość bierze się z praktyki. Ale może nie wszyscy pomagający muszą popełnić te same błędy?

Tak, warto czerpać z pracy innych ludzi, którzy zjedli na czymś zęby, a  jednocześnie poznawać swoje możliwości, to, w  czym jestem dobra i w czym się przydaję. Dobrze jest, jeżeli ludzie pomagają najlepszym, co mają, bo wtedy pomoc jest efektywniejsza, bardziej wydajna. Po prostu mądrzejsza.

Lubię opowiadać o 2015 r. i tym, jak wielu Syryjczyków przyjechało do Berlina. Berlińczycy brali się za to, co potrafili. Raz w tygodniu fryzjer strzygł Syryjczyków za darmo, ludzie ze sklepu z rowerami reperowali bezpłatnie ich pojazdy itd. Takie pomaganie ma sens.

To, na czym się znamy, robimy najlepiej, kosztuje mniej energii, która jest przecież zasobem wyczerpywalnym. Nie ma sensu, abyśmy nagle zmieniali branżę, wchodzili w  zupełnie nowe rzeczy i  zostawali np. pracownikami humanitarnymi na granicy, jeżeli nigdy tego nie robiliśmy, nie przeszliśmy żadnych kursów, nie mamy pojęcia o radzeniu sobie z traumą.

Jestem pewna, że lata doświadczenia pomogły mi znaleźć przestrzenie, w  których mogę się przydać. Jednocześnie nauczyłam się odpuszczać i wybaczać sobie, że nie we wszystko i nie w każdym momencie jestem zaangażowana. Nabrałam też praktyki, doszkalając się, czytając, pracując na co dzień z ekspertami w temacie pomagania. To wszystko sprawia, że mogę to robić coraz lepiej.

Wspomniałaś, żeby na początku zadać sobie pytanie, dlaczego pomagamy. Jak jest w Twoim przypadku – dlaczego to robisz i co Ci to daje?

Kiedyś zdałam sobie sprawę, że jest mi strasznie niewygodnie w życiu, gdy ktoś obok ma gorzej, a niczym złym na to nie zasłużył. Z  tym poczuciem radzę sobie poprzez działanie. Wiem, że nie każdy tak musi mieć. Są ludzie, którym pomaga odcięcie się od informacji. Nie interesują się, zamykają komputer, wyłączają radio i telewizor. Mnie jest dużo lepiej, jeżeli działam. Jeżeli widzę, że swoimi rękoma coś robię, zaniosę komuś wodę do lasu czy zrobię zakupy sąsiadowi, który nie może chodzić. To może być bardzo maleńka rzecz, ale gdy widzę efekt mojego działania i realną zmianę – np. to, że ktoś po kilku dniach bez posiłku zjadł, napił się wody czy spał w ciepłym śpiworze – to bardzo mi pomaga. Najgorzej czuję się, gdy nie mogę nic w danej sprawie zrobić.

Co jest kwestią, w której czujesz się bezradna?

Sytuacja w Jemenie i głód, który tam panuje. Zamknęłam ten temat w głowie, bo wariuję, gdy o nim myślę. Mam wrażenie, że skala problemu jest tak rozległa, że cokolwiek bym zrobiła zza mojego biurka w Berlinie, to niewiele pomoże.

Wiem, że to nie jest mądre, bo można tak myśleć i  mówić o każdym innym problemie. Być może mogłabym zorganizować zbiórkę pieniędzy dla pewnej liczby dzieci w  Jemenie i  dzięki niej mogłyby coś zjeść. Jednak teraz gdy wiem, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, bardzo świadomie wybieram tematy i sposoby zaangażowania. Nie mogę w tym samym czasie być na dyżurach na dworcach w dużych miastach, gdzie przyjeżdżają ludzie z Ukrainy, informować międzynarodowe media o tym, co się dzieje, oraz być na granicy polsko-białoruskiej i podawać butelki wody. To jest niewykonalne. Jeżeli problemy mnie przerastają, to staram się skoncentrować na kilku bardzo konkretnych rzeczach.

W pierwszych tygodniach wojny w Ukrainie miałam wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy szłam z koleżanką na kawę i ciastko. Jak wielu innych starałam się pomagać, a mimo to gdy odrywałam się i poświęcałam czas małym przyjemnościom, pojawiały się natrętne myśli, że niedaleko stąd giną ludzie, a ja jak gdyby nigdy nic piję kawę. Czy to w porządku? Czy można wyjechać na wakacje, gdy w sąsiednim kraju trwa wojna, a na białoruskiej granicy kryzys humanitarny?

Zawsze gdzieś na świecie jest jakiś kryzys, coś złego się dzieje i umierają ludzie. To by oznaczało, że nigdy nie możemy iść na imprezę, pojechać na wycieczkę czy spotkać się z przyjaciółmi przy zastawionym stole. Oczywiście to niestosowne robić piknik obok obozu dla uchodźców. Ale uważam, że trzeba żyć. Jeżeli wszyscy będziemy się zamęczać, to na pewno w niczym nie pomożemy.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Pamiętam, że w listopadzie 2021 r. prosto z granicy białoruskiej pojechałam z moją córką do Paryża na pięć dni. Obiecywałam jej ten wyjazd od dawna, a ona bardzo o nim marzyła. Czas był potworny. Wróciłam w środku nocy prosto z  granicy, a  o  świcie miałyśmy samolot. Byłam nieprzytomnie zmęczona, myślami zupełnie gdzie indziej. Czułam się też okropnie winna. Wydaję kasę i jadę na wakacje z córką, a tam trwa kryzys humanitarny. Jak mogę? Gdy wchodziłyśmy razem na wieżę Eiffla, układałam to sobie w głowie. Pomyślałam, że przecież chcemy dla uchodźców, którym pomagamy na granicy czy w obozach, tego samego – żeby też mogli zabrać swoje dzieci na wycieczkę. O taką rzeczywistość walczymy. Chcielibyśmy, aby wszyscy mogli spełniać marzenia swoje i swoich dzieci, pokazywać im świat, podróżować. W tym nie ma nic złego. To wszystko jest nam też potrzebne, aby budować nasze relacje i  zachować równowagę psychiczną. Dzięki niej jesteśmy w stanie pomagać. Kiedyś ktoś mi powiedział, że mięśnie człowieka rosną wtedy, gdy odpoczywają. Gdy zasuwa się na siłowni, ćwiczy i ćwiczy, to później tym bardziej potrzebny jest czas, gdy ciało może odetchnąć, odżywić się, wyspać. To są chwile, w których rosną mięśnie. To obrazowe porównanie zostało mi w głowie. Za każdym razem gdy ciężko pracuję, przypominam sobie o nim. Czas wolny, odpoczynek, regeneracja są niezbędne do rozwoju, przetrawienia naszego zaangażowania i nabrania dystansu.

Gdy Cię słucham, staram się stworzyć w głowie ABC dobrego i długotrwałego pomagania. Po pierwsze – zapytać samego siebie, dlaczego i po co to robimy oraz co możemy poświęcić. Po drugie – w pomaganiu korzystać przede wszystkim z kompetencji i narzędzi, które już mamy. Po trzecie – mieć wyrozumiałość wobec siebie i akceptować, że nie wszystkim i nie zawsze możemy pomóc. Co jeszcze jest ważne? 

Świadomość, że pomaganie i wspieranie innych to rzeczy istniejące na świecie od setek lat. Zamiast wyważać otwarte drzwi, warto wziąć głębszy wdech i  najpierw sprawdzić, czy ktoś już robi to, czego chcemy się podjąć. Poszukać, czy nie popełniono wcześniej błędów, które możemy popełnić.

Aktywizm to nie jest żaden konkurs i wyścig indywidualny, warto grać razem z innymi. To nie zawody o to, kto jest lepszy, bardziej zaangażowany i poświęca więcej czasu na pomaganie. Jesteśmy wspólnikami, nie konkurencją.

Są osoby, które traktują pomaganie jak sprint i rywalizację?

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer