(fot. Anastasia Zhenina / Unsplash)
Elena Ferrante czerwiec 2022

Przygodne rozważania

Razi mnie butna małostkowość ludzi, którzy uważają się za istoty wybrane, a antropocentryzm – czy to religijny, czy nie – przepełnia niepokojem. Zamek, w którym się obwarowaliśmy, ogłaszając się dziećmi bożymi, a więc panami Wszechświata, jest moim zdaniem przejawem arogancji.

Artykuł z numeru

Moje duchowe miejsce

Czytaj także

Edyta Zielińska

Wiem, kim jest Elena Ferrante

Publikujemy fragmenty Przygodnych rozważań Eleny Ferrante, które ukażą się w czerwcu bieżącego roku nakładem Wydawnictwa Sonia Draga


Narodowość językowa

24 lutego 2018 r.

Kocham swój kraj, ale nie odnajduję w sobie żadnego patriotycznego ducha czy narodowej dumy. Na dodatek pizza mi szkodzi, rzadko jadam spaghetti, nie podnoszę głosu, nie wymachuję rękami, nienawidzę mafii i nie wykrzykuję mamma mia. Cechy narodowościowe to zwykłe uproszczenie. Ze stereotypami należy walczyć. Dla mnie bycie Włoszką zawiera się w fakcie, że mówię i piszę po włosku. Komuś może się to wydawać mało, ale zapewniam, że to bardzo wiele. Każdy język jest kompendium historii, geografii, życia materialnego i duchowego, przywar i cnót nie tylko jednostki, która się nim aktualnie posługuje, ale wszystkich innych, którzy nim mówili przez minione stulecia. Słowa, gramatyka, składnia są jak dłuto rzeźbiące w myśli. I nie chodzi mi tylko o tradycję literacką, o tę niezwykłą rafinerię życiowego doświadczenia, aktywną od wieków, o studnię mądrości i technik wyrazu, z której dane mi było czerpać i która mnie ukształtowała. Bo gdy mówię, że jestem Włoszką, ponieważ piszę po włosku, chodzi mi o to, że to jedyna płaszczyzna, na jakiej jestem skłonna przypisać sobie narodowość. Pozostałe mi nie odpowiadają, wręcz mnie przerażają, zwłaszcza gdy przyjmują postać nacjonalizmu, szowinizmu, imperializmu i gdy niegodnie wysługują się językiem – czy to barykadując się za nim i pielęgnując bezproduktywną i zgoła niemożliwą do utrzymania czystość, czy to narzucając swoje poglądy przy użyciu przewagi ekonomicznej i broni. Tak było, tak jest i tak będzie, choć to zło dążące do wyeliminowania różnic, przez co zubaża nas wszystkich. Opowiadam się za narodowością językową jako szansą na dialog, na pokonanie granic i na spojrzenie poza istniejące bariery, zwłaszcza te wynikające z płci. Dlatego za jedynych bohaterów uważam tłumaczki i tłumaczy (zachwyt budzą we mnie ci, którzy dobrze opanowali sztukę tłumaczenia symultanicznego). Kocham zaś w szczególności tych, którzy są również zagorzałymi czytelnikami i promotorami literatury. Dzięki nim włoska tożsamość wyruszyła w świat, by go ubogacić, pozwalając, żeby ten świat wraz z licznymi językami sam ją przenikał i przemieniał. Ci, którzy tłumaczą, wnoszą jedne narody do drugich, jako pierwsi stykają się z odmiennym sposobem widzenia i odczuwania. Nawet ich błędy są świadectwem wysiłku i dobrych chęci. Tłumaczenie to nasz ratunek, wyciąga nas ze studni, do której trafiliśmy przez czysty przypadek, przez sam fakt narodzin. Jestem więc Włoszką, kompletną i dumną. Gdybym jednak mogła, rzuciłabym się w nurt wszystkich języków i przez wszystkie dałabym się ponieść. I nawet Tłumacz Google, choć pełen omyłek, napawa mnie otuchą, gdy patrzę na długą listę języków wyjściowych i docelowych. Możemy stać się kimś więcej niż tym, kim przyszło nam być.

Jedyne prawdziwe imię

7 kwietnia 2018 r.

W Neapolu, w małym kościółku Pio Monte della Misericordia – tam gdzie można podziwiać słynny obraz Caravaggia poświęcony siedmiu czynom miłosierdzia – pośród innych malowideł znajduje się jedno, które mnie fascynuje i które oglądam za każdym razem, gdy nadarza się okazja. To przedstawienie zakonnicy ze złożonymi rękami, zamkniętymi oczami i z malującym się na twarzy uniesieniem. Tabliczka po prawej stronie dzieła informuje, że to Nostra Signora de la Soledad (Nasza Pani Samotna) pędzla żyjącego w XVII w. Anonima. Słowo to bardzo mi się podoba, i to już od wczesnej młodości. Oznacza, że wszystko, czego mogę się dowiedzieć o człowieku, który namalował ten obraz, mam przed oczami. Wspaniała szansa, by w pełni skupić się na samym efekcie twórczego aktu. Nie muszę zawracać sobie głowy nazwiskiem autora, znanym czy mniej znanym. Mam przed sobą jedynie pracę ludzkiej istoty, która dzięki energii i pomysłowości, rezygnując z tysiąca możliwości zainwestowania własnego czasu, zmagając się z kapryśną materią barw, zobrazowała na takiej, a nie innej powierzchni – w obrębie tradycji, w której wyrosła, przy całym swoim zaangażowaniu, odkładając na bok inne potrzeby – osobistą wizję modlącej się kobiety. Im usilniej przyglądam się mniszce, tym lepiej poznaję tego żyjącego w XVII w. Anonima. Nie jego dane osobowe, nie koleje jego losu, lecz strategie wyrazu. W nich odnajduję historię tego człowieka jako artysty, która jednocześnie jest historią estetycznych wyborów, upodobań i sprzeciwów, wyczucia kompozycji, gramatyki i składni obrazu, eksponowanych uczuć. W przestrzeni dzieła sztuki każdą biografię czy autobiografię cechuje prawda różna od tej, którą przypisujemy życiorysom czy deklaracji podatkowej. W tej przestrzeni bowiem realizuje się, bo musi, wolność inwencji, która może pozwolić sobie na pogwałcenie wszystkich ustaleń w kwestiach prawdy w życiu społecznym. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: o autorze Nostra Signora de la Soledad nie wiem niczego jedynie na płaszczyźnie historyczno-biograficznej. Lecz jego rolę jako artysty poznałam na tyle, że mogłabym tej roli, dla własnej wygody, nadać imię – na przykład żeńskie. Nie chodziłoby o pseudonim, czyli imię na niby, lecz o imię prawdziwe, pomocne w zidentyfikowaniu jego kreatywnej siły i twórczych umiejętności. Każde inne określenie byłoby zbędne, bo wnosiłoby do dzieła dokładnie to, co było trzymane z dala, żeby samo dzieło mogło płynąć na fali wielkiej rzeki form artystycznych. Rzecz jasna, taką operację warto rozciągnąć również na artystów, których mylnie nie uznajemy za „anonimów”. Gdybym aktowi twórczemu Sette opere della Misericordia (Siedem czynów miłosierdzia) nadała imię „Caravaggio”, a jego fizycznemu autorowi – „Michelangelo Merisi”, wolałabym spędzać czas z Caravaggiem, a nie Merisim. Merisi tylko przesłoniłby mi pole widzenia.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Trwoga

21 kwietnia 2018 r.

Od zawsze utożsamiałam się z trzema Mariami, które kiedy udały się do grobu i dowiedziały od anioła, że Jezus, choć umarł, powrócił do życia, ogarnęła trwoga, zadrżały i zaczęły się bać. Swoje religijne doświadczenie zakończyłam mniej więcej w szesnastym roku życia: jednym tchem przeczytałam wszystkie ewangelie i doszłam do wniosku, że historia Jezusa jest okropna. Nawet samo zmartwychwstanie mnie przeraziło, choć powinno być pocieszającym zakończeniem. Mam nadzieję, że kiedyś nadarzy się okazja, by szczegółowo opowiedzieć o tych przeżyciach młodocianej czytelniczki. Teraz zdradzę tylko, że w opowieściach ewangelicznych dopatrzyłam się jedynie, iż wbrew butnym deklaracjom ludzka natura jest mętna, gotowa ukrzyżować bliźnich i każdą inną istotę żywą lub sama iść na krzyż. Ale co najważniejsze, siły nadprzyrodzone też mnie nie przekonały, a wręcz odstraszyły. W moich jeszcze dziecięcych oczach – bo szesnaście lat to mało, by mierzyć się z teologią – Bóg nie pokazał się z najlepszej strony. Z Synem, którego porzucił na krzyżu, postąpił dokładnie tak, jak postąpiłby wyrodny ojciec, o jakim mówią ewangeliści Łukasz i Mateusz: ten, który proszącym o chleb dzieciom daje kamienie, węże i skorpiony. A zmartwychwstanie? Czy to naprawdę sprawiedliwe zadośćuczynienie za okrutną utratę życia ziemskiego, czy jedynie koszmarna magiczna sztuczka, która nie rozwiązała spraw na ziemi i chyba nawet tych równie skomplikowanych w niebie? Z mojego krótkiego i młodocianego obcowania z religią pozostał jedynie strach, który ogarnął trzy Marie w Ewangelii Świętego Marka. I ta trwoga mnie już nie opuściła, lecz uporczywie nasilała się w obliczu nocnego nieba, pełnego światów, a jednak pustego – jak mawiał najwybitniejszy włoski poeta Giacomo Leopardi. Razi mnie butna małostkowość ludzi, którzy uważają się za istoty wybrane, a antropocentryzm – czy to religijny, czy nie – przepełnia niepokojem. Zamek, w którym się obwarowaliśmy, ogłaszając się dziećmi bożymi, a więc panami Wszechświata, jest moim zdaniem przejawem arogancji. Czuję, że to, co zostawiliśmy poza murami, z siłą na nas napiera. I choć umacniamy naszą klatkę coraz skuteczniejszymi narzędziami, w każdej chwili grozi ona rozpadem, a wtedy wszystko, co poczęliśmy, nawet najbardziej spektakularne formy, objawi swoją śmieszną niewystarczalność. Centralna rola, którą sobie przypisaliśmy, zostanie przypuszczalnie podważona właśnie przez pośpiech, z jakim zbroimy się w technologię, by udawać wszechmocnych, wszechobecnych, a nawet nieśmiertelnych. Zwierzę zwane człowiekiem musi poddać się samokrytyce i poszukać nowej równowagi. Mnie interesuje jedynie taka przyszłość, w jakiej całkowicie otworzymy się na drugiego człowieka, na każdą żywą istotę, na wszystko, co przeniknęło tchnienie życia.

Tłumaczyła Lucyna Rodziewicz-Doktór

Kup numer